01.09.2025, 18:44 ✶
Ważyła jeszcze mniej niż wspomnienie snujące się za Alexandrem przez Dolinę. Przezroczysta ręka upleciona z czystej duszy mogła podążać raz za razem we włosy wróżbity za jego palcami, lecz kędziory nie dostrzegały jej obecności i kłaniały się wyłącznie wiatrom. Nie dostrzegały jej chaszcze ani drzewa, które mijali w drodze do chaty, ale ona dostrzegała wszystko. Dostrzegała podobieństwo.
Oglądała jego czyste palce — gdy zginały się, czy zginały się tak samo, jak zakrwawiona żałobą ręka, która chwyciła ją tamtej nocy za nadgarstek? Patrzyła na jego krok, wybiegając przed niego i pozwalając mu przejść przez siebie — czy to był krok czarnego cienia z Ataraxii? Położyła widmowe palce na znajomych ustach — czy układały się w te same kształty, które już zwiedziła?
Stukał tak, jak uczyła go nocą. Jego oddech recytował pieśni, które mu zapisała.
Niknąc i rozpraszając się w głębi chaty, słyszała jego gwizdanie jednocześnie niesione dalekim leśnym echem i śpiewane ostro tuż przy jej uchu.
Przyszedł on i on.
Pierwsza jednak była chata. Wśród ugaszonej popiołem dziczy stał w pochmurnych przestworzach ten strach na wróble o wykolonych oczach. Kołysał się lekko na chudej kurzej nóżce. Szczerbaty potwór szczerzący zwęglone, pokruszone usta strawionych ogniem futryn, z których tu i ówdzie sterczały kły z resztek szyb. Szyby są ostre i zaściełają ziemię wokół całej chaty, więc nie pokalecz stopy, którą wołasz, przybłędo.
Chata uklękła, zapraszając go do środka skrzypieniem uchylających się drzwi i gdakaniem kur z tyłów podwórza. Przeciąg hulał w dziurawej skorupie, tylne drzwi trzasnęły, aż cały dom zadrżał. Nie tańczyła w środku ani jedna iskierka światła ni ciepła. Chata oddała się pokornie Naturze, która wdarła się do niej przez wytłuczone okna. Chata przyjęła królowanie jesiennego deszczu i wiatru, wrześniowej pluchy. Pod parapetami zebrały się kałuże, od których pęczniała drewniana podłoga. W tych płytkich błotnistych bajorkach zadomowiło się kilka żab, które przywitały wędrowca rechotem. Wnętrze głównej izby śmierdziało gęstą, kilkudniową, stęchłą wilgocią, która lepiła się do wszystkich powierzchni i rozmaczała w gęstą papę niezmiecione popioły. Liczne donice — stojące i podwieszane — zarzucone były lekką włókniną, upodabniając chatę do krainy grzybów o białych kapeluszach oraz lejących się z sufitu miękkich wodospadów. Czasem zdawało się, że rośliny ukryte pod nimi pulsują i poruszają się, rozciągając zdrętwiałe pędy. Przy martwym palenisku wciąż czerniała plama krwi, w korytarzu na suszarce gniła od wilgoci ostatnia partia zielnych zbiorów. Blaty, szafy i regały zdobiły odchody ptaków i nietoperzy — zza uchylonych drzwi kredensu wyjrzał utuczony wróbel, w napalonej szczelinie w ścianie popiskiwały gacki. Chata tętniła mokrym, nadgnitym, oślizgle zimnym życiem — niby opuszczona przez człowieka, rzucona na pastwę trawiącej jej dzikiej przyrody.
Niby opuszczona — dopóki odwiedzający nie spuścił wzroku na podłogę, na zaprojektowane tam kręte labirynty myśli intensywnie ludzkiej. Obraz chorobliwej obsesji, która opętała właścicielkę kurzej chatki. Warstwa po warstwie piętrzyło się szaleństwo, warstwa po warstwie coraz ciężej było cofnąć się do jego początku i sensu, który poplątał się i zjadł własny ogon.
Pierwsze były stopy. Obrysy znikłych kroków wykonane czerwoną farbą. Podeszwa klątwy, która wędrowała po domu Helloise od Spalonej Nocy — pojawiały się, znikały. Wędrowały nocą, a ona chwytała je z rana między kontury pociągnięć pędzla, zanim ruszyły w dalszą drogę.
Wszystko było połączone.
Połączone fioletową, mokrą włóczką rozpiętą na gwoździkach, które czarownica wbijała w podłogę tam, gdzie padały ślady klątwy. To aby jaśniej dostrzegać wzory. Usłyszeć je, dojrzeć boską wiadomość w tańcu błotnistego demona. Po podłodze ciągnęła się gęsta pajęczyna połączeń, wychodziła z kuchni na korytarz i zaglądała do pozostałych pomieszczeń, zainfekowała całą chatę.
Połączenia należy objaśniać. Wszystko było więc wymierzone. Rozmoczoną kredą i węgielkami przy każdym gwoździku opisane były długości i kąty między poszczególnymi śladami, wyliczone ich relacje, kolejność pojawiania się. Nieznane zależności. Próby wpisania ich w geometryczne figury, łuki, układy przerysowane z ksiąg opisujących nekromantyczne rytuały oraz alchemiczne tablice przemian. Na podłodze wykreślono rozległe średniowieczne diagramy składników mikro- i makrokosmosu, w które wpisane były demoniczne ślady, a wokół wyprowadzone z nich, a następnie spisane węglem na deskach podłogi formuły alchemiczne. Inną kredą nieudolnie próbowała Helloise odnaleźć w krokach wędrówkę gwiazd. Wpisywała w punkty wskazane przez klątwę kręgi piekieł, słońca, matematykę chaosu. Każda formuła, każde równanie, każda nałożona na podłogę teoria miała mniej sensu od poprzedniej i tchnęła coraz większym obłędem, choć nie dało się odmówić autorce upiornego wykresu skrupulatności w pracy.
Szukała w tej sieci kroków objawienia Bogini, lecz zbudowała ją na fundamencie pospolitej klątwy Voldemorta, która spadła na jej dom podczas Spalonej Nocy.
Coś zastukotało w sąsiednim pomieszczeniu i w korytarzu pojawiła się czarownica niosąca gramofon. Ostrożnie stąpała pomiędzy nićmi pajęczyny rozpiętej w chacie, aż stanęła w progu kuchni i dłuższą chwilę patrzyła na Alexandra w milczeniu, nim odezwała się zachrypniętym głosem:
— Odmieniłeś się.
Odstawiła gramofon na najbliższy blat, po czym uklękła na podłodze, aby dołączyć do sieci nowy, nieopisany jeszcze ślad. Z głębi domu wyleciały za nią ospale trzy drewniane ptaki skrzypiące metalowymi stawami skrzydeł i zaczęły krążyć pod sufitem izby. Drżącymi lekko dłońmi Helloise w skupieniu odrysowała mokry kształt stopy.
W każdym jasnym, spuszonym loku spływającym po jej plecach, w każdym zagłębieniu ciała, pod warstwami wełnianych sukien zdawały się mieszkać zimna mgła i deszcz, które powoli przesiąkały do szpiku. Włosy były ciężkie od wilgotnych kołtunów, część najniesforniejszych kosmyków spinała szpila, która po bliższych oględzinach okazała się ostruganą kością niewielkiego zwierzęcia. Kobieta pociągała zaczerwienionym nosem, tarła co jakiś czas wierzchem dłoni przekrwione, podkrążone oczy.
— Nie szkodzi. Rzadko człowiek pozostaje do końca dzieckiem — kontynuowała, gdy skończyła rysować i wstała, poprawiając otulający ramiona gruby szal. — Nie szkodzi, bo rozpoznałam cię.
Patrzyła na niego intensywnie, rozcierając między palcami resztki żółtej kredy.
— Widziałam, że niesiesz muzykę. Édith Piaf. Bardzo chciałeś, żebym usłyszała. — Wskazała mu zapraszająco przyniesiony gramofon, zakurzony od lat nieużywania. — Uważaj, gdy będziesz się zbliżał — wtrąciła nagle roztargniona, spuszczając na moment wzrok na podłogę, nim myśli wróciły na właściwy tor. — Nie wiem, czy potrzebuję ją usłyszeć. Twoja muzyka mi się podobała. — Uśmiechnęła się nienaturalnie szeroko, po czym złożyła usta i, nie urywając na moment kontaktu wzrokowego, wygwizdała w zwolnionym tempie melodię, z którą Alexander zbliżał się do chaty.
Oglądała jego czyste palce — gdy zginały się, czy zginały się tak samo, jak zakrwawiona żałobą ręka, która chwyciła ją tamtej nocy za nadgarstek? Patrzyła na jego krok, wybiegając przed niego i pozwalając mu przejść przez siebie — czy to był krok czarnego cienia z Ataraxii? Położyła widmowe palce na znajomych ustach — czy układały się w te same kształty, które już zwiedziła?
Stukał tak, jak uczyła go nocą. Jego oddech recytował pieśni, które mu zapisała.
Niknąc i rozpraszając się w głębi chaty, słyszała jego gwizdanie jednocześnie niesione dalekim leśnym echem i śpiewane ostro tuż przy jej uchu.
Przyszedł on i on.
Pierwsza jednak była chata. Wśród ugaszonej popiołem dziczy stał w pochmurnych przestworzach ten strach na wróble o wykolonych oczach. Kołysał się lekko na chudej kurzej nóżce. Szczerbaty potwór szczerzący zwęglone, pokruszone usta strawionych ogniem futryn, z których tu i ówdzie sterczały kły z resztek szyb. Szyby są ostre i zaściełają ziemię wokół całej chaty, więc nie pokalecz stopy, którą wołasz, przybłędo.
Chata uklękła, zapraszając go do środka skrzypieniem uchylających się drzwi i gdakaniem kur z tyłów podwórza. Przeciąg hulał w dziurawej skorupie, tylne drzwi trzasnęły, aż cały dom zadrżał. Nie tańczyła w środku ani jedna iskierka światła ni ciepła. Chata oddała się pokornie Naturze, która wdarła się do niej przez wytłuczone okna. Chata przyjęła królowanie jesiennego deszczu i wiatru, wrześniowej pluchy. Pod parapetami zebrały się kałuże, od których pęczniała drewniana podłoga. W tych płytkich błotnistych bajorkach zadomowiło się kilka żab, które przywitały wędrowca rechotem. Wnętrze głównej izby śmierdziało gęstą, kilkudniową, stęchłą wilgocią, która lepiła się do wszystkich powierzchni i rozmaczała w gęstą papę niezmiecione popioły. Liczne donice — stojące i podwieszane — zarzucone były lekką włókniną, upodabniając chatę do krainy grzybów o białych kapeluszach oraz lejących się z sufitu miękkich wodospadów. Czasem zdawało się, że rośliny ukryte pod nimi pulsują i poruszają się, rozciągając zdrętwiałe pędy. Przy martwym palenisku wciąż czerniała plama krwi, w korytarzu na suszarce gniła od wilgoci ostatnia partia zielnych zbiorów. Blaty, szafy i regały zdobiły odchody ptaków i nietoperzy — zza uchylonych drzwi kredensu wyjrzał utuczony wróbel, w napalonej szczelinie w ścianie popiskiwały gacki. Chata tętniła mokrym, nadgnitym, oślizgle zimnym życiem — niby opuszczona przez człowieka, rzucona na pastwę trawiącej jej dzikiej przyrody.
Niby opuszczona — dopóki odwiedzający nie spuścił wzroku na podłogę, na zaprojektowane tam kręte labirynty myśli intensywnie ludzkiej. Obraz chorobliwej obsesji, która opętała właścicielkę kurzej chatki. Warstwa po warstwie piętrzyło się szaleństwo, warstwa po warstwie coraz ciężej było cofnąć się do jego początku i sensu, który poplątał się i zjadł własny ogon.
Pierwsze były stopy. Obrysy znikłych kroków wykonane czerwoną farbą. Podeszwa klątwy, która wędrowała po domu Helloise od Spalonej Nocy — pojawiały się, znikały. Wędrowały nocą, a ona chwytała je z rana między kontury pociągnięć pędzla, zanim ruszyły w dalszą drogę.
Wszystko było połączone.
Połączone fioletową, mokrą włóczką rozpiętą na gwoździkach, które czarownica wbijała w podłogę tam, gdzie padały ślady klątwy. To aby jaśniej dostrzegać wzory. Usłyszeć je, dojrzeć boską wiadomość w tańcu błotnistego demona. Po podłodze ciągnęła się gęsta pajęczyna połączeń, wychodziła z kuchni na korytarz i zaglądała do pozostałych pomieszczeń, zainfekowała całą chatę.
Połączenia należy objaśniać. Wszystko było więc wymierzone. Rozmoczoną kredą i węgielkami przy każdym gwoździku opisane były długości i kąty między poszczególnymi śladami, wyliczone ich relacje, kolejność pojawiania się. Nieznane zależności. Próby wpisania ich w geometryczne figury, łuki, układy przerysowane z ksiąg opisujących nekromantyczne rytuały oraz alchemiczne tablice przemian. Na podłodze wykreślono rozległe średniowieczne diagramy składników mikro- i makrokosmosu, w które wpisane były demoniczne ślady, a wokół wyprowadzone z nich, a następnie spisane węglem na deskach podłogi formuły alchemiczne. Inną kredą nieudolnie próbowała Helloise odnaleźć w krokach wędrówkę gwiazd. Wpisywała w punkty wskazane przez klątwę kręgi piekieł, słońca, matematykę chaosu. Każda formuła, każde równanie, każda nałożona na podłogę teoria miała mniej sensu od poprzedniej i tchnęła coraz większym obłędem, choć nie dało się odmówić autorce upiornego wykresu skrupulatności w pracy.
Szukała w tej sieci kroków objawienia Bogini, lecz zbudowała ją na fundamencie pospolitej klątwy Voldemorta, która spadła na jej dom podczas Spalonej Nocy.
Coś zastukotało w sąsiednim pomieszczeniu i w korytarzu pojawiła się czarownica niosąca gramofon. Ostrożnie stąpała pomiędzy nićmi pajęczyny rozpiętej w chacie, aż stanęła w progu kuchni i dłuższą chwilę patrzyła na Alexandra w milczeniu, nim odezwała się zachrypniętym głosem:
— Odmieniłeś się.
Odstawiła gramofon na najbliższy blat, po czym uklękła na podłodze, aby dołączyć do sieci nowy, nieopisany jeszcze ślad. Z głębi domu wyleciały za nią ospale trzy drewniane ptaki skrzypiące metalowymi stawami skrzydeł i zaczęły krążyć pod sufitem izby. Drżącymi lekko dłońmi Helloise w skupieniu odrysowała mokry kształt stopy.
W każdym jasnym, spuszonym loku spływającym po jej plecach, w każdym zagłębieniu ciała, pod warstwami wełnianych sukien zdawały się mieszkać zimna mgła i deszcz, które powoli przesiąkały do szpiku. Włosy były ciężkie od wilgotnych kołtunów, część najniesforniejszych kosmyków spinała szpila, która po bliższych oględzinach okazała się ostruganą kością niewielkiego zwierzęcia. Kobieta pociągała zaczerwienionym nosem, tarła co jakiś czas wierzchem dłoni przekrwione, podkrążone oczy.
— Nie szkodzi. Rzadko człowiek pozostaje do końca dzieckiem — kontynuowała, gdy skończyła rysować i wstała, poprawiając otulający ramiona gruby szal. — Nie szkodzi, bo rozpoznałam cię.
Patrzyła na niego intensywnie, rozcierając między palcami resztki żółtej kredy.
— Widziałam, że niesiesz muzykę. Édith Piaf. Bardzo chciałeś, żebym usłyszała. — Wskazała mu zapraszająco przyniesiony gramofon, zakurzony od lat nieużywania. — Uważaj, gdy będziesz się zbliżał — wtrąciła nagle roztargniona, spuszczając na moment wzrok na podłogę, nim myśli wróciły na właściwy tor. — Nie wiem, czy potrzebuję ją usłyszeć. Twoja muzyka mi się podobała. — Uśmiechnęła się nienaturalnie szeroko, po czym złożyła usta i, nie urywając na moment kontaktu wzrokowego, wygwizdała w zwolnionym tempie melodię, z którą Alexander zbliżał się do chaty.
dotknij trawy