05.09.2025, 20:52 ✶
Słuchał z uwagą wywodu Kelly i cóż... nie żeby nie miała racji. Między bezużytecznością a bohaterstwem było szerokie spektrum, żeby nie powiedzieć przepaść związana z kategoriami. Utylitarność osoby mogła mieć tak podłoże altruistyczne, bohaterskie, jak i absolutnie egoistyczne i cyniczne. Jeno nie wykluczało drugiego. Można było być bezużytecznym bohaterem i użytecznym tchórzem. Zapewne.
– Och proszę Cię, głupia sztuczka... – machnął lekceważąco ręką, zupełnym przypadkiem wyczarowując w niej złocistą chryzantemę. Zbyt mocno wrosło w nim przekonanie, że to kaprys, spełnienie nastoletniej zachcianki, a nie coś, co mogło skutecznie uratować im wszystkim życie, zwłaszcza jeśli ktoś wytrąciłby różdżkę z dłoni. Albo gdyby wypadła z powodu jednego z najokrutniejszych zaklęć niewybaczalnych.
Crucio... był naocznym świadkiem, jak wygląda się zaraz po rzuceniu tej katorgi i choć współodczuwał stan swojego serdecznego przyjaciela, to jednak część jego samego dziękowała, że nie był wtedy w jego skórze.
– Nie rób tego proszę, nie wyliczaj. Sam muszę to uporządkować, w przeciwnym razie nigdy nie stanę na nogi. Kryzys... – westchnął ciężko, pozwalając sobie na rozproszenie kwiatu, którego łodyżkę przed momentem ściskał – obnaża przeszłe niedostatki, ale przezwyciężony buduje silniejszą przyszłość. – W ostatniej chwili powstrzymał się, by nie wybrać łaciny, jako odpowiedniejszego języka do wygłoszenia tej maksymy.
A potem uśmiechnął się krzywo i powrócił uwagą do kuzynki i - a może przede wszystkim - do butelki wina i swojego zbyt pustego kieliszka. Miał trudność by łykać eliksir nasenny, ale wino przechodziło przez gardło nazbyt łatwo.
A więc o co się pokłócili? Organizacja partyzancka pozostawała tajemnicą, a on zdecydowanie nie chciał być tym który powie Charlie. Z resztą, był przekonany, ze gdyby kuzynka chciała wiedzieć, to wiedziałaby o niej.
– Nie chcę o tym rozmawiać Charlie. Na prawdę. Wniosek był taki, że w życiu Jonathana nie ma dla mnie miejsca, nie może znieść mojego stylu życia, uważa że porzuciłem go w biurze i... – zacisnął zęby. Mocno. Do tego stopnia, że zadrgało mu ścięgno w okolicy skroni. – Nie wiedziałem o panu francuskim Draculi. Wydawało mi się, że żyłem w świecie, w którym byłbym pierwszą osobą, której by o tym powiedział. I gdy w końcu dogadali się, bo... wiesz, dogadali się kiedy byliśmy w Egipcie, to zamiast ulgi, poczułem... poczułem to wszystko, czego nie czułem, gdy zagrożenie zdawało się realne. Ale nic to. Przejdzie mi. Kiedyś. – umilkł bo oto pojawił się ich zamówiony obiad, a on życzliwie, w zupełnie zmienionym, lżejszym tonie podziękował kelnerowi. – Wiesz, że jeżeli nie będziecie mogli znaleźć ekipy, do odbudowy domu, to wystarczy jeden samolocik z Twoim podpisem? Mam dobrych ludzi, którzy ostatnio odświeżyli mi mój nowy zakup hiszpański. Pewnie i tak będę ich ściągał do okien w Little Hangleton – podjął, uważając temat Jonathana za zakończony. Dziś i w ogóle.
– Och proszę Cię, głupia sztuczka... – machnął lekceważąco ręką, zupełnym przypadkiem wyczarowując w niej złocistą chryzantemę. Zbyt mocno wrosło w nim przekonanie, że to kaprys, spełnienie nastoletniej zachcianki, a nie coś, co mogło skutecznie uratować im wszystkim życie, zwłaszcza jeśli ktoś wytrąciłby różdżkę z dłoni. Albo gdyby wypadła z powodu jednego z najokrutniejszych zaklęć niewybaczalnych.
Crucio... był naocznym świadkiem, jak wygląda się zaraz po rzuceniu tej katorgi i choć współodczuwał stan swojego serdecznego przyjaciela, to jednak część jego samego dziękowała, że nie był wtedy w jego skórze.
– Nie rób tego proszę, nie wyliczaj. Sam muszę to uporządkować, w przeciwnym razie nigdy nie stanę na nogi. Kryzys... – westchnął ciężko, pozwalając sobie na rozproszenie kwiatu, którego łodyżkę przed momentem ściskał – obnaża przeszłe niedostatki, ale przezwyciężony buduje silniejszą przyszłość. – W ostatniej chwili powstrzymał się, by nie wybrać łaciny, jako odpowiedniejszego języka do wygłoszenia tej maksymy.
A potem uśmiechnął się krzywo i powrócił uwagą do kuzynki i - a może przede wszystkim - do butelki wina i swojego zbyt pustego kieliszka. Miał trudność by łykać eliksir nasenny, ale wino przechodziło przez gardło nazbyt łatwo.
A więc o co się pokłócili? Organizacja partyzancka pozostawała tajemnicą, a on zdecydowanie nie chciał być tym który powie Charlie. Z resztą, był przekonany, ze gdyby kuzynka chciała wiedzieć, to wiedziałaby o niej.
– Nie chcę o tym rozmawiać Charlie. Na prawdę. Wniosek był taki, że w życiu Jonathana nie ma dla mnie miejsca, nie może znieść mojego stylu życia, uważa że porzuciłem go w biurze i... – zacisnął zęby. Mocno. Do tego stopnia, że zadrgało mu ścięgno w okolicy skroni. – Nie wiedziałem o panu francuskim Draculi. Wydawało mi się, że żyłem w świecie, w którym byłbym pierwszą osobą, której by o tym powiedział. I gdy w końcu dogadali się, bo... wiesz, dogadali się kiedy byliśmy w Egipcie, to zamiast ulgi, poczułem... poczułem to wszystko, czego nie czułem, gdy zagrożenie zdawało się realne. Ale nic to. Przejdzie mi. Kiedyś. – umilkł bo oto pojawił się ich zamówiony obiad, a on życzliwie, w zupełnie zmienionym, lżejszym tonie podziękował kelnerowi. – Wiesz, że jeżeli nie będziecie mogli znaleźć ekipy, do odbudowy domu, to wystarczy jeden samolocik z Twoim podpisem? Mam dobrych ludzi, którzy ostatnio odświeżyli mi mój nowy zakup hiszpański. Pewnie i tak będę ich ściągał do okien w Little Hangleton – podjął, uważając temat Jonathana za zakończony. Dziś i w ogóle.