01.09.2025, 18:35 ✶
Cała gama najczarniejszych scenariuszy w pojedynczej chwili roztrzaskała się o krótkie słowo.
— Farba? — bez tchu powtórzyła, nie dowierzając przez chwilę własnym uszom. Tak bardzo przygotowała się na najgorsze, że ich wytłumaczenie ją zaskoczyło. Nie nosili śladów zaklęć ani piętna Czarnego Pana wypalonego na skórze, więc ciemno-czerwona posoka, która w rzeczywistości była farbą i powinna wydawać się absurdalna, dla Mony była wybawieniem.
Nie był to więc również Śmierciożerca, nie ten sam zwiastun śmierci, który nawiedził i ją. Oprócz zebranego szoku, doświadczeń, nic nie skrzywdziło Icarusa ani Electry tej nocy. Na pewno zostawiła pazury na nich wszystkich, ale o obrażenia psychiczne będzie się martwiła później. Na razie była szczęśliwa, że fizycznie im nic nie stało. Miała dziewięćdziesiąt dziewięć problemów na głowie, ale gdyby któreś z nich było ranne, wtedy by miała jeden problem. — Ludzie powariowali. Nie chcę nawet myśleć, co by się stało, gdyby… — wymamrotała. Zdanie można by było dokończyć na tysiąc sposobów, a żaden nie dorównałby galopującym myślom w jej rudowłosej głowie. Puściła jego koszulę i spojrzała na Icarusa uważniej. — Ważne, że nic wam nie jest. Możecie zostać oboje tak długo, jak długo będziecie tego potrzebować — powiedziała twardo, a następnie złagodniała na rzecz drobnego cieniu uśmiechu, który musnął jej usta. — Podłoga jest dla książek, nie dla ciebie, więc to nie wchodzi w grę. Oknem się na razie nie przejmuj, dobrze? Rozgośćcie się. Spróbuję coś ogarnąć.
Jej spojrzenie na moment zawisło znów na ciemnych smugach na ścianie, na której było okno. Na parkiecie z kolei ciemniały wykrzywione smugi spalenizny. Ogień musnął drewno wcześniej tej nocy, zostawił na nim znaki podobne do nieczytelnych run. Mona uniosła podróbek i próbowała przybrać minę zdecydowanej gospodyni, ale zdradzało ją zmęczenie w spojrzeniu oraz sztywny ruch ramion. Zgarnęła leżącą na podłodze szmatę, szybkim gestem wrzucając ją do wiadra.
— Po co ci kuchenka? Nie lepiej skorzystać z łazienki? Farba nie zejdzie bez… bez wody?
Poczuła, że już dłużej nie dawała rady. Jeśli w tamtej chwili zamilkłaby, następnego byłoby gorzej, a za dzień czy dwa — niemożliwie. Wszystko w niej krzyczało, aby to zatrzymać w środku, jednocześnie jej gardło zdawało się palić, domagając się wyrzucenia tej prawdy. Zamknęła oczy i oparła dłoń o framugę. — Oczywiście, kuchnia jest do twojej dyspozycji, ale jeszcze… Nie dałam rady jeszcze wyczyścić wszystkiego — uśmiechnęła się blado.
[/b][/b][/b]
— Farba? — bez tchu powtórzyła, nie dowierzając przez chwilę własnym uszom. Tak bardzo przygotowała się na najgorsze, że ich wytłumaczenie ją zaskoczyło. Nie nosili śladów zaklęć ani piętna Czarnego Pana wypalonego na skórze, więc ciemno-czerwona posoka, która w rzeczywistości była farbą i powinna wydawać się absurdalna, dla Mony była wybawieniem.
Nie był to więc również Śmierciożerca, nie ten sam zwiastun śmierci, który nawiedził i ją. Oprócz zebranego szoku, doświadczeń, nic nie skrzywdziło Icarusa ani Electry tej nocy. Na pewno zostawiła pazury na nich wszystkich, ale o obrażenia psychiczne będzie się martwiła później. Na razie była szczęśliwa, że fizycznie im nic nie stało. Miała dziewięćdziesiąt dziewięć problemów na głowie, ale gdyby któreś z nich było ranne, wtedy by miała jeden problem. — Ludzie powariowali. Nie chcę nawet myśleć, co by się stało, gdyby… — wymamrotała. Zdanie można by było dokończyć na tysiąc sposobów, a żaden nie dorównałby galopującym myślom w jej rudowłosej głowie. Puściła jego koszulę i spojrzała na Icarusa uważniej. — Ważne, że nic wam nie jest. Możecie zostać oboje tak długo, jak długo będziecie tego potrzebować — powiedziała twardo, a następnie złagodniała na rzecz drobnego cieniu uśmiechu, który musnął jej usta. — Podłoga jest dla książek, nie dla ciebie, więc to nie wchodzi w grę. Oknem się na razie nie przejmuj, dobrze? Rozgośćcie się. Spróbuję coś ogarnąć.
Jej spojrzenie na moment zawisło znów na ciemnych smugach na ścianie, na której było okno. Na parkiecie z kolei ciemniały wykrzywione smugi spalenizny. Ogień musnął drewno wcześniej tej nocy, zostawił na nim znaki podobne do nieczytelnych run. Mona uniosła podróbek i próbowała przybrać minę zdecydowanej gospodyni, ale zdradzało ją zmęczenie w spojrzeniu oraz sztywny ruch ramion. Zgarnęła leżącą na podłodze szmatę, szybkim gestem wrzucając ją do wiadra.
— Po co ci kuchenka? Nie lepiej skorzystać z łazienki? Farba nie zejdzie bez… bez wody?
Poczuła, że już dłużej nie dawała rady. Jeśli w tamtej chwili zamilkłaby, następnego byłoby gorzej, a za dzień czy dwa — niemożliwie. Wszystko w niej krzyczało, aby to zatrzymać w środku, jednocześnie jej gardło zdawało się palić, domagając się wyrzucenia tej prawdy. Zamknęła oczy i oparła dłoń o framugę. — Oczywiście, kuchnia jest do twojej dyspozycji, ale jeszcze… Nie dałam rady jeszcze wyczyścić wszystkiego — uśmiechnęła się blado.
[/b][/b][/b]
jaskółka, czarny brylant,
wrzucony tu przez diabła
wrzucony tu przez diabła