05.09.2025, 22:32 ✶
Miał z tym miejscem naprawdę wiele wspomnień, choć dopiero pojawienie się bezpośrednio w rezydencji sprawiło, że część ciężaru mimowolnie spadła mu z barków i ewidentnie nie miała wrócić, póki się tu znajdowali. Wbrew podszeptom wewnętrznego głosu, niemalże instynktownie, bardzo automatycznie oddzielał ostatnie chwile spędzone w okolicznych lasach z tym wszystkim, co przez lata wypełniało jego serce wyjątkową lekkością.
Lubił tę część Snowdonii. Biblioteka w domu Yaxleyów należała zaś do jego ulubionych pomieszczeń w tym miejscu, nawet jeśli niekoniecznie zamierzał wyjaśniać na głos, dlaczego tak było. Pewne rzeczy należało pozostawić niewypowiedziane, wyłącznie sięgając do nich pamięcią i uśmiechając się pod nosem. Dokładnie tak jak to teraz robił, wypalając papierosa i czekając na dziewczynę.
Tę, na której widok i słowa rozbłysły mu oczy.
- Przyznaj się, musiałaś użyć jakiegoś fortelu, żeby przekonać ich do całej sprawy - rzucił z szerokim uśmiechem, błyskając w nim zębami.
Oczywiście, ani przez chwilę nie wierzył we własne słowa, a jednak mimo to kontynuował dokładnie tym samym lekkim tonem, przez cały czas wpatrując się prosto w oczy narzeczonej.
Były...
...ładne, naprawdę ładne. Zawsze to dostrzegał, praktycznie od samego początku. Czy to tego, który mogli uznać za ten właściwy, czy to od faktycznego momentu nawiązania przez nich pierwszej interakcji. Ich charakterystyczny błękitny odcień nieodmiennie przyciągał jego wzrok. Pamiętał ten odcień nawet wtedy, gdy ich spojrzenia krzyżowały się wyłącznie na ułamki sekund, rzucając w siebie piorunami.
A jednak to momenty takie jak ten najtrwalej zapisywały się w jego pamięci. Chwile, gdy oczy Geraldine po prostu błyszczały. Szczęściem, nie łzami czy gniewem. Brakowało mu tego wewnętrznego spokoju, jaki odczuwał na samą myśl o najbliższej przyszłości. Nawet jeśli ich sytuacja należała do nieco skomplikowanych, nie byli w końcu w stanie przewidzieć wszystkiego, wciąż mógł pozwalać sobie na te żarty.
- Wykorzystałaś wszystkie podkłady uroku osobistego, nawet te szczególnie głęboko ukryte, przeznaczając je na to, aby przekonać matkę do swojej impulsywnej decyzji - roztaczana przez siebie wizja dosyć mocno go bawiła, zważywszy na stosunki, jakie najwyraźniej nadal łączyły go z żoną głowy rodu Yaxley.
Jennifer zawsze go lubiła. Podczas ich faktycznej rozmowy o bliższej i dalszej przyszłości, dosłownie machnęła ręką na to, że nie pojawiał się u boku jej córki przez ostatnie kilkanaście miesięcy. Musiał przyznać, że mimo wszystko dosyć mocno go to zaskoczyło, jednak nie miał żadnych powodów do narzekania, nawet najmniejszych. Sposób, w jaki przyjęto go w rezydencji był tak samo osobliwy, jak i całkowicie nienachalny, wyjątkowo ciepły i serdeczny.
Nie mieli jakichkolwiek problemów z przedstawieniem rodzicom Geraldine ich decyzji. Jedynym ale, jakie poniekąd napotkali była data ślubu, która nie pozwalała na zbyt wiele, nie zostawiając miejsca na niektóre możliwości, jednakże Ambroise sądził, że i pod tym względem zostali raczej przejrzeni. W końcu zarówno jego, jak i jej krewniacy doskonale znali ich podejście do znajdowania się w centrum uwagi. Jeśli mogli uniknąć robienia szopki ze swoich prywatnych chwil, niechybnie mieli skorzystać z okazji. Nie było to nic dziwnego.
Dokładnie tak jak w tym, że gdy wreszcie w tej chwili zostali na moment sami, nie wahał się ani sekundy, aby wyciągnąć ręce w kierunku narzeczonej, wciągając ją w uścisk i zbliżając wargi do jej warg. Chwilowo jednak wyłącznie lekko ścisnął pośladki Riny, samemu mocniej opierając się o parapet i przyciskając czoło do jej czoła.
- Zadowolona? - Spytał, tym razem ciszej i bardziej powoli, wpatrując się w nią z bliska, może z lekkim zezem, ale cóż.
Mieli temat z głowy, mogli znowu zachowywać się swobodniej.
Lubił tę część Snowdonii. Biblioteka w domu Yaxleyów należała zaś do jego ulubionych pomieszczeń w tym miejscu, nawet jeśli niekoniecznie zamierzał wyjaśniać na głos, dlaczego tak było. Pewne rzeczy należało pozostawić niewypowiedziane, wyłącznie sięgając do nich pamięcią i uśmiechając się pod nosem. Dokładnie tak jak to teraz robił, wypalając papierosa i czekając na dziewczynę.
Tę, na której widok i słowa rozbłysły mu oczy.
- Przyznaj się, musiałaś użyć jakiegoś fortelu, żeby przekonać ich do całej sprawy - rzucił z szerokim uśmiechem, błyskając w nim zębami.
Oczywiście, ani przez chwilę nie wierzył we własne słowa, a jednak mimo to kontynuował dokładnie tym samym lekkim tonem, przez cały czas wpatrując się prosto w oczy narzeczonej.
Były...
...ładne, naprawdę ładne. Zawsze to dostrzegał, praktycznie od samego początku. Czy to tego, który mogli uznać za ten właściwy, czy to od faktycznego momentu nawiązania przez nich pierwszej interakcji. Ich charakterystyczny błękitny odcień nieodmiennie przyciągał jego wzrok. Pamiętał ten odcień nawet wtedy, gdy ich spojrzenia krzyżowały się wyłącznie na ułamki sekund, rzucając w siebie piorunami.
A jednak to momenty takie jak ten najtrwalej zapisywały się w jego pamięci. Chwile, gdy oczy Geraldine po prostu błyszczały. Szczęściem, nie łzami czy gniewem. Brakowało mu tego wewnętrznego spokoju, jaki odczuwał na samą myśl o najbliższej przyszłości. Nawet jeśli ich sytuacja należała do nieco skomplikowanych, nie byli w końcu w stanie przewidzieć wszystkiego, wciąż mógł pozwalać sobie na te żarty.
- Wykorzystałaś wszystkie podkłady uroku osobistego, nawet te szczególnie głęboko ukryte, przeznaczając je na to, aby przekonać matkę do swojej impulsywnej decyzji - roztaczana przez siebie wizja dosyć mocno go bawiła, zważywszy na stosunki, jakie najwyraźniej nadal łączyły go z żoną głowy rodu Yaxley.
Jennifer zawsze go lubiła. Podczas ich faktycznej rozmowy o bliższej i dalszej przyszłości, dosłownie machnęła ręką na to, że nie pojawiał się u boku jej córki przez ostatnie kilkanaście miesięcy. Musiał przyznać, że mimo wszystko dosyć mocno go to zaskoczyło, jednak nie miał żadnych powodów do narzekania, nawet najmniejszych. Sposób, w jaki przyjęto go w rezydencji był tak samo osobliwy, jak i całkowicie nienachalny, wyjątkowo ciepły i serdeczny.
Nie mieli jakichkolwiek problemów z przedstawieniem rodzicom Geraldine ich decyzji. Jedynym ale, jakie poniekąd napotkali była data ślubu, która nie pozwalała na zbyt wiele, nie zostawiając miejsca na niektóre możliwości, jednakże Ambroise sądził, że i pod tym względem zostali raczej przejrzeni. W końcu zarówno jego, jak i jej krewniacy doskonale znali ich podejście do znajdowania się w centrum uwagi. Jeśli mogli uniknąć robienia szopki ze swoich prywatnych chwil, niechybnie mieli skorzystać z okazji. Nie było to nic dziwnego.
Dokładnie tak jak w tym, że gdy wreszcie w tej chwili zostali na moment sami, nie wahał się ani sekundy, aby wyciągnąć ręce w kierunku narzeczonej, wciągając ją w uścisk i zbliżając wargi do jej warg. Chwilowo jednak wyłącznie lekko ścisnął pośladki Riny, samemu mocniej opierając się o parapet i przyciskając czoło do jej czoła.
- Zadowolona? - Spytał, tym razem ciszej i bardziej powoli, wpatrując się w nią z bliska, może z lekkim zezem, ale cóż.
Mieli temat z głowy, mogli znowu zachowywać się swobodniej.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down