04.09.2025, 20:30 ✶
Przy barze z Philomeną, Desmondem, Erikiem, Norą -> dołączył do Anthony'ego.
Przyjaciele to najgorsi wrogowie; analizując wypowiadane przez towarzystwo słowa, ważył swe kolejne. Nigdy nie spodziewał się, że otoczenie tak naturalne i głęboko zakorzenione w każdym calu jego zachowań, będzie mu tak obcym i trudnym do przywyknięcia. Choć postać ojca wciąż rzucała nań ogromny cień, nie czuł już jego ciężaru, nie wbijał go w podłogę, wręcz odwrotnie, Elliottowi zdawało się, że pozwala nadziejom i wymaganiom Fortinbrasa oprzeć się na własnych ramionach, że może być kimś, kim jego ojcu zabrakło umiejętności, aby zostać. Zaślepiony nienawiścią, pochłonięty przez radykalność, której pokłosie słyszał w wypowiedzi Desmonda, ukształtowanej dotychczasowymi doświadczeniami młodego człowieka; jej ziarna wyrastały z pochwał Philomeny, idealnie dobranych, zupełnie jak kreacja Pani Mulciber, doświadczenie, wiedza i wyrachowanie, czyż nie tego wszyscy pragnęli? Wychodzi na to, że wcale nie.
Nie chciał zdezorientować Longbottoma, nie wziął jednak pod uwagę, że ostatnie wydarzenia mogły zrzucić z pantałyku jego umiejętność lawirowania w dyskusji, że nie rozmawiali długo wystarczająco, aby ich myśli nie łączyły się odpowiednio szybko w dialogu.
- Krytyka i dogłębna analiza zmusza do działania i zmian. Do wykonania akcji, a nie czekania w stagnacji na kolejny uśmiech losu, bądź przeciwnie, kolejne nieszczęście. - zwrócił się do Desmonda i Philomeny - Desmondzie, twój zapał do polepszenia funkcjonowania instytucji jest godny podziwu, nie zastanawiałeś się nad rozwijaniem warsztatu pod kątem publikowania własnych artykułów ? - spojrzał na Philomenę, zdając sobie sprawę, że ruch który wykonuje może być postrzegany jako śmiały; czy miało go to postawić w złym czy dobrym świetle?
W jego oczach nie było lęku, wątpliwie można było doszukiwać się też pychy. Nie był jednak głupcem i nie porywał się z motyką na słońce.
- Czy rozważałaby Pani wzięcie pod swoje skrzydła tak bystrego umysłu? - pytanie było sugestią, a nie wyzwaniem, ukazaniem intencji - chętnie zaangażowałby się w rozwijanie poglądów i horyzontów kuzyna.
Odpowiedź Erika spotkała się z lekką konsternacją w spojrzeniu Malfoya.
- Ah, rozumiem. Czyli nie masz opinii? - złośliwość doradzająca opcję dialogową została zepchnięta, zastąpiona rozsądkiem. Mógł bawić się w docinki w barze sącząc rozwodnionego drinka, ale nie na tej sali. Przeczuwał, że takowa wypowiedź wcale nie zachęciłaby Erika do dalszego przekomarzania się, nie w tych warunkach... lub czasach. Może pożary faktycznie go zmieniły, trochę jak ich wszystkich.
- Oczami innych? A cóż z twoimi własnymi? - odnalazł w sobie pokłady bezpośredniości; postać Longbottoma wyzwalała w nim sporo emocji - Rozumiem stronienie przez wygłaszaniem zdecydowanych poglądów w tematach, w których nie posiadamy wystarczająco ekspertyzy, to wręcz odświeżające, ale czy doświadczenie było uwalniające dla nas, jako widzów? - używając liczby mnogiej, pozbył się personalności wypowiedzi, choć właśnie ją miał na myśli - Pomimo kunsztu muzycznego i aktorskiego, muszę przyznać, że sztuka pozostawiła dużo do życzenia. Dobrze jest adaptować tradycję przez nowoczesność, ale niektóre kwestie powinny zostać takimi, jakimi były, aby ich dziedzictwo nie zgniło.
- Wybaczcie, ale chciałbym kogoś złapać, nim ten ktoś wpadnie w wir rozmów- zwrócił się do wszystkich.
- Desmondzie, porozmawiamy później - zakomunikował - Pani Mulciber, dziękuję za przywilej dzielenia z Panią loży podczas spektaklu.
Nie odszedł od baru, ale przemierzył go wzdłuż.
- Panie Shafiq, zbyt długo nie rozmawialiśmy, czy chwilowe wytchnienie na balkonie brzmi zachęcająco? - zapytał, wkładając w głos przekorną pompatyczność.
Przyjaciele to najgorsi wrogowie; analizując wypowiadane przez towarzystwo słowa, ważył swe kolejne. Nigdy nie spodziewał się, że otoczenie tak naturalne i głęboko zakorzenione w każdym calu jego zachowań, będzie mu tak obcym i trudnym do przywyknięcia. Choć postać ojca wciąż rzucała nań ogromny cień, nie czuł już jego ciężaru, nie wbijał go w podłogę, wręcz odwrotnie, Elliottowi zdawało się, że pozwala nadziejom i wymaganiom Fortinbrasa oprzeć się na własnych ramionach, że może być kimś, kim jego ojcu zabrakło umiejętności, aby zostać. Zaślepiony nienawiścią, pochłonięty przez radykalność, której pokłosie słyszał w wypowiedzi Desmonda, ukształtowanej dotychczasowymi doświadczeniami młodego człowieka; jej ziarna wyrastały z pochwał Philomeny, idealnie dobranych, zupełnie jak kreacja Pani Mulciber, doświadczenie, wiedza i wyrachowanie, czyż nie tego wszyscy pragnęli? Wychodzi na to, że wcale nie.
Nie chciał zdezorientować Longbottoma, nie wziął jednak pod uwagę, że ostatnie wydarzenia mogły zrzucić z pantałyku jego umiejętność lawirowania w dyskusji, że nie rozmawiali długo wystarczająco, aby ich myśli nie łączyły się odpowiednio szybko w dialogu.
- Krytyka i dogłębna analiza zmusza do działania i zmian. Do wykonania akcji, a nie czekania w stagnacji na kolejny uśmiech losu, bądź przeciwnie, kolejne nieszczęście. - zwrócił się do Desmonda i Philomeny - Desmondzie, twój zapał do polepszenia funkcjonowania instytucji jest godny podziwu, nie zastanawiałeś się nad rozwijaniem warsztatu pod kątem publikowania własnych artykułów ? - spojrzał na Philomenę, zdając sobie sprawę, że ruch który wykonuje może być postrzegany jako śmiały; czy miało go to postawić w złym czy dobrym świetle?
W jego oczach nie było lęku, wątpliwie można było doszukiwać się też pychy. Nie był jednak głupcem i nie porywał się z motyką na słońce.
- Czy rozważałaby Pani wzięcie pod swoje skrzydła tak bystrego umysłu? - pytanie było sugestią, a nie wyzwaniem, ukazaniem intencji - chętnie zaangażowałby się w rozwijanie poglądów i horyzontów kuzyna.
Odpowiedź Erika spotkała się z lekką konsternacją w spojrzeniu Malfoya.
- Ah, rozumiem. Czyli nie masz opinii? - złośliwość doradzająca opcję dialogową została zepchnięta, zastąpiona rozsądkiem. Mógł bawić się w docinki w barze sącząc rozwodnionego drinka, ale nie na tej sali. Przeczuwał, że takowa wypowiedź wcale nie zachęciłaby Erika do dalszego przekomarzania się, nie w tych warunkach... lub czasach. Może pożary faktycznie go zmieniły, trochę jak ich wszystkich.
- Oczami innych? A cóż z twoimi własnymi? - odnalazł w sobie pokłady bezpośredniości; postać Longbottoma wyzwalała w nim sporo emocji - Rozumiem stronienie przez wygłaszaniem zdecydowanych poglądów w tematach, w których nie posiadamy wystarczająco ekspertyzy, to wręcz odświeżające, ale czy doświadczenie było uwalniające dla nas, jako widzów? - używając liczby mnogiej, pozbył się personalności wypowiedzi, choć właśnie ją miał na myśli - Pomimo kunsztu muzycznego i aktorskiego, muszę przyznać, że sztuka pozostawiła dużo do życzenia. Dobrze jest adaptować tradycję przez nowoczesność, ale niektóre kwestie powinny zostać takimi, jakimi były, aby ich dziedzictwo nie zgniło.
- Wybaczcie, ale chciałbym kogoś złapać, nim ten ktoś wpadnie w wir rozmów- zwrócił się do wszystkich.
- Desmondzie, porozmawiamy później - zakomunikował - Pani Mulciber, dziękuję za przywilej dzielenia z Panią loży podczas spektaklu.
Nie odszedł od baru, ale przemierzył go wzdłuż.
- Panie Shafiq, zbyt długo nie rozmawialiśmy, czy chwilowe wytchnienie na balkonie brzmi zachęcająco? - zapytał, wkładając w głos przekorną pompatyczność.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦