18.02.2023, 21:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2023, 21:24 przez Cathal Shafiq.)
- Tak, jego opisy brzmią bardzo podobnie do różdżki. I widzisz… to właśnie mnie fascynuje, bo wtedy różdżki nie istniały – zgodził się Cathal.
Gdyby odkrył coś takiego, byłby zachwycony. Coś, co nie było różdżką, ale pełniło jej wolę – u, być może, jednej z pierwszych czarownic. Niezależnie jednak od tego, co znajdą w tym grobowcu, Shafiq będzie zadowolony, jeśli tylko się do niego dostaną. Inskrypcje, kamienie runiczne, ostatecznie nawet bardzo stara biżuteria – każda rzecz w grobowcu będzie miała ponad pięć tysięcy lat, a Cathal żywił do takich przedmiotów miłość większą niż prawdopodobnie od jakiegokolwiek człowieka. Coś podpowiadało mu, że znajdą tam to, czego szukali, a może i wiele więcej… choć zwykle Shafiq polegał raczej na twardych faktach niż przeczuciach.
- Pozwól im po prostu mówić i kiwaj głową z mądrą miną. Ty niewiele stracisz, a oni będą zadowoleni, Francuzi uwielbiają dźwięk swojego głosu – parsknął Shafiq. To też była chyba forma żartu, bo Shafiq właściwie nie miał jakoś szczególnych uprzedzeń wobec Francuzów. Przynajmniej jak na (w teorii) Anglika z pochodzenia.
Zagarnął notatki. Nie zwrócił uwagi na to, że litery wydają się zamazane i z jakichś powodów, choć wie, co się na nich znajduje, nie może ich odczytać. Sięgnął po kapelusz, nasadzając go na jasne włosy – nawet w tak krótkim momencie przebywania na zewnątrz w pełni dnia nie chciał wystawiać głowy na palący wpływ słońca. Nie tak dawno temu, nadmiernie zafascynowany runicznymi napisami na pewnym filarze, nieomal nabawił się udaru. Minął wielbłądy, na moment zerkając gdzieś ku horyzontowi: zdawało się mu przez moment, że w oddali, tam, gdzie horyzont zdawał się drgać, zmieniać, dostrzega jakąś postać.
Ta minuta, spędzona na chowaniu notatek czarodzieja i zbieraniu tych mugolskich, omal nie kosztowała Ulyssesa życia.
- Bonjour messieurs... – zaczął, odgarniając płachtę, wiodącą do namiotu, akurat w momencie, w którym Rookwood opadał pod ciosem. Stos papierów wyleciał z rąk Cathala, część z nich pofrunęła na rozgrzany przez słońce, pustynny piasek. Shafiq nie miał pod ręką różdżki: nie mógł przecież i tak rzucać zaklęć na oczach mugoli, a ciężko było ją ukryć, kiedy nosiłeś ubrania kryjące wprawdzie doskonale ciało przed słońcem i piaskiem, ale nie żadne płaszcze i tym podobne.
Runął więc po prostu do przodu, zderzając się z mężczyzną. Nawiedziło go przy tym przedziwne uczucie: takie, które znał niemal każdy człowiek, ale dla Shafiqa, obdarzonego pamięcią niemal absolutną, zupełnie nowe. Tak nowe, że nie umiał go nawet nazwać, choć kto inny zrobiłby to bez problemu.
Deja vu.
Bo skądś znał człowieka, któremu wytrącił nóż z ręki, i wraz z którym wpadł pomiędzy dwóch profesorów Luwru, zrzucając na ziemię posążek. Cathal nie widział Anubisa: w jego oczach była to rzeźba ponuraka, która potoczyła się im pod nogi, na sekundę przed tym, jak odepchnął od siebie krępego mężczyznę, prosto w ścianę namiotu. Shafiq nie wdawał się może w bójki często, zdając się raczej na magię, był jednak od tego człowieka dużo wyższy i zapewne – mimo jego lekkiej otyłości – także cięższy. Zatoczył się i sam omal też nie upadł, ale udało mu się dość mocno pchnąć mężczyznę (...ku oknu? Dlaczego pomyślał o oknie? Przez setki mil w okolicy nie znalazłbyś ani jednego okna...), a siła uderzenia sprawiła, że jeden z podtrzymujących namiot filarów zachwiał się i górny materiał opadł prosto na nich wszystkich…
Gdyby odkrył coś takiego, byłby zachwycony. Coś, co nie było różdżką, ale pełniło jej wolę – u, być może, jednej z pierwszych czarownic. Niezależnie jednak od tego, co znajdą w tym grobowcu, Shafiq będzie zadowolony, jeśli tylko się do niego dostaną. Inskrypcje, kamienie runiczne, ostatecznie nawet bardzo stara biżuteria – każda rzecz w grobowcu będzie miała ponad pięć tysięcy lat, a Cathal żywił do takich przedmiotów miłość większą niż prawdopodobnie od jakiegokolwiek człowieka. Coś podpowiadało mu, że znajdą tam to, czego szukali, a może i wiele więcej… choć zwykle Shafiq polegał raczej na twardych faktach niż przeczuciach.
- Pozwól im po prostu mówić i kiwaj głową z mądrą miną. Ty niewiele stracisz, a oni będą zadowoleni, Francuzi uwielbiają dźwięk swojego głosu – parsknął Shafiq. To też była chyba forma żartu, bo Shafiq właściwie nie miał jakoś szczególnych uprzedzeń wobec Francuzów. Przynajmniej jak na (w teorii) Anglika z pochodzenia.
Zagarnął notatki. Nie zwrócił uwagi na to, że litery wydają się zamazane i z jakichś powodów, choć wie, co się na nich znajduje, nie może ich odczytać. Sięgnął po kapelusz, nasadzając go na jasne włosy – nawet w tak krótkim momencie przebywania na zewnątrz w pełni dnia nie chciał wystawiać głowy na palący wpływ słońca. Nie tak dawno temu, nadmiernie zafascynowany runicznymi napisami na pewnym filarze, nieomal nabawił się udaru. Minął wielbłądy, na moment zerkając gdzieś ku horyzontowi: zdawało się mu przez moment, że w oddali, tam, gdzie horyzont zdawał się drgać, zmieniać, dostrzega jakąś postać.
Ta minuta, spędzona na chowaniu notatek czarodzieja i zbieraniu tych mugolskich, omal nie kosztowała Ulyssesa życia.
- Bonjour messieurs... – zaczął, odgarniając płachtę, wiodącą do namiotu, akurat w momencie, w którym Rookwood opadał pod ciosem. Stos papierów wyleciał z rąk Cathala, część z nich pofrunęła na rozgrzany przez słońce, pustynny piasek. Shafiq nie miał pod ręką różdżki: nie mógł przecież i tak rzucać zaklęć na oczach mugoli, a ciężko było ją ukryć, kiedy nosiłeś ubrania kryjące wprawdzie doskonale ciało przed słońcem i piaskiem, ale nie żadne płaszcze i tym podobne.
Runął więc po prostu do przodu, zderzając się z mężczyzną. Nawiedziło go przy tym przedziwne uczucie: takie, które znał niemal każdy człowiek, ale dla Shafiqa, obdarzonego pamięcią niemal absolutną, zupełnie nowe. Tak nowe, że nie umiał go nawet nazwać, choć kto inny zrobiłby to bez problemu.
Deja vu.
Bo skądś znał człowieka, któremu wytrącił nóż z ręki, i wraz z którym wpadł pomiędzy dwóch profesorów Luwru, zrzucając na ziemię posążek. Cathal nie widział Anubisa: w jego oczach była to rzeźba ponuraka, która potoczyła się im pod nogi, na sekundę przed tym, jak odepchnął od siebie krępego mężczyznę, prosto w ścianę namiotu. Shafiq nie wdawał się może w bójki często, zdając się raczej na magię, był jednak od tego człowieka dużo wyższy i zapewne – mimo jego lekkiej otyłości – także cięższy. Zatoczył się i sam omal też nie upadł, ale udało mu się dość mocno pchnąć mężczyznę (...ku oknu? Dlaczego pomyślał o oknie? Przez setki mil w okolicy nie znalazłbyś ani jednego okna...), a siła uderzenia sprawiła, że jeden z podtrzymujących namiot filarów zachwiał się i górny materiał opadł prosto na nich wszystkich…