03.09.2025, 20:17 ✶
- No, może i tak - nie zamierzał podważać słów narzeczonej, bo to ona lepiej od niego wiedziała, o czym i z kim korespondowała przed ich przybyciem. - Ale na pewno jej powiedział - a jednak przez te wszystkie lata nie mógł nie zauważyć tego, że Gerard raczej nie skrywał przed żoną zbyt wielu tajemnic.
No, przynajmniej nie takich, jakie stanowiłby ich nagły, choć zapowiedziany przyjazd do Snowdonii. Cokolwiek znalazło się w liście do ojca Riny z pewnością trafiło również do jej matki. Ta zaś była wyjątkowo spostrzegawcza i bez problemu łączyła fakty. Być może nawet odrobinę zbyt łatwo, bo mimo wszystko, przez lata przypisywała sobie zasługi, w których miała raczej nikły udział.
Pozwalali jej jednak na to, bo czemu nie mieliby tego robić? Jeśli dzięki temu była szczęśliwsza, dając im więcej oddechu, czemu nie. Nie musieli wspominać o tym, jak tragiczna była jej ostatnia zagrywka. Jedynie od czasu do czasu zdarzało im się prywatnie nawiązywać do tamtych chwil. W szczególności upodobał sobie przypominanie o horrendalnie paskudnej kreacji, obcesowo niedopasowanej do stylu Yaxleyówny, która wyzwoliła w nim wtedy tak głęboką odrazę, że musiał ją zerwać z dziewczyny, ostatecznie kończąc ich przyjaźń.
No cóż, to była stylizacja od Jennifer, nieprawdaż? Przypisywała sobie tę zasługę, bez wątpienia. Szczególnie, że niedługo potem pierwszy raz pojawili się wspólnie w tym domu, nie jako platoniczni kumple, a jako ludzie, którzy stosunkowo szybko przeszli do dzielenia jednego łoża. Tak naprawdę nigdy nie oczekiwała na niego przygotowana sypialnia gościnna. Nie tutaj. Nie potrzebowali niczego udawać, nie napotkali ani jednego krzywego spojrzenia.
Ale czy to oznaczało, że całkowicie się tu nie pilnował? No cóż, mimo wszystko baczył na własne zachowania, zwłaszcza jeszcze jako prywatny uzdrowiciel rodu, przed przyjęciem funkcji nieoficjalnego członka rodziny. Cicho parsknął pod nosem.
- To byłoby dosyć niefortunne - rzucił w pierwszej chwili w przestrzeń między nimi, odchylając się odrobinę do tyłu, aby przyzezować na Yaxleyównę z innej perspektywy, bardzo wymownie wyginając kąciki ust złączonych przez chwilę w cienką linię.
Odchrzaknął, po czym powrócił do pierwotnej pozycji, lekko bujnąwszy się na obcasach jesiennych butów. Nie zamierzał od razu wyjaśniać tego, co dokładnie miał w tej chwili na myśli, jednak wydawało mu się to raczej dosyć jasne. Tak, rodzice Geraldine bez wątpienia doskonale go znali...
...a przynajmniej tak im się wydawało. Nie to, aby celowo postanawiał ich oszukiwać. Nie zachowywał się przy nich sztucznie, nie usiłował ich mamić ani grać przed nimi żadnej konkretnej roli. A jednak nie dało się ukryć, że nie był przy nich swoją najbardziej naturalną wersją. Tak po prawdzie, nigdy nie zamierzał ani nie miał nią być. Żadne z nich by sobie tego nie życzyło. Jeśli zaś już chodziło o życzenia...
- Myślę, że czegokolwiek byś sobie nie zażyczyła, będzie to dla niego dalekie od nadużywania jego dobroci - odparł gładko, nie musząc mówić nic więcej o tym, że przecież oboje doskonale znali podejście Gerarda.
Gdyby Geraldine zażyczyła sobie hipogryfa, dostałaby hipogryfa. A jeśli zaznaczyłaby jeszcze, że koniecznie powinien umieć zawsze wchodzić w galop lewą nogą, nie prawą, miałaby to zagwarantowane bez jakiegokolwiek poślizgu w spełnianiu życzenia. To nigdy nie miało ulec zmianie. Nieważne, co by zrobiła.
Ach, kowen naprawdę wydawał się coraz bardziej kuszącą i równie proporcjonalnie niemożliwą opcją. Z pewnością wybaczonoby im to zachowanie, nawet jeśli wywolaliby tym skandal. Niestety, musiał myśleć jak realista.
- Mimo wszystko, nie zaprzeczysz, że to najlepsza możliwa opcja - odparł, prostując plecy i bezmyślnie poprawiając kosmyk włosów dziewczyny w taki sposób, aby nie zasłaniał mu jej oczu.
Zdecydowanie chciał rzucić jeszcze jedno porozumiewawcze spojrzenie w kierunku narzeczonej, wykrzywiając przy tym wargi w znaczącym półuśmiechu. Co prawda, nie mógł faktycznie zaproponować Geraldine wycofania się z nadchodzącego wesela i załatwienia wszystkiego bokiem, korzystając z życzliwości najbliższego kowenu, ale tak. To byłoby coś, co miałoby znacznie lepszy posmak niż przełykanie goryczy związanej z koniecznością sporządzania list najważniejszych gości, których wcale nie chciał widzieć na ceremonii.
Niby wciąż podjęli decyzję o organizacji małej uroczystości. Teoretycznie nie było mowy o wielkich przyjęciach, jeśli chcieli wziąć ślub tuż po Mabon, więc oszczędzili sobie wątpliwej przyjemności związanej z organizacją co najmniej kilku wydarzeń mających poprzedzić ceremonię zaślubin. Nie musieli hucznie świętować zaręczyn, nie potrzebowali żadnego pośredniego balu. Mogli praktycznie od razu przejść do tej najważniejszej części i zaprosić na nią okrojoną liczbę gości.
A jednak tych wciąż okazało się więcej niż chciałby zakładać. Co się zresztą dziwić. Rody czystokrwiste bywały naprawdę spore, sam Ambroise miał naprawdę liczne grono bliskich kuzynek i kuzynów, których niestety nie wypadało pominąć w rozsyłaniu zaproszeń. Szczególnie tyczyło się to części rodziny, o ironio, związanej z jego nieobecną matką. Było ich zdecydowanie więcej niż Greengrassów czy Yaxleyów.
Gdy zaś o nich chodziło...
- Państwo Yaxley - kiwnął głową, odzywając się zaraz po Geraldine, praktycznie od samego wejścia, choć z pewnością nie był to koniec wymiany przywitań.
Ba, nie miał nawet cienia wątpliwości, że był to dopiero ich początek, szczególnie na widok dosyć zadowolonych, zainteresowanych wyrazów twarzy obojga rodziców Riny, a także na sposób, w jaki jej matka rozchyliła usta. Oczywiście, że powinien zachować się bardziej spoufalenie. Tym bardziej, że pracując dla Gerarda, stosunkowo szybko przeszedł z nim z pan na ty. Nie zmieniła tego jego rola potencjalnego przyszłego zięcia, przy bimbrze raczej ciężko byłoby panować. Naturalnie, przeszło to również na żonę Yaxleya, do której w tym momencie powinien zwrócić się po imieniu, bo była przecież jeszcze młoda.
To, że tego nie zrobił, nie do końca pasowało do sytuacji. A przecież miał zachowywać się naturalnie, prawda? Nie miał kija w dupie, przychodził tu też w roli skazańca. Nie zamierzał o nic błagać ani za nic przepraszać, zresztą z pewnością nie tego od nich oczekiwano. To miała być naprawdę miła, radosna chwila. Dokładnie tak jak nowiny, jakie przynosili.
Gdy Geraldine ponownie zabrała głos, on rozluźnił ramiona, stawiając z nią kolejne kroki po to, aby wreszcie stanąć przed gospodarzami, ściskając wyciągniętą dłoń Gerarda i ujmując rękę Jennifer, aby kulturalnie ucałować jej wierzch, tym razem ponownie witając każdego z imienia. Uśmiechnął się na szczebiot pani Yaxley, robiąc to całkiem szczerze, zanim wziął głębszy oddech, przytakując głową.
- To fakt, tym bardziej miło mi, że spotykamy się ponownie - odpowiedział gładko, nie dodając jeszcze w takich okolicznościach, za to pozwalając sobie na znacznie. - Mógłbym przysiąc, że to będzie tylko krótki dodatkowy dyżur - a oto był, półtora roku później, rzeczywiście minęła chwila.
No, przynajmniej nie takich, jakie stanowiłby ich nagły, choć zapowiedziany przyjazd do Snowdonii. Cokolwiek znalazło się w liście do ojca Riny z pewnością trafiło również do jej matki. Ta zaś była wyjątkowo spostrzegawcza i bez problemu łączyła fakty. Być może nawet odrobinę zbyt łatwo, bo mimo wszystko, przez lata przypisywała sobie zasługi, w których miała raczej nikły udział.
Pozwalali jej jednak na to, bo czemu nie mieliby tego robić? Jeśli dzięki temu była szczęśliwsza, dając im więcej oddechu, czemu nie. Nie musieli wspominać o tym, jak tragiczna była jej ostatnia zagrywka. Jedynie od czasu do czasu zdarzało im się prywatnie nawiązywać do tamtych chwil. W szczególności upodobał sobie przypominanie o horrendalnie paskudnej kreacji, obcesowo niedopasowanej do stylu Yaxleyówny, która wyzwoliła w nim wtedy tak głęboką odrazę, że musiał ją zerwać z dziewczyny, ostatecznie kończąc ich przyjaźń.
No cóż, to była stylizacja od Jennifer, nieprawdaż? Przypisywała sobie tę zasługę, bez wątpienia. Szczególnie, że niedługo potem pierwszy raz pojawili się wspólnie w tym domu, nie jako platoniczni kumple, a jako ludzie, którzy stosunkowo szybko przeszli do dzielenia jednego łoża. Tak naprawdę nigdy nie oczekiwała na niego przygotowana sypialnia gościnna. Nie tutaj. Nie potrzebowali niczego udawać, nie napotkali ani jednego krzywego spojrzenia.
Ale czy to oznaczało, że całkowicie się tu nie pilnował? No cóż, mimo wszystko baczył na własne zachowania, zwłaszcza jeszcze jako prywatny uzdrowiciel rodu, przed przyjęciem funkcji nieoficjalnego członka rodziny. Cicho parsknął pod nosem.
- To byłoby dosyć niefortunne - rzucił w pierwszej chwili w przestrzeń między nimi, odchylając się odrobinę do tyłu, aby przyzezować na Yaxleyównę z innej perspektywy, bardzo wymownie wyginając kąciki ust złączonych przez chwilę w cienką linię.
Odchrzaknął, po czym powrócił do pierwotnej pozycji, lekko bujnąwszy się na obcasach jesiennych butów. Nie zamierzał od razu wyjaśniać tego, co dokładnie miał w tej chwili na myśli, jednak wydawało mu się to raczej dosyć jasne. Tak, rodzice Geraldine bez wątpienia doskonale go znali...
...a przynajmniej tak im się wydawało. Nie to, aby celowo postanawiał ich oszukiwać. Nie zachowywał się przy nich sztucznie, nie usiłował ich mamić ani grać przed nimi żadnej konkretnej roli. A jednak nie dało się ukryć, że nie był przy nich swoją najbardziej naturalną wersją. Tak po prawdzie, nigdy nie zamierzał ani nie miał nią być. Żadne z nich by sobie tego nie życzyło. Jeśli zaś już chodziło o życzenia...
- Myślę, że czegokolwiek byś sobie nie zażyczyła, będzie to dla niego dalekie od nadużywania jego dobroci - odparł gładko, nie musząc mówić nic więcej o tym, że przecież oboje doskonale znali podejście Gerarda.
Gdyby Geraldine zażyczyła sobie hipogryfa, dostałaby hipogryfa. A jeśli zaznaczyłaby jeszcze, że koniecznie powinien umieć zawsze wchodzić w galop lewą nogą, nie prawą, miałaby to zagwarantowane bez jakiegokolwiek poślizgu w spełnianiu życzenia. To nigdy nie miało ulec zmianie. Nieważne, co by zrobiła.
Ach, kowen naprawdę wydawał się coraz bardziej kuszącą i równie proporcjonalnie niemożliwą opcją. Z pewnością wybaczonoby im to zachowanie, nawet jeśli wywolaliby tym skandal. Niestety, musiał myśleć jak realista.
- Mimo wszystko, nie zaprzeczysz, że to najlepsza możliwa opcja - odparł, prostując plecy i bezmyślnie poprawiając kosmyk włosów dziewczyny w taki sposób, aby nie zasłaniał mu jej oczu.
Zdecydowanie chciał rzucić jeszcze jedno porozumiewawcze spojrzenie w kierunku narzeczonej, wykrzywiając przy tym wargi w znaczącym półuśmiechu. Co prawda, nie mógł faktycznie zaproponować Geraldine wycofania się z nadchodzącego wesela i załatwienia wszystkiego bokiem, korzystając z życzliwości najbliższego kowenu, ale tak. To byłoby coś, co miałoby znacznie lepszy posmak niż przełykanie goryczy związanej z koniecznością sporządzania list najważniejszych gości, których wcale nie chciał widzieć na ceremonii.
Niby wciąż podjęli decyzję o organizacji małej uroczystości. Teoretycznie nie było mowy o wielkich przyjęciach, jeśli chcieli wziąć ślub tuż po Mabon, więc oszczędzili sobie wątpliwej przyjemności związanej z organizacją co najmniej kilku wydarzeń mających poprzedzić ceremonię zaślubin. Nie musieli hucznie świętować zaręczyn, nie potrzebowali żadnego pośredniego balu. Mogli praktycznie od razu przejść do tej najważniejszej części i zaprosić na nią okrojoną liczbę gości.
A jednak tych wciąż okazało się więcej niż chciałby zakładać. Co się zresztą dziwić. Rody czystokrwiste bywały naprawdę spore, sam Ambroise miał naprawdę liczne grono bliskich kuzynek i kuzynów, których niestety nie wypadało pominąć w rozsyłaniu zaproszeń. Szczególnie tyczyło się to części rodziny, o ironio, związanej z jego nieobecną matką. Było ich zdecydowanie więcej niż Greengrassów czy Yaxleyów.
Gdy zaś o nich chodziło...
- Państwo Yaxley - kiwnął głową, odzywając się zaraz po Geraldine, praktycznie od samego wejścia, choć z pewnością nie był to koniec wymiany przywitań.
Ba, nie miał nawet cienia wątpliwości, że był to dopiero ich początek, szczególnie na widok dosyć zadowolonych, zainteresowanych wyrazów twarzy obojga rodziców Riny, a także na sposób, w jaki jej matka rozchyliła usta. Oczywiście, że powinien zachować się bardziej spoufalenie. Tym bardziej, że pracując dla Gerarda, stosunkowo szybko przeszedł z nim z pan na ty. Nie zmieniła tego jego rola potencjalnego przyszłego zięcia, przy bimbrze raczej ciężko byłoby panować. Naturalnie, przeszło to również na żonę Yaxleya, do której w tym momencie powinien zwrócić się po imieniu, bo była przecież jeszcze młoda.
To, że tego nie zrobił, nie do końca pasowało do sytuacji. A przecież miał zachowywać się naturalnie, prawda? Nie miał kija w dupie, przychodził tu też w roli skazańca. Nie zamierzał o nic błagać ani za nic przepraszać, zresztą z pewnością nie tego od nich oczekiwano. To miała być naprawdę miła, radosna chwila. Dokładnie tak jak nowiny, jakie przynosili.
Gdy Geraldine ponownie zabrała głos, on rozluźnił ramiona, stawiając z nią kolejne kroki po to, aby wreszcie stanąć przed gospodarzami, ściskając wyciągniętą dłoń Gerarda i ujmując rękę Jennifer, aby kulturalnie ucałować jej wierzch, tym razem ponownie witając każdego z imienia. Uśmiechnął się na szczebiot pani Yaxley, robiąc to całkiem szczerze, zanim wziął głębszy oddech, przytakując głową.
- To fakt, tym bardziej miło mi, że spotykamy się ponownie - odpowiedział gładko, nie dodając jeszcze w takich okolicznościach, za to pozwalając sobie na znacznie. - Mógłbym przysiąc, że to będzie tylko krótki dodatkowy dyżur - a oto był, półtora roku później, rzeczywiście minęła chwila.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down