03.09.2025, 14:07 ✶
Nie, zdecydowanie nie planował przestawiać nosa przyjaciela. Być może żaden z nich nie grał w tej chwili zbyt czysto i można było spodziewać się podobnych skutków ubocznych zejścia do parteru, ale nie chciał świadomie zabarwić krwią idealnego trawnika Ursuli. W zupełności wystarczyła mu zaczerwieniona zaklęciem trawa na samym środku ich prowizorycznego ringu, nie potrzebował dodawać więcej kolorów do otoczenia.
Problem w tym, że obaj zdecydowanie dali się ponieść własnym instynktom, sprowadzając towarzyski sparing do poziomu bardziej odpowiadającego ulicznej walce i niespecjalnie licząc się z ewentualnymi konsekwencjami. Nawet w tym momencie nie chciał jednak trwale uszkodzić facjaty kumpla. Nie to było jego zamiarem, nawet jeśli chwilę wcześniej to Benjy usiłował dać mu z czoła w sam środek twarzy.
Nie był wściekły. Nie kierowała nim żadna zabójcza, żądna krwi furia, nie był w stanie, w którym całkowicie nie myślał o tym, co robi. A jednak pewnych wyuczonych instynktów nie dało się tak po prostu zahamować. Nie mógł tego zrobić. Impuls był impulsem. Zbyt wiele razy miał do czynienia z podobnymi sytuacjami mającymi miejsce podczas realnej walki, aby teraz zastanawiać się i analizować własne poczynania.
Odpowiedział automatycznie, wystrzeliwując z łokcia na oślep w twarz Fenwicka. Wiedział, że trafił, jeszcze zanim spojrzał na przeciwnika. Tego dosyć charakterystycznego, odrobinę obrzydliwie mlaszczącego chrupnięcia nie dało się pomylić z niczym innym. Złamał nos kumpla. Nie, nie przestawił. Złamał. Czerwona posoka zabarwiła materiał jego koszuli. Spojrzał na nią bez zdziwienia, a jednak z pewnym zawahaniem, które sprawiło, że wreszcie przestał przygniatać Benjy'ego do podłoża.
Zsunął się z niego w tym samym momencie, w którym podeszła do nich Rina. Nie musiała nawet oznajmiać, że pierwsza runda właśnie została zakończona. Wystarczył jeden rzut oka na facjatę oponenta.
Nie pytał go, czy żyje ani czy wszystko jest z nim w porządku. Zamiast tego wziął głęboki oddech, wzruszając ramionami. Życie, co nie? No, bywa.
Problem w tym, że obaj zdecydowanie dali się ponieść własnym instynktom, sprowadzając towarzyski sparing do poziomu bardziej odpowiadającego ulicznej walce i niespecjalnie licząc się z ewentualnymi konsekwencjami. Nawet w tym momencie nie chciał jednak trwale uszkodzić facjaty kumpla. Nie to było jego zamiarem, nawet jeśli chwilę wcześniej to Benjy usiłował dać mu z czoła w sam środek twarzy.
Nie był wściekły. Nie kierowała nim żadna zabójcza, żądna krwi furia, nie był w stanie, w którym całkowicie nie myślał o tym, co robi. A jednak pewnych wyuczonych instynktów nie dało się tak po prostu zahamować. Nie mógł tego zrobić. Impuls był impulsem. Zbyt wiele razy miał do czynienia z podobnymi sytuacjami mającymi miejsce podczas realnej walki, aby teraz zastanawiać się i analizować własne poczynania.
Odpowiedział automatycznie, wystrzeliwując z łokcia na oślep w twarz Fenwicka. Wiedział, że trafił, jeszcze zanim spojrzał na przeciwnika. Tego dosyć charakterystycznego, odrobinę obrzydliwie mlaszczącego chrupnięcia nie dało się pomylić z niczym innym. Złamał nos kumpla. Nie, nie przestawił. Złamał. Czerwona posoka zabarwiła materiał jego koszuli. Spojrzał na nią bez zdziwienia, a jednak z pewnym zawahaniem, które sprawiło, że wreszcie przestał przygniatać Benjy'ego do podłoża.
Zsunął się z niego w tym samym momencie, w którym podeszła do nich Rina. Nie musiała nawet oznajmiać, że pierwsza runda właśnie została zakończona. Wystarczył jeden rzut oka na facjatę oponenta.
Nie pytał go, czy żyje ani czy wszystko jest z nim w porządku. Zamiast tego wziął głęboki oddech, wzruszając ramionami. Życie, co nie? No, bywa.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down