03.09.2025, 23:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.09.2025, 23:18 przez Benjy Fenwick.)
Kiedy Geraldine się odezwała, uniosłem głowę na tyle, na ile mogłem, żeby na nią spojrzeć. Nos pulsował mi tak, jakby ktoś wbijał mi w czaszkę rozgrzane gwoździe. Krew lała się gęstym strumieniem, piekąc gardło, gdy spływała do środka. Znałem to uczucie aż za dobrze - złamanie tego typu nie było dla mnie nowością, ale cholera, zawsze bolało tak samo. Oczy zalewała mi moja własna posoka, obraz miałem rozmazany, ale widziałem jej wyraz twarzy - niezadowolenie pomieszane z tą dziwną satysfakcją, której nie potrafiła ukryć. Ścisnąłem trawę pod palcami, śmiejąc się chrapliwie, chociaż każdy taki ruch rozdzierał mi czaszkę kolejną falą bólu.
- No i czego szię maltwisz? Jeszcze szię jakoś plezentuję. Do wesela szię zagoi… Albo moszesz mnie posadziś tyłem do ołtasza. - Splunąłem krwią w bok, wiedząc, że wyglądam jak obraz nędzy i rozpaczy, ale nie potrafiłem się powstrzymać od prowokacji. Zawsze musiałem dodać coś od siebie, nawet kiedy rozsądek mówił „zamknij się i daj się poskładać”.
Spojrzałem na Ambroise’a, gdy odezwał się o Prue, dalej czułem gorąco adrenaliny w żyłach. Jasne, dom pełen medyków był plusem, ale nie o to chodziło. Nie lubiłem, gdy ktoś próbował składać mnie na kawałki - nawet jeśli w teorii robił to w dobrej wierze. Moja twarz mogła wyglądać jak przeorana po bitwie, ale to nie była wymówka, by czuć się ciężarem dla kogokolwiek, a tym bardziej dla Prue. Prudence była profesjonalistką, tego byłem pewien, ale propozycja, by zajęła się moją twarzą po tym całym cyrku… Wywołała we mnie mieszankę irytacji i… Czegoś bliższego obawy. Nie chodziło o nią - chodziło o mnie. Nie byłem przyzwyczajony, żeby ktoś, na kim mi zależy, widział mnie w takim stanie, dotykał moich ran. „Ciężar” - to słowo pojawiało się w mojej głowie nieprzypadkowo. Zawsze, kiedy ktoś próbował mnie „składać” albo troszczyć się czy litować nade mną, czułem, że robiłem się zależny, ktoś ma nade mną władzę, nawet jeśli tylko na chwilę. Nie lubiłem tego uczucia. Chciałem być samodzielny, nawet jeśli oznaczało to kilka siniaków więcej albo krzywo zrośnięty nos.
Westchnąłem cicho, wyciągając rękę do kumpla, który już czekał. Nie potrzebowałem pochwał ani komentarzy o „udanej walce”. Chciałem tylko stać na własnych nogach i nie być nikomu problemem.
- Łyknę szkiele-wzlo i pszyłoszę lód. Nie ma sensu dlamatyzowaś. - Odpowiedziałem reszcie towarzystwa. Czułem, że jeśli pozwolę Prue zbytnio się angażować w podobne akcje, zrobię jej krzywdę - nie fizycznie, ale tym uczuciem, że jestem czyimś balastem, kimś, kto wymagał opieki. Nie zamierzałem drugi raz popełnić tego błędu, to nie był ten typ relacji.
- Zlesztą… - Rzuciłem, gdy stanąłem stabilnie na nogach, wyciągając różdżkę i bez ceregieli usiłując wycelować nią sobie w nos. - Episkey. - Wyartykułowałem, najwyraźniej, jak mogłem, szykując się na kolejną falę bólu, bez którego jednak nie mogło się obejść.
Rozproszenie ◉◉◉○○
Nie spodziewałem się jednak, że moje ulubione zaklęcie tym razem tak bardzo mnie zawiedzie i prawie zesram się z bólu. Kurwa.
- No i czego szię maltwisz? Jeszcze szię jakoś plezentuję. Do wesela szię zagoi… Albo moszesz mnie posadziś tyłem do ołtasza. - Splunąłem krwią w bok, wiedząc, że wyglądam jak obraz nędzy i rozpaczy, ale nie potrafiłem się powstrzymać od prowokacji. Zawsze musiałem dodać coś od siebie, nawet kiedy rozsądek mówił „zamknij się i daj się poskładać”.
Spojrzałem na Ambroise’a, gdy odezwał się o Prue, dalej czułem gorąco adrenaliny w żyłach. Jasne, dom pełen medyków był plusem, ale nie o to chodziło. Nie lubiłem, gdy ktoś próbował składać mnie na kawałki - nawet jeśli w teorii robił to w dobrej wierze. Moja twarz mogła wyglądać jak przeorana po bitwie, ale to nie była wymówka, by czuć się ciężarem dla kogokolwiek, a tym bardziej dla Prue. Prudence była profesjonalistką, tego byłem pewien, ale propozycja, by zajęła się moją twarzą po tym całym cyrku… Wywołała we mnie mieszankę irytacji i… Czegoś bliższego obawy. Nie chodziło o nią - chodziło o mnie. Nie byłem przyzwyczajony, żeby ktoś, na kim mi zależy, widział mnie w takim stanie, dotykał moich ran. „Ciężar” - to słowo pojawiało się w mojej głowie nieprzypadkowo. Zawsze, kiedy ktoś próbował mnie „składać” albo troszczyć się czy litować nade mną, czułem, że robiłem się zależny, ktoś ma nade mną władzę, nawet jeśli tylko na chwilę. Nie lubiłem tego uczucia. Chciałem być samodzielny, nawet jeśli oznaczało to kilka siniaków więcej albo krzywo zrośnięty nos.
Westchnąłem cicho, wyciągając rękę do kumpla, który już czekał. Nie potrzebowałem pochwał ani komentarzy o „udanej walce”. Chciałem tylko stać na własnych nogach i nie być nikomu problemem.
- Łyknę szkiele-wzlo i pszyłoszę lód. Nie ma sensu dlamatyzowaś. - Odpowiedziałem reszcie towarzystwa. Czułem, że jeśli pozwolę Prue zbytnio się angażować w podobne akcje, zrobię jej krzywdę - nie fizycznie, ale tym uczuciem, że jestem czyimś balastem, kimś, kto wymagał opieki. Nie zamierzałem drugi raz popełnić tego błędu, to nie był ten typ relacji.
- Zlesztą… - Rzuciłem, gdy stanąłem stabilnie na nogach, wyciągając różdżkę i bez ceregieli usiłując wycelować nią sobie w nos. - Episkey. - Wyartykułowałem, najwyraźniej, jak mogłem, szykując się na kolejną falę bólu, bez którego jednak nie mogło się obejść.
Rozproszenie ◉◉◉○○
Rzut Z 1d100 - 27
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Nie spodziewałem się jednak, że moje ulubione zaklęcie tym razem tak bardzo mnie zawiedzie i prawie zesram się z bólu. Kurwa.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)