05.09.2025, 13:46 ✶
Przy napojach rozmawia z innymi gośćmi, potem z Elliotem, razem idą do makiety, gdzie prowadzona jest zbiórka.
Tłum zdawał się tańczyć jak ławica lśniących srebrnych rybek. Mnogość ludzi, mnogość uszu, które trzeba było zaszczycić kilkoma zdaniami, mnogość warg, które chciałyby się podzielić swoimi refleksjami, potrafiła być przytłaczająca, ale nie dla kogoś, kto w tej ławicy spędził większość dorosłego życia. Szczęśliwie wielu z obecnych zdawało sobie sprawę z kluczowej kwestii - to nie był wypoczynek po ciężkim dniu odbudowy Londynu. Wszyscy byli w pracy, dbali o kontakty, odświeżali dawne znajomości lub rozpaczliwie próbowali naprawić stare. Albo - podobnie jak on - dbali, by utrzymać się na powierzchni tego stawu.
Poza. Styl. Substancja nie miała znaczenia. Przegnity rdzeń, nie był widoczny spod warstw tiulu, jego swąd roznosił się wolniej niż perlisty śmiech zebranych panien, czy przyjacielskie poklepywanie się po ramionach zwiastujące transfer w politycznych stronnictwach Ministerstwa. Dziś bal, jutro efekty - drobne korekty kursu, kilka podpisanych umów więcej, kilka zablokowanych ustaw mniej.
Byli w pracy.
– Och, panie Malfoy! – Pożegnał się z jedną grupą, by z emfazą odpowiedzieć na powitanie. Piękny, elegancki uśmiech nie poszerzył się wcale, ale kurze łapki otaczające oczy pogłębiły się nieco, a głos mimowolnie nabrał miękkości w której subtelnych poblaskach wyczuć można było powitanie sojusznika. Mimowolnie, jak niemal zawsze, myślami uciekł również do Eden, której dziś niestety zabrakło w The Globe. Łatwo przychodziła mu refleksja, że ma do bliźniaków słabość... Znając jednak ich historię niekończącej się rywalizacji, nigdy nie należało mówić tego głośno.
Uderzenie kieliszków o siebie, w geście odgonienia złych duchów, bezpowrotnie utonęło w gwarze przetkanym walczącą o uwagę muzykę zebranego pod ścianą kwartetu.
– Może najpierw poświęcimy moment nad tą biedną makietką? Póki nie utworzy się na samym środku kolejka, jak widzę zebrani podchodzą do tego nieufnie, ale gdy tylko Ci trzymający portfel narodu się zdecydują... – w tonie głosu pobrzmiało wyzwanie – Dobrze Cię widzieć w dobrej kondycji. Mam nadzieję, że nie odebrałeś mojej wiadomości, jako protekcjonalnej Elliocie? Formuje się pewien front i dobrze będzie Cię mieć w nim, a nie daleko poza granicami kraju.
Niespiesznie podszedł do miejsca dziejącej się zbiórki. Zadeklarował kwotę, został wpisany na listę, a kolejne rzędy cegiełek momentalnie zaczęły się jedna po drugiej pojawiać nad stworzonym wcześniej murkiem.
– Czy gdy zbierzecie pełną kwotę, w środku pojawią się miniaturowi artyści? Takie makiety bez ruszających się elementów, są jak... pozbawione duszy. – Zapytał prowadzącego zbiórkę, wzrokiem tylko na moment uciekając ku tym drzwiom na ten balkon, myśląc o zupełnie innej makiecie. Zrobił to jednak całkiem subtelnie, gdy i tak ustąpił kroku Elliotowi, dając mu przestrzeń, by młodszy czarodziej mógł go przebić w niepisanym zakładzie. Albo nie? Na ile żałoba go zmieniła? Na ile był gotów by wrócić w pełnej krasie. Był ciekaw o wiele bardziej niż opinii o spektaklu. Pretekst dla umówienia spotkania w gabinecie na pierwszym, czy piątym piętrze, nic więcej. – Jak myślisz, z kim zatańczy Ministra Jenkins? Sądzisz, że liczy na starego Selwyna, czy ma oko na kogoś młodszego? – dodał o wiele ciszej, gdy już odchodzili z centrum sali.
Poza. Styl. Substancja nie miała znaczenia. Przegnity rdzeń, nie był widoczny spod warstw tiulu, jego swąd roznosił się wolniej niż perlisty śmiech zebranych panien, czy przyjacielskie poklepywanie się po ramionach zwiastujące transfer w politycznych stronnictwach Ministerstwa. Dziś bal, jutro efekty - drobne korekty kursu, kilka podpisanych umów więcej, kilka zablokowanych ustaw mniej.
Byli w pracy.
– Och, panie Malfoy! – Pożegnał się z jedną grupą, by z emfazą odpowiedzieć na powitanie. Piękny, elegancki uśmiech nie poszerzył się wcale, ale kurze łapki otaczające oczy pogłębiły się nieco, a głos mimowolnie nabrał miękkości w której subtelnych poblaskach wyczuć można było powitanie sojusznika. Mimowolnie, jak niemal zawsze, myślami uciekł również do Eden, której dziś niestety zabrakło w The Globe. Łatwo przychodziła mu refleksja, że ma do bliźniaków słabość... Znając jednak ich historię niekończącej się rywalizacji, nigdy nie należało mówić tego głośno.
Uderzenie kieliszków o siebie, w geście odgonienia złych duchów, bezpowrotnie utonęło w gwarze przetkanym walczącą o uwagę muzykę zebranego pod ścianą kwartetu.
– Może najpierw poświęcimy moment nad tą biedną makietką? Póki nie utworzy się na samym środku kolejka, jak widzę zebrani podchodzą do tego nieufnie, ale gdy tylko Ci trzymający portfel narodu się zdecydują... – w tonie głosu pobrzmiało wyzwanie – Dobrze Cię widzieć w dobrej kondycji. Mam nadzieję, że nie odebrałeś mojej wiadomości, jako protekcjonalnej Elliocie? Formuje się pewien front i dobrze będzie Cię mieć w nim, a nie daleko poza granicami kraju.
Niespiesznie podszedł do miejsca dziejącej się zbiórki. Zadeklarował kwotę, został wpisany na listę, a kolejne rzędy cegiełek momentalnie zaczęły się jedna po drugiej pojawiać nad stworzonym wcześniej murkiem.
– Czy gdy zbierzecie pełną kwotę, w środku pojawią się miniaturowi artyści? Takie makiety bez ruszających się elementów, są jak... pozbawione duszy. – Zapytał prowadzącego zbiórkę, wzrokiem tylko na moment uciekając ku tym drzwiom na ten balkon, myśląc o zupełnie innej makiecie. Zrobił to jednak całkiem subtelnie, gdy i tak ustąpił kroku Elliotowi, dając mu przestrzeń, by młodszy czarodziej mógł go przebić w niepisanym zakładzie. Albo nie? Na ile żałoba go zmieniła? Na ile był gotów by wrócić w pełnej krasie. Był ciekaw o wiele bardziej niż opinii o spektaklu. Pretekst dla umówienia spotkania w gabinecie na pierwszym, czy piątym piętrze, nic więcej. – Jak myślisz, z kim zatańczy Ministra Jenkins? Sądzisz, że liczy na starego Selwyna, czy ma oko na kogoś młodszego? – dodał o wiele ciszej, gdy już odchodzili z centrum sali.