01.09.2025, 17:26 ✶
W dalszym ciągu siedziałem na zamkniętej desce klozetowej, wciśnięty w szaty, żeby wyglądały jak ta nieszczęsna Marta, i nie zamierzałem stamtąd wychodzić, nawet jeśli sytuacja uległa zmianie i musiałem improwizować. Poprzedni plan był genialny - straszyć jakichś pierwszorocznych, aż będą piszczeć i uciekać, a ja z chłopakami będę miał ubaw do końca roku, ale nie, musiała się tu wpakować prefektka z Ravenclawu. Bletchley. Prudence. Nawet jej imię brzmiało tak, jakby się urodziła nadęta. Usłyszałem, jak westchnęła - typowe - zamiast uciec, zaczęła gadać, jakby przyszła tu na debatę. Prefekci zawsze musieli się wymądrzać. Zasłużyła na to, żeby wreszcie poczuć coś, poza własnym kijem w dupie. Denerwowała mnie ta jej udawana powaga. Myślała, że jest taka opanowana, ale słyszałem, jak jej głos drżał, jak westchnęła za głośno. Frajerskie.
- Ależ jakże odważna jesteś, Prueeee. - Przeciągnąłem jej imię, stukając pięścią w drzwi kabiny, żeby echo odbiło się po kafelkach. - Wiesz, że odwaga nic nie znaczy, kiedy kończy się tu, w klozecie, z rozbitą głową w muszli? - Zaśmiałem się, tym wymuszonym, skrzekliwym rechotem, który miał ją doprowadzić do szału. Rozzłościła się, słyszałem to w jej głosie. Świetnie - właśnie o to chodziło. Słyszałem, jak stąpa coraz bliżej, jak sprawdzała - kabina po kabinie - co za uparta koza, nie odpuszczała, kiedy złapała za kolejną klamkę, stuknąłem metalową zapalniczką o rurę, żeby podskoczyła na kolejny nieoczekiwany dźwięk. No, jasne, że nie zamierzałem siedzieć cicho, skoro wpadła mi w łapy taka okazja.
- Ty? Najstraszniejszym? Już ci powiem, jakim duchem byś była. - Satysfakcja aż mnie grzała od środka. - Wszyscy by błagali, żebyś poszła straszyć kogoś innego. - Zakpiłem.
Ale potem… Cholera, nie przewidziałem, że ta głupia Marta wróci szybciej niż planowałem. W jednej chwili rozległ się jej pisk, a potem zmaterializowała się w mojej kabinie - prosto przede mną. Zawyła mi prosto w twarz tak, że aż zapiekło mnie w uszach. Kurwa mać. To nie było już takie zabawne. Nadal siedząc, wcisnąłem się w toaletę, aż niemal wbiłem sobie spłuczkę w środek barku, ale duch nie zamierzał mnie oszczędzać. Jej jęki wwiercały mi się w czaszkę, a ja jedynie modliłem się, żeby Prue nie otworzyła właśnie tych cholernych drzwi dokładnie w tej chwili. Marta darła się coraz bardziej, jakby to ja był winny jej śmierci - tego nie przewidziałem.
- Co? Zwariowałaś? - Wychyliłem się wreszcie w przód, prostując nogi, odruchowo odpowiadając duchowi szeptem, bo drążyła mi bębenki tym swoim lamentem. - Ja tylko… Ja tylko się… - Ale ona nie przestawała, a jej jęki rozsadzały mi głowę. Do tego Bletchley zostały chyba już tylko drzwi mojej kabiny - zaraz by mnie złapała, a wtedy pośmiewisko gotowe. Nie zamierzałem dać się przyłapać jak jakiś pierwszoroczny patałach. Wiedziałem, że muszę stąd spieprzać, zanim Prue sięgnie po drzwi ostatniej kabiny i złapie mnie za fraki.
Na szczęście byłem sprytniejszy. Jeszcze zanim odzyskała rezon i zajrzała do środka, byłem już z boku kabiny - wrodzony talent do wyślizgiwania się i odpowiedni moment, gdy odsunęła się do parapetu, a także ciemność zrobiły swoje - stłumiwszy śmiech, żeby się nie zdradzić. Prawie bezdźwięcznie, korzystając z otoczenia, stanąłem obok niej, tuż przy parapecie, i nachyliłem się tak blisko, że z pewnością niemal poczuła mój oddech.
- Buh. - Syknąłem jej do ucha, korzystając z przynajmniej kilkusekundowej nieobecności Marty, która także z opóźnieniem zorientowała się, że już mnie nie ma, prowadząc monolog do pustej kabiny, zanim znów wyleciała z wrzaskiem.
- Weź się ogarnij, babo! - Syknąłem, dając sobie spokój z fałszywym głosem i przenosząc wzrok na Martę, mierząc ją spojrzeniem, żeby jej nie dać satysfakcji. - To tylko żarty, rozumiesz? Żarty. A ty drzesz się, jakby cię znowu mieli zabić!
- Ależ jakże odważna jesteś, Prueeee. - Przeciągnąłem jej imię, stukając pięścią w drzwi kabiny, żeby echo odbiło się po kafelkach. - Wiesz, że odwaga nic nie znaczy, kiedy kończy się tu, w klozecie, z rozbitą głową w muszli? - Zaśmiałem się, tym wymuszonym, skrzekliwym rechotem, który miał ją doprowadzić do szału. Rozzłościła się, słyszałem to w jej głosie. Świetnie - właśnie o to chodziło. Słyszałem, jak stąpa coraz bliżej, jak sprawdzała - kabina po kabinie - co za uparta koza, nie odpuszczała, kiedy złapała za kolejną klamkę, stuknąłem metalową zapalniczką o rurę, żeby podskoczyła na kolejny nieoczekiwany dźwięk. No, jasne, że nie zamierzałem siedzieć cicho, skoro wpadła mi w łapy taka okazja.
- Ty? Najstraszniejszym? Już ci powiem, jakim duchem byś była. - Satysfakcja aż mnie grzała od środka. - Wszyscy by błagali, żebyś poszła straszyć kogoś innego. - Zakpiłem.
Ale potem… Cholera, nie przewidziałem, że ta głupia Marta wróci szybciej niż planowałem. W jednej chwili rozległ się jej pisk, a potem zmaterializowała się w mojej kabinie - prosto przede mną. Zawyła mi prosto w twarz tak, że aż zapiekło mnie w uszach. Kurwa mać. To nie było już takie zabawne. Nadal siedząc, wcisnąłem się w toaletę, aż niemal wbiłem sobie spłuczkę w środek barku, ale duch nie zamierzał mnie oszczędzać. Jej jęki wwiercały mi się w czaszkę, a ja jedynie modliłem się, żeby Prue nie otworzyła właśnie tych cholernych drzwi dokładnie w tej chwili. Marta darła się coraz bardziej, jakby to ja był winny jej śmierci - tego nie przewidziałem.
- Co? Zwariowałaś? - Wychyliłem się wreszcie w przód, prostując nogi, odruchowo odpowiadając duchowi szeptem, bo drążyła mi bębenki tym swoim lamentem. - Ja tylko… Ja tylko się… - Ale ona nie przestawała, a jej jęki rozsadzały mi głowę. Do tego Bletchley zostały chyba już tylko drzwi mojej kabiny - zaraz by mnie złapała, a wtedy pośmiewisko gotowe. Nie zamierzałem dać się przyłapać jak jakiś pierwszoroczny patałach. Wiedziałem, że muszę stąd spieprzać, zanim Prue sięgnie po drzwi ostatniej kabiny i złapie mnie za fraki.
Na szczęście byłem sprytniejszy. Jeszcze zanim odzyskała rezon i zajrzała do środka, byłem już z boku kabiny - wrodzony talent do wyślizgiwania się i odpowiedni moment, gdy odsunęła się do parapetu, a także ciemność zrobiły swoje - stłumiwszy śmiech, żeby się nie zdradzić. Prawie bezdźwięcznie, korzystając z otoczenia, stanąłem obok niej, tuż przy parapecie, i nachyliłem się tak blisko, że z pewnością niemal poczuła mój oddech.
- Buh. - Syknąłem jej do ucha, korzystając z przynajmniej kilkusekundowej nieobecności Marty, która także z opóźnieniem zorientowała się, że już mnie nie ma, prowadząc monolog do pustej kabiny, zanim znów wyleciała z wrzaskiem.
- Weź się ogarnij, babo! - Syknąłem, dając sobie spokój z fałszywym głosem i przenosząc wzrok na Martę, mierząc ją spojrzeniem, żeby jej nie dać satysfakcji. - To tylko żarty, rozumiesz? Żarty. A ty drzesz się, jakby cię znowu mieli zabić!
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)