03.09.2025, 21:32 ✶
Niespecjalnie wypadało, aby pozwolił sobie na cokolwiek, co mogłoby przypominać uśmiech, szczególnie nie taki pełen wewnętrznej satysfakcji, ale z drugiej strony? Przecież nie zwykł ograniczać się w sytuacjach, w których naprawdę nie musiał tego robić. Wygrał walkę. Czy uczciwie? To była już raczej dosyć sporna kwestia, tym bardziej, że to nie on był przecież pierwszym, który chciał wyjebać przeciwnikowi gonga w twarz. Benjy sam się o to prosił, gdy podejmował ryzyko w celu uderzenia go z bani.
Roise wzruszył więc ramionami, nie wyglądając przy tym na specjalnie skruszonego. Nawet wtedy, gdy Rina postanowiła skomentować ich sportowego ducha. No, oczywiście, że w którymś momencie musieli odejść od trzymania się jakichkolwiek zasad. A że ta była tylko i wyłącznie jedna? Tym szybciej poszła im ich moralna rebelia.
- Reguły są po to, żeby je łamać - odparł lekko, nie sądząc, aby w ogóle musiał to mówić.
Przecież wszyscy tu zebrani doskonale to wiedzieli. To nie była żadna specjalna filozofia. Nie dla ludzi ich pokroju.
- Jesteś wyjątkowa - mruknął pod nosem, niemal mimochodem, jakby przez te wszystkie ostatnie miesiące zupełnie zapomniał o tej części charakteru Yaxleyówny, która zdecydowanie odróżniała ją od innych arystokratek.
Nie, nie zrobił tego. W dalszym ciągu doskonale o tym pamiętał, ale taki a nie inny komentarz w dalszym ciągu cisnął mu się na usta, nawet jeśli nie był tym wszystkim nijak zaskoczony. Po prostu...
...trudno byłoby nawet nazwać jednym słowem jego odczucia wobec tych wszystkich reakcji, jakie okazywała. Nie było to do końca bycie pod wrażeniem, nawet jeśli trochę mu tym imponowała. Nie była to czysta admiracja. Nie był to zwykły ubaw z tego, że uważała wpierdol za smaczny. To było dużo bardziej złożone. Jak cała jego Łowcza, nie? Nie poznał chyba jeszcze nikogo innego, kto wypowiedziałby te same słowa w takim tonie, w jakim zrobiła to Yaxleyówna.
Kiwnął głową, spoglądając w kierunku oponenta i jego twarzy, gdy ich sędzina stwierdziła, że ktoś powinien obejrzeć obrażenia Benjy'ego. Teoretycznie nawet on sam mógł to zrobić i to teraz. Nie wydawało mu się jednak, aby kolega chętnie skorzystał z jego pomocy. Szczególnie, że w rezydencji mieli pod dostatkiem innych uzdrowicieli.
- Prue - bardziej rzucił niż podpowiedział, bo to było raczej jasne. - Chyba jeszcze nie wyszła - a przynajmniej tak mu się wydawało, bo godzina była jeszcze względnie wczesna.
Tak, ze wszystkich osób, jakie prócz niego posiadały wykształcenie medyczne, chyba najwygodniej było mu tłumaczyć się z wybryku właśnie przed Bletchleyówną. Nie to, żeby miała być wybitnie wyrozumiała. No, ale...
- Liczy się ból łokcia? - Spytał bezczelnie, robiąc przy tym jednak aż nazbyt niewinną minę.
Nie zamierzał zignorować okazji, jaka nadarzyła się niemalże sama. Od wielu dni mimowolnie czekał na odpowiedni moment, aby zrewanżować się Fenwickowi za tamten wyjątkowo chamski komentarz rzucony w mieszkaniu Corneliusa. Jeśli mógł teraz pokazać swoją przewagę, jasna sprawa, że zamierzał to zrobić.
Mimo to, gdy podźwignął się na łokciach, wreszcie stając znów na stabilnych nogach, bez słowa wyciągnął rękę w kierunku przyjaciela. Nie zamierzał bawić się w teksty o udanej walce, to zdecydowanie nie było w jego stylu, ale miał w sobie całkiem sporo czegoś na kształt klasy. Nie zamierzał zostawiać kumpla na trawie.
Roise wzruszył więc ramionami, nie wyglądając przy tym na specjalnie skruszonego. Nawet wtedy, gdy Rina postanowiła skomentować ich sportowego ducha. No, oczywiście, że w którymś momencie musieli odejść od trzymania się jakichkolwiek zasad. A że ta była tylko i wyłącznie jedna? Tym szybciej poszła im ich moralna rebelia.
- Reguły są po to, żeby je łamać - odparł lekko, nie sądząc, aby w ogóle musiał to mówić.
Przecież wszyscy tu zebrani doskonale to wiedzieli. To nie była żadna specjalna filozofia. Nie dla ludzi ich pokroju.
- Jesteś wyjątkowa - mruknął pod nosem, niemal mimochodem, jakby przez te wszystkie ostatnie miesiące zupełnie zapomniał o tej części charakteru Yaxleyówny, która zdecydowanie odróżniała ją od innych arystokratek.
Nie, nie zrobił tego. W dalszym ciągu doskonale o tym pamiętał, ale taki a nie inny komentarz w dalszym ciągu cisnął mu się na usta, nawet jeśli nie był tym wszystkim nijak zaskoczony. Po prostu...
...trudno byłoby nawet nazwać jednym słowem jego odczucia wobec tych wszystkich reakcji, jakie okazywała. Nie było to do końca bycie pod wrażeniem, nawet jeśli trochę mu tym imponowała. Nie była to czysta admiracja. Nie był to zwykły ubaw z tego, że uważała wpierdol za smaczny. To było dużo bardziej złożone. Jak cała jego Łowcza, nie? Nie poznał chyba jeszcze nikogo innego, kto wypowiedziałby te same słowa w takim tonie, w jakim zrobiła to Yaxleyówna.
Kiwnął głową, spoglądając w kierunku oponenta i jego twarzy, gdy ich sędzina stwierdziła, że ktoś powinien obejrzeć obrażenia Benjy'ego. Teoretycznie nawet on sam mógł to zrobić i to teraz. Nie wydawało mu się jednak, aby kolega chętnie skorzystał z jego pomocy. Szczególnie, że w rezydencji mieli pod dostatkiem innych uzdrowicieli.
- Prue - bardziej rzucił niż podpowiedział, bo to było raczej jasne. - Chyba jeszcze nie wyszła - a przynajmniej tak mu się wydawało, bo godzina była jeszcze względnie wczesna.
Tak, ze wszystkich osób, jakie prócz niego posiadały wykształcenie medyczne, chyba najwygodniej było mu tłumaczyć się z wybryku właśnie przed Bletchleyówną. Nie to, żeby miała być wybitnie wyrozumiała. No, ale...
- Liczy się ból łokcia? - Spytał bezczelnie, robiąc przy tym jednak aż nazbyt niewinną minę.
Nie zamierzał zignorować okazji, jaka nadarzyła się niemalże sama. Od wielu dni mimowolnie czekał na odpowiedni moment, aby zrewanżować się Fenwickowi za tamten wyjątkowo chamski komentarz rzucony w mieszkaniu Corneliusa. Jeśli mógł teraz pokazać swoją przewagę, jasna sprawa, że zamierzał to zrobić.
Mimo to, gdy podźwignął się na łokciach, wreszcie stając znów na stabilnych nogach, bez słowa wyciągnął rękę w kierunku przyjaciela. Nie zamierzał bawić się w teksty o udanej walce, to zdecydowanie nie było w jego stylu, ale miał w sobie całkiem sporo czegoś na kształt klasy. Nie zamierzał zostawiać kumpla na trawie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down