04.09.2025, 11:11 ✶
Przyjął jej dotyk z całym ciepłem uśmiechu, który momentalnie rozlał się po zatroskanej twarzy. Ujął jej dłonie łagodnie, kciukami zaklinając relaksacyjne okręgi, bezgłośne modlitwy, najstarsze runy świata, które mogłyby jej zapewnić bezpieczeństwo. Nie chciał okazywać strachu, a przecież tak bardzo bał się momentu, gdy jego przyjaciółka w końcu zniknie, pośród czerni piór, w tańcu nieokrzesanej transformacji, która na zawsze zbierze jej mowę.
Nie.
Pospiesznie odsunął od siebie te myśli, pamiętając o obietnicy. Każdy moment miał być tym wyjątkowym, tym najpiękniejszym, kolekcjonował zajadle wspomnienia, mikroekspresję wychudłej, wciąż pięknej twarzy, błysk zajadłości i determinacji w najpiękniejszym z możliwych kolorów, głębokiego intensywnego kobaltu.
Jej propozycja, tak niezdarna, tak absolutnie odklejona wobec emocji zdradzanych przez jej ciało i twarz, wzbudziła w nim rozrzewnienie i śmiech. Pozwolił sobie ująć obie jej ręce w jedną ze swoich dłoni, by drugą z łagodnością pogładzić zatroskany policzek.
– Moja piękna pani, dziękuję Ci za tę ofertę, myślę, że stać mnie jeszcze na szklarza, tym bardziej że moje aktywa w większości leżą bezpiecznie poza granicami tego szalonego państwa. – Dwie winnice, kilka trafnych inwestycji omijających podatki w duchu darowizny na cele charytatywne. Początek lat 70 tylko przyspieszył transfer dóbr, choć też nazwanie jego skrytki bankowej pustą byłoby co najmniej zabawne.
– A jeśli już mowa o zagranicy, jeśli zbraknie Ci rzemieślników, dawaj mi znać natychmiast. Będę najprawdopodobniej sprowadzać ekipę, która remontowała moją hiszpańską winnicę. Oni... nie będą narzekać na brak terminów i zbyt niskie stawki. Jedno Twoje słowo i są u Twych drzwi mia dolce fonte di saggezza ed eleganza – uniósł kościste palce do złożenia pocałunku, jak pieczęci, obietnicy, którą ze wszechmiar mógł i chciał dotrzymać. – Jeśli jednak chciałabyś ulżyć jakkolwiek mojemu stanu, to bardzo liczę na zaproszenie do Mulciber Manor. Ognisko... może jeszcze nie, choć nie chciałbym przekreślać tego planu na wieczność. Ale spacer? Jestem ciekaw wrzosowiska i cmentarza, jestem ciekaw twych słów, twych opowieści, jestem ciekaw... – ciekaw ciebie tam, pośród wrzosowisk, Twojej twarzy, gdy znów zalśni radością jak gdy opowiadałaś mi o swojej nieoczekiwanej podróży i spotkaniu z kozami, o niewinnym flircie, o życiu które nie było fałszem ani zdradą wobec sędziowskiej togi, ale częścią ciebie. Unikatową i piękną, jak blask Twoich oczu – dokończył w myślach, czując jak spokój rozlewa się po piersi, układając w zrujnowanym planie dni i tygodni ten jeden kamyczek z odwiedzinami. A może kamyczki? – Jestem ciekaw i pełen nadziei, że jednego spotkania nie starczy aby zobaczyć wszystko. – Ile lat gonił, za zaproszeniem do Warowni? Za zemstą, za udowodnieniem czegoś staremu Godrykowi? Ileż lat poświęcał się obsesji, rozdrapywaniu słów wypowiedzianych w gniewie przez starego capa przekonanego o tym, że posiada monopol na posiadanie racji. Ileż lat chciał przekroczyć próg tego domu, czując się mile widzianym? Teraz nie było już tego progu, ale i nie było w nim chęci, aby na siłę wpychać się tam, gdzie nie był chciany. A mimo słodkiego niedopowiedzenia, tak adekwatnego do ich trudności z tym aby opowiadać sobie o tym co było prawdziwie ważne i piękne, liczył że dobrze zinterpretował jej niepewność i strach. Że kryło się w tym zaproszenie, którego nie zamierzał pozostawić nieprzyjętym. Nieprzytulonym do serca.
Na cóż gonić za nieosiągalnym, skoro gdzie indziej był mile widziany?
– To prawda, masz absolutną rację i nie będę krył swojego stanowiska, uważam, że prawo powinno zostać zaostrzone – odpowiedział z pełnią powagi, posępniejąc na moment, bo to tyczyło się wszystkich, którzy zamierzali podnieść rękę na ucieleśnienie sprawiedliwości w tym pogrążonym chaosie kraju. Brak szacunku do sędziowskiej togi sprowadził na nich ten chaos, brak strachu przed możliwymi konsekwencjami. – Moody? Nie kojarzę, znaczy... kojarzę nazwisko, jest chyba związane mocno ze zbrojnym ramieniem Wizengamotu? Wiesz jednak, że nigdy nie byłem zbyt blisko ze służbami, choć ostatnio nastąpiła pewna odwilż – cóż, miał całą policyjną rodzinę podjętą w gościnie, ciężko nie nazwać tego odwilżą. – Jestem pewien, że wybrałaś najlepszego z możliwych do tej sprawy Lorien i że sprawiedliwości stanie się za dość.
Wreszcie puściła jego dłonie, a przyjął ten gest z niechęcią, lecz cóż - wiele z pupila pozostającego na parapecie było również w jego drobnej przyjaciółce. Kot sam wyznaczał ile atencji potrzebuje, tak jak i ona wyznaczała granicę, prowadziła ich teraz w tym tańcu. Westchnął.
– Cały czas boli. Ledwie tkanki zdążyły się zrosnąć i zagoić, a ponownie zostały poddane brutalnej próbie. Na szczęście miałem w zapasie odpowiednie maści i eliksiry więc... teraz bazując na własnym doświadczeniu potrzebuję dwóch tygodni, aby nie musieć maskować skrzywienia podczas siadania czy wstawania. – To wszystko nie było ważne. On mógł. Zasłużył. Ona, otoczona nimbem delikatności, kruchości porcelanowej lalki... nikt nigdy nie powinien podnieść na nią ręki, a już jeśli ktokolwiek się odważył z pewnością ta ręka powinna momentalnie uschnąć z powodu powziętego świętokradztwa.
Nie.
Pospiesznie odsunął od siebie te myśli, pamiętając o obietnicy. Każdy moment miał być tym wyjątkowym, tym najpiękniejszym, kolekcjonował zajadle wspomnienia, mikroekspresję wychudłej, wciąż pięknej twarzy, błysk zajadłości i determinacji w najpiękniejszym z możliwych kolorów, głębokiego intensywnego kobaltu.
Jej propozycja, tak niezdarna, tak absolutnie odklejona wobec emocji zdradzanych przez jej ciało i twarz, wzbudziła w nim rozrzewnienie i śmiech. Pozwolił sobie ująć obie jej ręce w jedną ze swoich dłoni, by drugą z łagodnością pogładzić zatroskany policzek.
– Moja piękna pani, dziękuję Ci za tę ofertę, myślę, że stać mnie jeszcze na szklarza, tym bardziej że moje aktywa w większości leżą bezpiecznie poza granicami tego szalonego państwa. – Dwie winnice, kilka trafnych inwestycji omijających podatki w duchu darowizny na cele charytatywne. Początek lat 70 tylko przyspieszył transfer dóbr, choć też nazwanie jego skrytki bankowej pustą byłoby co najmniej zabawne.
– A jeśli już mowa o zagranicy, jeśli zbraknie Ci rzemieślników, dawaj mi znać natychmiast. Będę najprawdopodobniej sprowadzać ekipę, która remontowała moją hiszpańską winnicę. Oni... nie będą narzekać na brak terminów i zbyt niskie stawki. Jedno Twoje słowo i są u Twych drzwi mia dolce fonte di saggezza ed eleganza – uniósł kościste palce do złożenia pocałunku, jak pieczęci, obietnicy, którą ze wszechmiar mógł i chciał dotrzymać. – Jeśli jednak chciałabyś ulżyć jakkolwiek mojemu stanu, to bardzo liczę na zaproszenie do Mulciber Manor. Ognisko... może jeszcze nie, choć nie chciałbym przekreślać tego planu na wieczność. Ale spacer? Jestem ciekaw wrzosowiska i cmentarza, jestem ciekaw twych słów, twych opowieści, jestem ciekaw... – ciekaw ciebie tam, pośród wrzosowisk, Twojej twarzy, gdy znów zalśni radością jak gdy opowiadałaś mi o swojej nieoczekiwanej podróży i spotkaniu z kozami, o niewinnym flircie, o życiu które nie było fałszem ani zdradą wobec sędziowskiej togi, ale częścią ciebie. Unikatową i piękną, jak blask Twoich oczu – dokończył w myślach, czując jak spokój rozlewa się po piersi, układając w zrujnowanym planie dni i tygodni ten jeden kamyczek z odwiedzinami. A może kamyczki? – Jestem ciekaw i pełen nadziei, że jednego spotkania nie starczy aby zobaczyć wszystko. – Ile lat gonił, za zaproszeniem do Warowni? Za zemstą, za udowodnieniem czegoś staremu Godrykowi? Ileż lat poświęcał się obsesji, rozdrapywaniu słów wypowiedzianych w gniewie przez starego capa przekonanego o tym, że posiada monopol na posiadanie racji. Ileż lat chciał przekroczyć próg tego domu, czując się mile widzianym? Teraz nie było już tego progu, ale i nie było w nim chęci, aby na siłę wpychać się tam, gdzie nie był chciany. A mimo słodkiego niedopowiedzenia, tak adekwatnego do ich trudności z tym aby opowiadać sobie o tym co było prawdziwie ważne i piękne, liczył że dobrze zinterpretował jej niepewność i strach. Że kryło się w tym zaproszenie, którego nie zamierzał pozostawić nieprzyjętym. Nieprzytulonym do serca.
Na cóż gonić za nieosiągalnym, skoro gdzie indziej był mile widziany?
– To prawda, masz absolutną rację i nie będę krył swojego stanowiska, uważam, że prawo powinno zostać zaostrzone – odpowiedział z pełnią powagi, posępniejąc na moment, bo to tyczyło się wszystkich, którzy zamierzali podnieść rękę na ucieleśnienie sprawiedliwości w tym pogrążonym chaosie kraju. Brak szacunku do sędziowskiej togi sprowadził na nich ten chaos, brak strachu przed możliwymi konsekwencjami. – Moody? Nie kojarzę, znaczy... kojarzę nazwisko, jest chyba związane mocno ze zbrojnym ramieniem Wizengamotu? Wiesz jednak, że nigdy nie byłem zbyt blisko ze służbami, choć ostatnio nastąpiła pewna odwilż – cóż, miał całą policyjną rodzinę podjętą w gościnie, ciężko nie nazwać tego odwilżą. – Jestem pewien, że wybrałaś najlepszego z możliwych do tej sprawy Lorien i że sprawiedliwości stanie się za dość.
Wreszcie puściła jego dłonie, a przyjął ten gest z niechęcią, lecz cóż - wiele z pupila pozostającego na parapecie było również w jego drobnej przyjaciółce. Kot sam wyznaczał ile atencji potrzebuje, tak jak i ona wyznaczała granicę, prowadziła ich teraz w tym tańcu. Westchnął.
– Cały czas boli. Ledwie tkanki zdążyły się zrosnąć i zagoić, a ponownie zostały poddane brutalnej próbie. Na szczęście miałem w zapasie odpowiednie maści i eliksiry więc... teraz bazując na własnym doświadczeniu potrzebuję dwóch tygodni, aby nie musieć maskować skrzywienia podczas siadania czy wstawania. – To wszystko nie było ważne. On mógł. Zasłużył. Ona, otoczona nimbem delikatności, kruchości porcelanowej lalki... nikt nigdy nie powinien podnieść na nią ręki, a już jeśli ktokolwiek się odważył z pewnością ta ręka powinna momentalnie uschnąć z powodu powziętego świętokradztwa.