02.09.2025, 12:05 ✶
Słońce nie piekło – słońce głaskało.
Świat był miękki, rozpuszczony w bursztynowym świetle, słodki niczym dojrzałe winogrona pod koniec sierpnia. Ciepło niosło się nie z nieba, ale z ziemi – z tej starej, dumnej ziemi, której nie kalała nigdy płochość zbóż i traw. Starej, dumnej ziemi, która od zawsze nosiła ciężar winnych gron.
Jego wina.
Rozespany umysł próbował odnaleźć się i zestawiać rzeczywistość z senną marą. Musiał przysnąć przy otwartym rejestrze — rachunki, cyfry, drobne liczby zapisane lazurowym atramentem, który zdążył zaschnąć w nieostrożnym kleksie na skraju kartki. Palce miał jeszcze splecione na zmierzwionym piórze, jakby resztkami świadomości pilnował ostatniego przecinka. A jednak głowa pozostawała ciężka, niemożliwa do uniesienia, jak powieki, jak sen przywołany zbyt dużą ilością wina.
Jego wina…
Za otwartym oknem szumiały liście drzewa, które o tej porze roku absolutnie nie powinno kwitnąć, ale gdy był tam ostatnio, królowała wczesna wiosna. A przecież uwielbiał biel kwiecia pospolitego wciąż szlachetnego migdałowca – dźwięk był cichy, rytmiczny, jak tkanina muskająca ciało. Daleko, bardzo daleko, szczekał pies mugolskiego zarządcy Pedro. Jeszcze dalej – śmiały się jego dzieci, a w poszum wplatało się rozbawione ¡Una, dos, tres, por mí y por todos mis compañeros!. Wszyscy razem, wszyscy znalezieni, escondite zakończone, nim zacznie się następna runda. Świat nie wołał, nie żądał niczego. Tylko był, a on mógł być w nim zmęczeniem całego życia. Zasłużonym odpoczynkiem.
W końcu jednak zza zarośli winorośli przyszedł głos. Cichy. Znajomy.
– Anthony?
Pauza. Jakby czas musiał zaczerpnąć tchu. Poczuł ciężar dłoni na własnym ramieniu. Ciepłej. Znajomej.
– Obudź się.
Powieki były zlepione ze sobą, lecz kącik ust drgnął ku górze w słonecznym rozleniwieniu.
– Wszystko w porządku. Dobrze się czujesz?
Troska słodsza niż wino. Znajoma i miękka, jak stary wysłużony sweter, otulający zwykle ciało w mroźne wieczory nad książką. Z największym trudem uniósł własną rękę, by sięgnąć ku potrząsanemu ramieniu, by palcami pogładzić dłoń przyjaciela, pogładzić jego niepokój. Zasnąć tak nad księgami rachunkowymi. Nierozsądne? Może. Ale jak miał się nie poddać temu słońcu…
– Tres minutos, mi querido amigo… – wymruczał leniwie, poruszając się nieco rozespaniem, opuszkami kreśląc na ciepłej skórze zaklęcia, wciąż myślą będąc w biurze własnej winiarni. – Zaraz wstanę i zrobię nam kawy, zaraz…
Nagle stężał. Dławiąca świadomość przyszła zbyt nagle. Palce zatrzymały się, podobnie jak oddech, jak myśl, w przerażeniu i zmrożeniu.
Jego bardzo wielka wina.
Zabrał rękę. Otworzył oczy i podniósł się sztywno. Pierwszy sen od miesiąca, który być może w swoim zamyśle nie miał być koszmarem. Pierwszy sen, którego przebudzenie bolało bardziej niż wszystkie wyrafinowane tortury, jakimi w koszmarach dręczył go dotąd własny umysł.
– Jonathan? – imię przyjaciela zabrzmiało nienaturalnie cicho. Struchlale. – Czemu jesteś tak wcze… – urwał w połowie słowa, gdy rzucił okiem na wiszący na ścianie zegar i szczęka zacisnęła się w bolesnym zrozumieniu.
Była ósma.
Świat był miękki, rozpuszczony w bursztynowym świetle, słodki niczym dojrzałe winogrona pod koniec sierpnia. Ciepło niosło się nie z nieba, ale z ziemi – z tej starej, dumnej ziemi, której nie kalała nigdy płochość zbóż i traw. Starej, dumnej ziemi, która od zawsze nosiła ciężar winnych gron.
Jego wina.
Rozespany umysł próbował odnaleźć się i zestawiać rzeczywistość z senną marą. Musiał przysnąć przy otwartym rejestrze — rachunki, cyfry, drobne liczby zapisane lazurowym atramentem, który zdążył zaschnąć w nieostrożnym kleksie na skraju kartki. Palce miał jeszcze splecione na zmierzwionym piórze, jakby resztkami świadomości pilnował ostatniego przecinka. A jednak głowa pozostawała ciężka, niemożliwa do uniesienia, jak powieki, jak sen przywołany zbyt dużą ilością wina.
Jego wina…
Za otwartym oknem szumiały liście drzewa, które o tej porze roku absolutnie nie powinno kwitnąć, ale gdy był tam ostatnio, królowała wczesna wiosna. A przecież uwielbiał biel kwiecia pospolitego wciąż szlachetnego migdałowca – dźwięk był cichy, rytmiczny, jak tkanina muskająca ciało. Daleko, bardzo daleko, szczekał pies mugolskiego zarządcy Pedro. Jeszcze dalej – śmiały się jego dzieci, a w poszum wplatało się rozbawione ¡Una, dos, tres, por mí y por todos mis compañeros!. Wszyscy razem, wszyscy znalezieni, escondite zakończone, nim zacznie się następna runda. Świat nie wołał, nie żądał niczego. Tylko był, a on mógł być w nim zmęczeniem całego życia. Zasłużonym odpoczynkiem.
W końcu jednak zza zarośli winorośli przyszedł głos. Cichy. Znajomy.
– Anthony?
Pauza. Jakby czas musiał zaczerpnąć tchu. Poczuł ciężar dłoni na własnym ramieniu. Ciepłej. Znajomej.
– Obudź się.
Powieki były zlepione ze sobą, lecz kącik ust drgnął ku górze w słonecznym rozleniwieniu.
– Wszystko w porządku. Dobrze się czujesz?
Troska słodsza niż wino. Znajoma i miękka, jak stary wysłużony sweter, otulający zwykle ciało w mroźne wieczory nad książką. Z największym trudem uniósł własną rękę, by sięgnąć ku potrząsanemu ramieniu, by palcami pogładzić dłoń przyjaciela, pogładzić jego niepokój. Zasnąć tak nad księgami rachunkowymi. Nierozsądne? Może. Ale jak miał się nie poddać temu słońcu…
– Tres minutos, mi querido amigo… – wymruczał leniwie, poruszając się nieco rozespaniem, opuszkami kreśląc na ciepłej skórze zaklęcia, wciąż myślą będąc w biurze własnej winiarni. – Zaraz wstanę i zrobię nam kawy, zaraz…
Nagle stężał. Dławiąca świadomość przyszła zbyt nagle. Palce zatrzymały się, podobnie jak oddech, jak myśl, w przerażeniu i zmrożeniu.
Jego bardzo wielka wina.
Zabrał rękę. Otworzył oczy i podniósł się sztywno. Pierwszy sen od miesiąca, który być może w swoim zamyśle nie miał być koszmarem. Pierwszy sen, którego przebudzenie bolało bardziej niż wszystkie wyrafinowane tortury, jakimi w koszmarach dręczył go dotąd własny umysł.
– Jonathan? – imię przyjaciela zabrzmiało nienaturalnie cicho. Struchlale. – Czemu jesteś tak wcze… – urwał w połowie słowa, gdy rzucił okiem na wiszący na ścianie zegar i szczęka zacisnęła się w bolesnym zrozumieniu.
Była ósma.