05.09.2025, 12:11 ✶
Nie miałem pojęcia, że Prue w tym czasie siedziała przy oknie i obserwowała nasz popis głupoty. Może i dobrze, że nie widziałem jej miny - pewnie nie wyglądała na zachwyconą, a to i tak delikatnie powiedziane. Prawda była taka, że dałem się ponieść. Wiedziałem o tym od razu, kiedy poczułem ciepło krwi spływającej po twarzy, a oddech świszczał mi ciężko w gardle. Tak, jakbyśmy nagle znowu mieli po siedemnaście lat i woleli rozładowywać frustrację pięściami niż rozsądkiem. Podniosłem się, chociaż na chwilę świat zawirował mi przed oczami. Nie mogłem przecież pozwolić, żeby ktokolwiek zobaczył we mnie słabość - ani Greengrass, ani Yaxley, ani żadni pozostali, którzy patrzyli z rezydencji. Zacisnąłem zęby, nawet jeśli każdy ruch bolał bardziej, niż chciałem się przyznać. Nie byłem idiotą, wiedziałem, że później dostanę za to od Prue i - co gorsza - że będzie miała rację. Problem w tym, że nie umiałem siedzieć spokojnie. Wojna już wystarczająco odbierała nam kontrolę. Pojedynki - nawet te głupie, ryzykowne - były jedyną namiastką tego, że wciąż coś zależało od nas. Oczywiście, że to była idiotyczna wymówka, ale w tamtej chwili była jedyną, jaką miałem.
Próbowałem wcześniej ogarnąć nos zaklęciem, ale skończyło się tylko tym, że na moment zgasło mi przed oczami, a ból wbił się w czaszkę tak, że miałem ochotę rzygnąć. Zaklęcie, które miało pomóc, tylko pogorszyło sprawę. Greengrass widział, że ledwo trzymam się na nogach, i oczywiście - kurwa - nie mógł odpuścić okazji, żeby poprowadzić mnie akurat do tej sypialni. Do tej, w której sypiałem z Prue. Wiedział, co robi, skurwysyn. Wiedziałem także, że prędzej czy później będę musiał się przed nią tłumaczyć, i że żadne moje „to nic takiego” nie zadziała.
Potrzebowałem chwili, żeby dojść do siebie, nie wejść tam do niej wyglądając jak zbity kundel, który sam na siebie sprowadził nieszczęście. Oparłem się o framugę, łapiąc głębiej oddech, czując, że złość i ból mieszają się w niebezpieczną mieszaninę.
- Nie wasz szię, kulwa, komentowaś. - Syknąłem do Greengrassa, zanim zdążył coś palnąć, bo znałem go na tyle, żeby wiedzieć, że coś by palnął. - Kulwa... - Wyrwało mi się jedzcze, zanim zdążyłem się powstrzymać. Przekroczyłem próg, czując, że każda kropla krwi na twarzy przypomina mi, jak głupio to wszystko wyszło. Stanąłem w miejscu, łapiąc oddech, starając się nie wyglądać jak całkowity debil. Nos pulsował bólem, a w głowie huczało mi tak, że słowa prawie nie chciały się ułożyć w sensowną całość. Nie spojrzałem od razu na nią, wiedziałem, że to byłoby samobójstwo.
- No… - Zacząłem, próbując się uśmiechnąć, chociaż każdy ruch twarzą przypominał mi, że uśmiech to teraz najbardziej idiotyczna rzecz, jaką mogę zrobić. - Chyba tlochę pszesadziliśmy… - Westchnąłem, próbując odsunąć od siebie myśl o nosie i o tym, jak bardzo to wszystko wyglądało jak katastrofa.
Próbowałem wcześniej ogarnąć nos zaklęciem, ale skończyło się tylko tym, że na moment zgasło mi przed oczami, a ból wbił się w czaszkę tak, że miałem ochotę rzygnąć. Zaklęcie, które miało pomóc, tylko pogorszyło sprawę. Greengrass widział, że ledwo trzymam się na nogach, i oczywiście - kurwa - nie mógł odpuścić okazji, żeby poprowadzić mnie akurat do tej sypialni. Do tej, w której sypiałem z Prue. Wiedział, co robi, skurwysyn. Wiedziałem także, że prędzej czy później będę musiał się przed nią tłumaczyć, i że żadne moje „to nic takiego” nie zadziała.
Potrzebowałem chwili, żeby dojść do siebie, nie wejść tam do niej wyglądając jak zbity kundel, który sam na siebie sprowadził nieszczęście. Oparłem się o framugę, łapiąc głębiej oddech, czując, że złość i ból mieszają się w niebezpieczną mieszaninę.
- Nie wasz szię, kulwa, komentowaś. - Syknąłem do Greengrassa, zanim zdążył coś palnąć, bo znałem go na tyle, żeby wiedzieć, że coś by palnął. - Kulwa... - Wyrwało mi się jedzcze, zanim zdążyłem się powstrzymać. Przekroczyłem próg, czując, że każda kropla krwi na twarzy przypomina mi, jak głupio to wszystko wyszło. Stanąłem w miejscu, łapiąc oddech, starając się nie wyglądać jak całkowity debil. Nos pulsował bólem, a w głowie huczało mi tak, że słowa prawie nie chciały się ułożyć w sensowną całość. Nie spojrzałem od razu na nią, wiedziałem, że to byłoby samobójstwo.
- No… - Zacząłem, próbując się uśmiechnąć, chociaż każdy ruch twarzą przypominał mi, że uśmiech to teraz najbardziej idiotyczna rzecz, jaką mogę zrobić. - Chyba tlochę pszesadziliśmy… - Westchnąłem, próbując odsunąć od siebie myśl o nosie i o tym, jak bardzo to wszystko wyglądało jak katastrofa.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)