04.09.2025, 22:40 ✶
Rzeczy się działy. Pan Woody mówił. Keyleth skupiła się na tym, żeby chociaż nominalnie słuchać.
Ale ewidentnie jego nie i potem powtórzone nie i po trzykroć powiedziane nie spuściły z niej parę i to może bardziej niż można byłoby sobie tego życzyć. Ze stanu popięćdziesiątnej siódmej ekscytacji, dziewczę stało się rozplaskanym pomidorem o nieustępliwą ścianę rzeczywistości.
Kiwała już tylko główką na prośby o jej oddychanie, kiwała i oddychała smętnie, by kolejny raz przyjąć "to nie on" na klatę. Powstrzymała się też, by nie wstać i nie wybiec z Rejwachu na ulicę, pobiec od razu do tego pana Bonesa i wypytać go o całe drzewo genealogicznie, o wszystkie daty dalekich podróży jego wujków, kuzynów i pociotków. Tak blisko, a tak daleko...
– Mówiłam ostatnio Eliasowi, że chciałabym się przejść do wróżki, aby znalazła łączącą mnie nić... – to tak nie działało, ale matka Keyleth była szamanką, która robiła wiele rzeczy, które nie działało magicznie, a psychologicznie. Szkoda tylko, że nie zdążyła dziecka nauczyć co było czarem, co magią, a co tylko balsamem na umęczoną duszę opartym na wierze. – ... a tu wystarczyło zapytać pana Woody'ego, no kto by pomyślał. – podniosła na niego soczyste zielone oczy, teraz wyglądające mniej jak szlachetny kamień, a bardziej jak trawa zroszona obfitą burzą, która rozeszła się na moment przed zachodem słońca. Ta łuna... to był płonący Nokturn, ale nadzieja w dziewczęciu mimo tego przygaszenia nie zgasła. Tliła się stabilnym blaskiem.
– Dziękuje panie Woody. I bardzo przepraszam za te szarady i bardzo cieszę się, że panu nie przeszkadza ani jaki mam kolor skóry, ani że pewnie jestem tą całą szlamą. I że mnie pan przygarnął i że nie przegonił na cztery wiatry jak się okazało, że trochę z tym wyglądem zachachmęciłam... dwa razy... czy coś. I nie będę już tak robić, chyba że mi pan powie, że mam bo ja bardzobardzobardzo chciałabym się odwdzięczyć, a cośtam wiem o świecie i no... czasem mi to czarowanie wychodzi i w ogóle, umiem też grać na gitarze, jakby mnie potrzebowano do rozrywki na dole? Znam kilka sprośnych piosenek zasłyszanych w portowych knajpach, myślę że tutejszym by się spodobało, jakbym śpiewała o grzmoceniu Sally baby ze stali? – zapytała ale też w końcu umilkła, bo mieli usiąść jutro na spokojnie i o wszystkim pogadać. Nie była to rozmowa o pracę ani o adopcję, a reprymendą za niewłaściwe zachowanie. Jej matka ukarałaby ją o wiele srożej, nawet nie za to, że to zrobiła, ale że dała się tak popisowo złapać.
Zwiesiła głowę i odczekała moment, dwa uderzenia serca, bo więcej się nie dało wysiedzieć, nim zerwała się w jego stronę i ukryła w niemalże ojcowskim objęciu, szukając pociechy w swoich obawach, chwili zawieszenia, bezmyślności, wobec szerzących się za oknem zniszczeń.
– Dziękuję panie Woody. Mam nadzieję, że wspólnie nam się uda go znaleźć... – pociągnęła nosem nic nie robiąc sobie z tego jak capił jej dobroczyńca. Keyleth lubiła dziwne zapachy ceniąc bardziej naturalizm, niż wonne drogie perfumy, które zwykle wywoływały u niej momentalnie salwę kichnięć. Dlatego nie miała problemu by ukryć twarz w przepoconym, śmierdzącym spalenizną i trawionym alkoholem podkoszulku. – I mam nadzieję, będę modlić się o to do duchów, żeby był... żeby był chociaż w połowie tak cudowny jak pan. – Uścisk zacieśnił się mocniej i nawet jeśli tej nocy zeszła do ścieżek (i nie zarobiła wpierdolu), biegała po nokturnie (i trochę chciała dać wpierdol, a potem trzeba było być ratowaną z opresji ale w jakim stylu!), pomagała ludziom (i zarobiła relatywnie mały wpierdol)... dla jednych była to najstraszliwsza noc od dekad, dla niej jednak...
Cóż. Była szczęściarą.
Nie pamiętała, kiedy czuła się lepiej i bezpieczniej, niż w ramionach człowieka, który ledwie mógł dźwignąć jej entuzjazm, czy da sobie więc radę z jej bezgranicznym zaufaniem?
Ale ewidentnie jego nie i potem powtórzone nie i po trzykroć powiedziane nie spuściły z niej parę i to może bardziej niż można byłoby sobie tego życzyć. Ze stanu popięćdziesiątnej siódmej ekscytacji, dziewczę stało się rozplaskanym pomidorem o nieustępliwą ścianę rzeczywistości.
Kiwała już tylko główką na prośby o jej oddychanie, kiwała i oddychała smętnie, by kolejny raz przyjąć "to nie on" na klatę. Powstrzymała się też, by nie wstać i nie wybiec z Rejwachu na ulicę, pobiec od razu do tego pana Bonesa i wypytać go o całe drzewo genealogicznie, o wszystkie daty dalekich podróży jego wujków, kuzynów i pociotków. Tak blisko, a tak daleko...
– Mówiłam ostatnio Eliasowi, że chciałabym się przejść do wróżki, aby znalazła łączącą mnie nić... – to tak nie działało, ale matka Keyleth była szamanką, która robiła wiele rzeczy, które nie działało magicznie, a psychologicznie. Szkoda tylko, że nie zdążyła dziecka nauczyć co było czarem, co magią, a co tylko balsamem na umęczoną duszę opartym na wierze. – ... a tu wystarczyło zapytać pana Woody'ego, no kto by pomyślał. – podniosła na niego soczyste zielone oczy, teraz wyglądające mniej jak szlachetny kamień, a bardziej jak trawa zroszona obfitą burzą, która rozeszła się na moment przed zachodem słońca. Ta łuna... to był płonący Nokturn, ale nadzieja w dziewczęciu mimo tego przygaszenia nie zgasła. Tliła się stabilnym blaskiem.
– Dziękuje panie Woody. I bardzo przepraszam za te szarady i bardzo cieszę się, że panu nie przeszkadza ani jaki mam kolor skóry, ani że pewnie jestem tą całą szlamą. I że mnie pan przygarnął i że nie przegonił na cztery wiatry jak się okazało, że trochę z tym wyglądem zachachmęciłam... dwa razy... czy coś. I nie będę już tak robić, chyba że mi pan powie, że mam bo ja bardzobardzobardzo chciałabym się odwdzięczyć, a cośtam wiem o świecie i no... czasem mi to czarowanie wychodzi i w ogóle, umiem też grać na gitarze, jakby mnie potrzebowano do rozrywki na dole? Znam kilka sprośnych piosenek zasłyszanych w portowych knajpach, myślę że tutejszym by się spodobało, jakbym śpiewała o grzmoceniu Sally baby ze stali? – zapytała ale też w końcu umilkła, bo mieli usiąść jutro na spokojnie i o wszystkim pogadać. Nie była to rozmowa o pracę ani o adopcję, a reprymendą za niewłaściwe zachowanie. Jej matka ukarałaby ją o wiele srożej, nawet nie za to, że to zrobiła, ale że dała się tak popisowo złapać.
Zwiesiła głowę i odczekała moment, dwa uderzenia serca, bo więcej się nie dało wysiedzieć, nim zerwała się w jego stronę i ukryła w niemalże ojcowskim objęciu, szukając pociechy w swoich obawach, chwili zawieszenia, bezmyślności, wobec szerzących się za oknem zniszczeń.
– Dziękuję panie Woody. Mam nadzieję, że wspólnie nam się uda go znaleźć... – pociągnęła nosem nic nie robiąc sobie z tego jak capił jej dobroczyńca. Keyleth lubiła dziwne zapachy ceniąc bardziej naturalizm, niż wonne drogie perfumy, które zwykle wywoływały u niej momentalnie salwę kichnięć. Dlatego nie miała problemu by ukryć twarz w przepoconym, śmierdzącym spalenizną i trawionym alkoholem podkoszulku. – I mam nadzieję, będę modlić się o to do duchów, żeby był... żeby był chociaż w połowie tak cudowny jak pan. – Uścisk zacieśnił się mocniej i nawet jeśli tej nocy zeszła do ścieżek (i nie zarobiła wpierdolu), biegała po nokturnie (i trochę chciała dać wpierdol, a potem trzeba było być ratowaną z opresji ale w jakim stylu!), pomagała ludziom (i zarobiła relatywnie mały wpierdol)... dla jednych była to najstraszliwsza noc od dekad, dla niej jednak...
Cóż. Była szczęściarą.
Nie pamiętała, kiedy czuła się lepiej i bezpieczniej, niż w ramionach człowieka, który ledwie mógł dźwignąć jej entuzjazm, czy da sobie więc radę z jej bezgranicznym zaufaniem?
Koniec sesji