03.09.2025, 13:35 ✶
Nawet, jeśli dostrzegł moment, w którym myśli Bletchleyówny poleciały tylko sobie znanymi drogami (a dostrzegł, bez wątpienia, bo przecież na nią patrzył) nie postanowił tego skomentować. Miał inne rozrywki niż machać ręką przed nosem koleżanki. Już dawno wyrósł ze szczeniackiego zachowania, przynajmniej pod tym względem. Zamiast tego po prostu zaczekał aż Prudence postanowi wrócić do pełnej przytomności umysłu, przypatrując jej się kątem oka, dopóki nie odezwała się do niego ponownie.
- No nie pierdol - odmruknął teatralnie, nawet nie mając zamiaru kryć sarkazmu, którym ociekały te słowa.
Tak, wspomnienie o zapominaniu też nie zostało przez niego użyte całkowicie naiwnie. W tym niemalże dziecinnym przekonaniu, że w książkach powinny znajdować się wszystkie kroki mające umożliwiać poprawne wykorzystywanie zaklęć lub odprawianie rytuałów. Ależ nie. Jeśli kiedykolwiek myślał o tym, że wiedza zostanie mu podstawiona pod nos na lekko zakurzonym, odrobinę śmierdzącym stęchlizną pergaminie, było to najpewniej, gdy miał maksymalnie pięć albo sześć lat. Teraz miał ich sporo ponad trzydzieści i zdecydowanie przestał już wierzyć w bajki.
Ba, w ostatnim czasie był ich wyjątkowym antyfanem. Dokładnie tak jak wykrzywiał wargi w ironicznym uśmiechu na każde wspomnienie o szczęśliwych zakończeniach. W ich świecie nie istniało na nie miejsce. Nieważne, że przez chwilę bądź też nawet kilka długich momentów wydawało się, że wszystko zaczyna układać się dobrze. Zawsze przychodził jakiś nagły zwrot akcji a zakończona historia okazywała się jedynie pierwszą częścią wielotomowego dramatu.
Wiedzieli o tym oboje, nieprawdaż? Nie bez powodu znaleźli się właśnie tutaj, w tym miejscu i o tej porze roku. Zaledwie kilka dni przed zbliżającym się sabatem, jednym z pozornie najradośniejszych w kończącym się roku. Zamiast siedzieć w otoczeniu grona najbliższych im ludzi, oboje bez wątpienia mieli spędzić kolejne godziny w swoim wzajemnym towarzystwie.
A przecież niespecjalnie się lubili. Można było to bardziej określić tolerancją dla dziwactw tej drugiej osoby, może zrozumieniem wewnętrznych horrorów i zamiłowania do makabry albo po prostu sojuszem, ale nie na tyle silną koleżeńską więzią, żeby logicznym było spędzanie razem właśnie tych dni. A jednak. Cóż za urocze zaskoczenie, czyż nie? Byłby tylko jeszcze znacznie bardziej zaskoczony, gdyby kiedyś postanowiła przynieść mu kawę.
Ale nie, to nie był ten dzień. Zamiast tego swobodnie popijała z własnego kubka, czego nawet nie skomentował. Uniósł wyłącznie jedną brew, odchrząkując i wracając wzrokiem do książki, na której marginesie pisał, zanim mu przerwała, po czym na oślep sięgając po kieszonkowy kalendarz.
- Nów mógłby być dobrą opcją, faktycznie. Z tym, że ostatni był - stwierdził, przerzucając kartki na koniec tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego - siedemnastego grudnia. Następny będzie - przerzucił kilka kolejnych stron, jednocześnie mrugając i unosząc wyżej brwi - szesnastego stycznia. Razem z zaćmieniem słońca. To może być interesujące, ale też podchwytliwe - o tym jeszcze nie czytał, nie miał zielonego pojęcia, co to mogłoby oznaczać.
Uniósł więc wzrok na Prudence, czekając, czy dziewczyna ma coś do dodania.
- No nie pierdol - odmruknął teatralnie, nawet nie mając zamiaru kryć sarkazmu, którym ociekały te słowa.
Tak, wspomnienie o zapominaniu też nie zostało przez niego użyte całkowicie naiwnie. W tym niemalże dziecinnym przekonaniu, że w książkach powinny znajdować się wszystkie kroki mające umożliwiać poprawne wykorzystywanie zaklęć lub odprawianie rytuałów. Ależ nie. Jeśli kiedykolwiek myślał o tym, że wiedza zostanie mu podstawiona pod nos na lekko zakurzonym, odrobinę śmierdzącym stęchlizną pergaminie, było to najpewniej, gdy miał maksymalnie pięć albo sześć lat. Teraz miał ich sporo ponad trzydzieści i zdecydowanie przestał już wierzyć w bajki.
Ba, w ostatnim czasie był ich wyjątkowym antyfanem. Dokładnie tak jak wykrzywiał wargi w ironicznym uśmiechu na każde wspomnienie o szczęśliwych zakończeniach. W ich świecie nie istniało na nie miejsce. Nieważne, że przez chwilę bądź też nawet kilka długich momentów wydawało się, że wszystko zaczyna układać się dobrze. Zawsze przychodził jakiś nagły zwrot akcji a zakończona historia okazywała się jedynie pierwszą częścią wielotomowego dramatu.
Wiedzieli o tym oboje, nieprawdaż? Nie bez powodu znaleźli się właśnie tutaj, w tym miejscu i o tej porze roku. Zaledwie kilka dni przed zbliżającym się sabatem, jednym z pozornie najradośniejszych w kończącym się roku. Zamiast siedzieć w otoczeniu grona najbliższych im ludzi, oboje bez wątpienia mieli spędzić kolejne godziny w swoim wzajemnym towarzystwie.
A przecież niespecjalnie się lubili. Można było to bardziej określić tolerancją dla dziwactw tej drugiej osoby, może zrozumieniem wewnętrznych horrorów i zamiłowania do makabry albo po prostu sojuszem, ale nie na tyle silną koleżeńską więzią, żeby logicznym było spędzanie razem właśnie tych dni. A jednak. Cóż za urocze zaskoczenie, czyż nie? Byłby tylko jeszcze znacznie bardziej zaskoczony, gdyby kiedyś postanowiła przynieść mu kawę.
Ale nie, to nie był ten dzień. Zamiast tego swobodnie popijała z własnego kubka, czego nawet nie skomentował. Uniósł wyłącznie jedną brew, odchrząkując i wracając wzrokiem do książki, na której marginesie pisał, zanim mu przerwała, po czym na oślep sięgając po kieszonkowy kalendarz.
- Nów mógłby być dobrą opcją, faktycznie. Z tym, że ostatni był - stwierdził, przerzucając kartki na koniec tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego - siedemnastego grudnia. Następny będzie - przerzucił kilka kolejnych stron, jednocześnie mrugając i unosząc wyżej brwi - szesnastego stycznia. Razem z zaćmieniem słońca. To może być interesujące, ale też podchwytliwe - o tym jeszcze nie czytał, nie miał zielonego pojęcia, co to mogłoby oznaczać.
Uniósł więc wzrok na Prudence, czekając, czy dziewczyna ma coś do dodania.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down