02.09.2025, 14:52 ✶
Moje kolano drgnęło, a stopa odbiła się w górę celując w jego udo w precyzyjnym uderzeniu, które miało wybić mu rytm z nóg. Wiedziałem, że nie wygram z nim ciężarem czy siłą ramion - Roise był zbyt dobrze osadzony na ziemi, zbyt czujny. Ale nogi? Równowaga? To można było mu odebrać w ułamku sekundy. Niestety, zanim trafiłem, zobaczyłem ten błysk w jego oku, ledwie wyczuwalne napięcie ramion - i już wiedziałem, że nie zamierza ustąpić ani na krok. Ruszył do przodu z tym swoim zawziętym impetem, jakby cała trawa wokół nagle stała się ringiem, na którym zamierzał udowodnić, że to on prowadzi. Słyszałem syknięte słowa, ale zamiast czystej złości poczułem coś między śmiechem a politowaniem. Głos w mojej głowie podsunął mi odpowiedź - „No, to prowadź, stary, zobaczymy, jak daleko dojdziesz.” - jednak wolałem skupić się na akcji, nie ma gadaniu. Nie spodziewałem się jednak, że zamiast pięści wybierze tak precyzyjne pchnięcie, wymierzone prosto w moją krtań. Poczułem nacisk dłoni Ambroise’a na moim gardle, jakby próbował mi przypomnieć, że tlen to luksus, a nie prawo.
Zamiast się cofnąć, zacisnąłem zęby i wszedłem w ruch. Równocześnie z jego pchnięciem kończyłem zamach nogą, czując, jak powietrze między nami gęstnieje, jakby to nie była walka, a rodzaj chorej, brutalnej synchronizacji. Krtań zapiekła, gdy jego dłoń uderzyła w miękkie miejsce pod szczęką, ale jeszcze zanim zdążyło to odebrać mi oddech, oparłem ciężar na drugiej nodze i dociągnąłem podcięcie. Niestety, nieudane. Zamiast odruchowo się cofnąć, jak liczył, ja przybliżyłem się jeszcze bardziej. Kącik moich ust drgnął w półuśmiechu, choć w gardle piekło mnie jak diabli.
Spróbowałem wykorzystać bliskość, by barkiem wbić się w niego z impetem, zamiast paść na ziemię, jeśli już próbował zrobić ze mnie ofiarę własnej inicjatywy, zamierzałem mu udowodnić, że nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż człowiek, który zamiast się cofnąć, parł naprzód mimo bólu, w razie czego będąc w stanie pociągnąć go za sobą do poziomu, bardziej niż odpuścić i pozwolić sobie upaść. Czułem jak równowaga między nami zachwiała się niebezpiecznie - żaden z nas nie miał zamiaru ustąpić, a trawa pod butami tylko czekała, aż któryś z nas runie na ziemię pierwszy, chociaż jeśli mi się powiodło, pewnie i tak mieliśmy tam skończyć razem.
AF ◉◉◉◉○ - wywrócenie Ambroise’a
Zamiast się cofnąć, zacisnąłem zęby i wszedłem w ruch. Równocześnie z jego pchnięciem kończyłem zamach nogą, czując, jak powietrze między nami gęstnieje, jakby to nie była walka, a rodzaj chorej, brutalnej synchronizacji. Krtań zapiekła, gdy jego dłoń uderzyła w miękkie miejsce pod szczęką, ale jeszcze zanim zdążyło to odebrać mi oddech, oparłem ciężar na drugiej nodze i dociągnąłem podcięcie. Niestety, nieudane. Zamiast odruchowo się cofnąć, jak liczył, ja przybliżyłem się jeszcze bardziej. Kącik moich ust drgnął w półuśmiechu, choć w gardle piekło mnie jak diabli.
Spróbowałem wykorzystać bliskość, by barkiem wbić się w niego z impetem, zamiast paść na ziemię, jeśli już próbował zrobić ze mnie ofiarę własnej inicjatywy, zamierzałem mu udowodnić, że nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż człowiek, który zamiast się cofnąć, parł naprzód mimo bólu, w razie czego będąc w stanie pociągnąć go za sobą do poziomu, bardziej niż odpuścić i pozwolić sobie upaść. Czułem jak równowaga między nami zachwiała się niebezpiecznie - żaden z nas nie miał zamiaru ustąpić, a trawa pod butami tylko czekała, aż któryś z nas runie na ziemię pierwszy, chociaż jeśli mi się powiodło, pewnie i tak mieliśmy tam skończyć razem.
AF ◉◉◉◉○ - wywrócenie Ambroise’a
Rzut PO 1d100 - 60
Sukces!
Sukces!
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)