05.09.2025, 22:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.09.2025, 01:05 przez Lorraine Malfoy.)
Czego właściwie chciała Lorraine Malfoy?
Nie tego.
Nie tego.
Na przemian to zginała, to prostowała palce, jak gdyby przebiegła nimi po klawiaturze fortepianu: odtwarzała w myślach codzienną rutynę, wszystkie wyuczone ruchy utrwalone przez pamięć mięśniową, próbując schwycić poczucie kontroli jak zasłyszaną przypadkiem melodię. Louvain był pianinem, które obiecywał jej sprowadzić, a które w jej wyobraźni już nosiło ślady krwi. Louvain był palącym gardło łykiem wódki, pociągniętym z ojcowskiej piersiówki. Rozlewał się na języku goryczą, drażniąc nieprzyzwyczajone do smaku alkoholu podniebienie... A jednak całowała go. Przedłużała wybuchły niespodziewanie pożar, parząc sobie usta, i wciąż chciała więcej. Gdy go pocałowała wargi wciąż miał lekko rozchylone. Wargi Louvaina były zimne, chociaż jego oddech był ciepły. Para z jej oddechu, równie ciepłego, zrosiła jego usta szronem, gdy odsunęła się na powrót na stosowną odległość. A przynajmniej tyle, na ile pozwoliła jej miotła.
– Wystarczy, że wypowiesz swoje życzenie – odszepnęła Lorraine, jeszcze przez chwilę trwając pochyloną tak, żeby ich nosy stykały się ze sobą. "Wystarczy, że się zgodzisz"... Tylko na co, Louvainie?, pytały niemo jej oczy, choć przecież wiedziała, jak będzie brzmieć odpowiedź. W końcu zabiegał o nią od miesięcy. Nie brakowało mu determinacji, musiała mu to przyznać, a jego intencje były wystarczająco klarownymi. Nie odważyła się go jednak uprzedzić. Włożyć mu słów w usta. Nie tego została nauczona, nie tak winna przecież zachowywać się kobieta. Nie, Lorraine ulegle czekała, aż Louvain zbierze się na odwagę, próbując zdusić w sobie wątpliwości.
Pocałunek miał mu w tym pomóc.
Uspokoiła oddech. Wcześniej nie całowała go przecież, pozwalając jedynie musnąć się niewinnie w policzek, dotknąć ustami wierzchu dłoni. Zadziwiająco spokojna wydawała się, mimo że pod stopami nie czuła ziemi. Nie byli wystarczająco wysoko, a jednak czuła przeciążenie, ucisk u nasady czaszki, jak wtedy, gdy położył jej rękę na karku. Nie było to nieprzyjemne doznanie. Ostrzegało przed przekroczeniem granicy, a może przypominało, że wciąż jeszcze jakieś istnieją. Z łatwością mogła wyobrazić sobie jak Louvain wplata znowu rękę w jej włosy. Jak jego pieszczota staje się brutalną, a w uszach, zamiast ciśnienia, pulsować zaczyna ból. A jednak poddała mu się bez choćby słowa sprzeciwu. Jak gdyby instynktownie rozumiała, że łamać chciał granice, a nie ją. Nie, Louvain nie chciał jej łamać, nie, gdy wiedziała, jak dać mu spokój, którego pragnął. A przynajmniej namiastkę tego spokoju, pomyślała, obracając na języku słowa chłopaka, smakując obietnice, które scałowała z jego ust. Wciąż uważała, że bardziej zauroczony jest iluzją, jaką wokół siebie roztaczała, ideałem Lorraine Malfoy, a nie tym, kim była naprawdę. A jednak odmalował przed nią wizję pianina zroszonego tą samą krwią, która stała w jej żyłach, gdy wznosili się wysoko ponad Hogsmeade. Wizję piękną, przejmującą do głębi. Miała nadzieję, że gwiazdy świecą nad nimi wystarczająco jasno, aby użyczyć swego blasku jej pociemniałym nagle oczom. Niewielu potrafiło dotknąć jej pragnień i nie cofnąć się, z nagła zdawszy sobie sprawę, jak popaprane były.
"Dałbym ci cały świat, i wszystko, co w nim jest." Louvain wiedział, że to niemożliwe, ale wciąż mówił tak, jak gdyby mógł go zakląć, aby był mu posłusznym. Jak gdyby mógł tego dokonać samym tylko słowem. Z trudem powstrzymała się od wybuchnięcia śmiechem. Bo gdyby zaczęła się śmiać, nie mogłaby przestać.
"Dałbym ci cały świat, i wszystko, co w nim jest."
Mężczyźni byli przedziwnymi istotami. Zatracali siebie w pogoni za czymś większym od nich samych, próbując udowodnić swoją wielkość przed światem, który był obojętnym na ich próżne starania. Muszę być kimś, powtarzali. Muszę być kimś wielkim. A Lorraine to rozumiała. Może dlatego lubiła mężczyzn. Lubiła śpiewać pieśni sławiące dokonania starych królów, rycerzy stających ze sobą w szrankach pojedynku. Wszyscy pragnęli chwały, a potem ginęli na wojnach rozpętywanych w imię kobiet, których nie mogli mieć. Lubiła patrzeć na chłystków bijących się w nokturńskim rynsztoku o względy kurwy, która zaśmiewała się ze swego okna, jak księżniczka uwięziona w wieży. Lorraine się nie śmiała. Lorraine uważała, że mężczyźni są żałośni. A jednak kochała ich żałosnymi. Kochała ich chorobliwe ambicje i pragnienie poklasku, i to, że potrzebowali podziwiać swoje odbicie na dnie jej oczu. Może dlatego przymknęła delikatnie powieki, gdy całowała Louvaina. Może dlatego nie wychylała głowy zza firanki, gdy wyglądała na ulicę, a śpiewała tylko w samotności, gdy nikt nie słyszał.
Były w Lorraine Malfoy rzeczy, których nie pokazywała nikomu. Zawsze wiedziała, że czuje więcej, przeżywa intensywniej. Zdradzała się z tą wiedzą w chwilach, w których budziła się w niej do życia wila. Było w tym coś nienaturalnego. Urok wili był czymś pierwotnym, nieokiełznanym, czymś, co przebijało się niemal przez maskę manier i wychowania. Zacierały się zamknięte we wnętrzu jej serca głęboko tajone urazy i sympatie, zacierały się granice między czułością a okrucieństwem. Granice jej serca... Nie istniało nic takiego. Nie było granic, które Louvain mógłby zburzyć, bo najpierw te granice musiałyby istnieć. Udawała przed nim, że istnieją. Udawała przed całym światem. Zamierzała udawać dalej. Bo Louvain potrzebował myśleć, że istnieje magiczna granica, po której przekroczeniu miałby jej serce na wyłączność. Potrzebował tej iluzji równie mocno, jak potrzebowała jej Lorraine. A jakież to było zabawne, że to wszystko było o wiele prostsze, niżby mógł przypuszczać.
Gdyby wszystko było tak proste jak ścieżki jej serca.
Nie potrafiła umiejscowić swoich ambicji, zbyt skupiona na odzyskaniu wszystkiego, co w jej uznaniu, zwyczajnie jej się należało jako pannie z rodu Malfoy. A gdyby wreszcie to odzyskała? Wychowano ją przecież, aby była damą, chociaż nie miała nigdy możliwości w pełni się damą poczuć. Wokół tego skupiały się jej aspiracje. Gdyby wreszcie to odzyskała, pomyślała, mogłaby zacząć żyć. Mogłaby zacząć żyć naprawdę. Ale czy mogłaby żyć naprawdę z nim? Był dla niej dobry, przekonywała się. A ona... Ona mogłaby być dobra dla niego.
Nie była naiwna. Nie była jednak wystarczająco zachłanna, aby zerwać owoc, który w jego głowie nosił miano zakazanego. Nie zdołałaby przełknąć wtedy choćby kęsa. Gdyby Louvain zerwał owoc, zatopiwszy w zęby w słodkim miąższu, na pewno chciałby, żeby Lorraine skosztowała wraz z nim. Nie zrobiłaby tego. Tam, gdzie kończyła się jego zachłanność, zaczynała się bowiem jej powściągliwość. Wystarczyłoby jej zlizać sok z jego warg. Wybrać smak pragnienia ponad sytość posiadania. Nie musiała jeść. Nauczyła się żyć z ssącym uczuciem w żołądku, które inni nazywali głodem. Skoro mogła się obejść bez jedzenia, mogłaby się obejść bez miłości. Bo i co przyszłoby jej z miłości?
Czego chciała Lorraine Malfoy? Czy chciała jego dłoni? Czy chciała, żeby ją dotknął, bo może wtedy krew znowu zaczęłaby krążyć, ogrzawszy zmarznięte palce? A może chciała tego Lorraine Lestrange? Może to ona oplotła ich jasnymi włosami targanymi przez porywisty, listopadowy wiatr, gdy przelatywali ponad lasem?
Nie zdała sobie sprawy z tego, że drży.
Nie tego.
Nie tego.
Na przemian to zginała, to prostowała palce, jak gdyby przebiegła nimi po klawiaturze fortepianu: odtwarzała w myślach codzienną rutynę, wszystkie wyuczone ruchy utrwalone przez pamięć mięśniową, próbując schwycić poczucie kontroli jak zasłyszaną przypadkiem melodię. Louvain był pianinem, które obiecywał jej sprowadzić, a które w jej wyobraźni już nosiło ślady krwi. Louvain był palącym gardło łykiem wódki, pociągniętym z ojcowskiej piersiówki. Rozlewał się na języku goryczą, drażniąc nieprzyzwyczajone do smaku alkoholu podniebienie... A jednak całowała go. Przedłużała wybuchły niespodziewanie pożar, parząc sobie usta, i wciąż chciała więcej. Gdy go pocałowała wargi wciąż miał lekko rozchylone. Wargi Louvaina były zimne, chociaż jego oddech był ciepły. Para z jej oddechu, równie ciepłego, zrosiła jego usta szronem, gdy odsunęła się na powrót na stosowną odległość. A przynajmniej tyle, na ile pozwoliła jej miotła.
– Wystarczy, że wypowiesz swoje życzenie – odszepnęła Lorraine, jeszcze przez chwilę trwając pochyloną tak, żeby ich nosy stykały się ze sobą. "Wystarczy, że się zgodzisz"... Tylko na co, Louvainie?, pytały niemo jej oczy, choć przecież wiedziała, jak będzie brzmieć odpowiedź. W końcu zabiegał o nią od miesięcy. Nie brakowało mu determinacji, musiała mu to przyznać, a jego intencje były wystarczająco klarownymi. Nie odważyła się go jednak uprzedzić. Włożyć mu słów w usta. Nie tego została nauczona, nie tak winna przecież zachowywać się kobieta. Nie, Lorraine ulegle czekała, aż Louvain zbierze się na odwagę, próbując zdusić w sobie wątpliwości.
Pocałunek miał mu w tym pomóc.
Uspokoiła oddech. Wcześniej nie całowała go przecież, pozwalając jedynie musnąć się niewinnie w policzek, dotknąć ustami wierzchu dłoni. Zadziwiająco spokojna wydawała się, mimo że pod stopami nie czuła ziemi. Nie byli wystarczająco wysoko, a jednak czuła przeciążenie, ucisk u nasady czaszki, jak wtedy, gdy położył jej rękę na karku. Nie było to nieprzyjemne doznanie. Ostrzegało przed przekroczeniem granicy, a może przypominało, że wciąż jeszcze jakieś istnieją. Z łatwością mogła wyobrazić sobie jak Louvain wplata znowu rękę w jej włosy. Jak jego pieszczota staje się brutalną, a w uszach, zamiast ciśnienia, pulsować zaczyna ból. A jednak poddała mu się bez choćby słowa sprzeciwu. Jak gdyby instynktownie rozumiała, że łamać chciał granice, a nie ją. Nie, Louvain nie chciał jej łamać, nie, gdy wiedziała, jak dać mu spokój, którego pragnął. A przynajmniej namiastkę tego spokoju, pomyślała, obracając na języku słowa chłopaka, smakując obietnice, które scałowała z jego ust. Wciąż uważała, że bardziej zauroczony jest iluzją, jaką wokół siebie roztaczała, ideałem Lorraine Malfoy, a nie tym, kim była naprawdę. A jednak odmalował przed nią wizję pianina zroszonego tą samą krwią, która stała w jej żyłach, gdy wznosili się wysoko ponad Hogsmeade. Wizję piękną, przejmującą do głębi. Miała nadzieję, że gwiazdy świecą nad nimi wystarczająco jasno, aby użyczyć swego blasku jej pociemniałym nagle oczom. Niewielu potrafiło dotknąć jej pragnień i nie cofnąć się, z nagła zdawszy sobie sprawę, jak popaprane były.
"Dałbym ci cały świat, i wszystko, co w nim jest." Louvain wiedział, że to niemożliwe, ale wciąż mówił tak, jak gdyby mógł go zakląć, aby był mu posłusznym. Jak gdyby mógł tego dokonać samym tylko słowem. Z trudem powstrzymała się od wybuchnięcia śmiechem. Bo gdyby zaczęła się śmiać, nie mogłaby przestać.
"Dałbym ci cały świat, i wszystko, co w nim jest."
Mężczyźni byli przedziwnymi istotami. Zatracali siebie w pogoni za czymś większym od nich samych, próbując udowodnić swoją wielkość przed światem, który był obojętnym na ich próżne starania. Muszę być kimś, powtarzali. Muszę być kimś wielkim. A Lorraine to rozumiała. Może dlatego lubiła mężczyzn. Lubiła śpiewać pieśni sławiące dokonania starych królów, rycerzy stających ze sobą w szrankach pojedynku. Wszyscy pragnęli chwały, a potem ginęli na wojnach rozpętywanych w imię kobiet, których nie mogli mieć. Lubiła patrzeć na chłystków bijących się w nokturńskim rynsztoku o względy kurwy, która zaśmiewała się ze swego okna, jak księżniczka uwięziona w wieży. Lorraine się nie śmiała. Lorraine uważała, że mężczyźni są żałośni. A jednak kochała ich żałosnymi. Kochała ich chorobliwe ambicje i pragnienie poklasku, i to, że potrzebowali podziwiać swoje odbicie na dnie jej oczu. Może dlatego przymknęła delikatnie powieki, gdy całowała Louvaina. Może dlatego nie wychylała głowy zza firanki, gdy wyglądała na ulicę, a śpiewała tylko w samotności, gdy nikt nie słyszał.
Były w Lorraine Malfoy rzeczy, których nie pokazywała nikomu. Zawsze wiedziała, że czuje więcej, przeżywa intensywniej. Zdradzała się z tą wiedzą w chwilach, w których budziła się w niej do życia wila. Było w tym coś nienaturalnego. Urok wili był czymś pierwotnym, nieokiełznanym, czymś, co przebijało się niemal przez maskę manier i wychowania. Zacierały się zamknięte we wnętrzu jej serca głęboko tajone urazy i sympatie, zacierały się granice między czułością a okrucieństwem. Granice jej serca... Nie istniało nic takiego. Nie było granic, które Louvain mógłby zburzyć, bo najpierw te granice musiałyby istnieć. Udawała przed nim, że istnieją. Udawała przed całym światem. Zamierzała udawać dalej. Bo Louvain potrzebował myśleć, że istnieje magiczna granica, po której przekroczeniu miałby jej serce na wyłączność. Potrzebował tej iluzji równie mocno, jak potrzebowała jej Lorraine. A jakież to było zabawne, że to wszystko było o wiele prostsze, niżby mógł przypuszczać.
Gdyby wszystko było tak proste jak ścieżki jej serca.
Nie potrafiła umiejscowić swoich ambicji, zbyt skupiona na odzyskaniu wszystkiego, co w jej uznaniu, zwyczajnie jej się należało jako pannie z rodu Malfoy. A gdyby wreszcie to odzyskała? Wychowano ją przecież, aby była damą, chociaż nie miała nigdy możliwości w pełni się damą poczuć. Wokół tego skupiały się jej aspiracje. Gdyby wreszcie to odzyskała, pomyślała, mogłaby zacząć żyć. Mogłaby zacząć żyć naprawdę. Ale czy mogłaby żyć naprawdę z nim? Był dla niej dobry, przekonywała się. A ona... Ona mogłaby być dobra dla niego.
Nie była naiwna. Nie była jednak wystarczająco zachłanna, aby zerwać owoc, który w jego głowie nosił miano zakazanego. Nie zdołałaby przełknąć wtedy choćby kęsa. Gdyby Louvain zerwał owoc, zatopiwszy w zęby w słodkim miąższu, na pewno chciałby, żeby Lorraine skosztowała wraz z nim. Nie zrobiłaby tego. Tam, gdzie kończyła się jego zachłanność, zaczynała się bowiem jej powściągliwość. Wystarczyłoby jej zlizać sok z jego warg. Wybrać smak pragnienia ponad sytość posiadania. Nie musiała jeść. Nauczyła się żyć z ssącym uczuciem w żołądku, które inni nazywali głodem. Skoro mogła się obejść bez jedzenia, mogłaby się obejść bez miłości. Bo i co przyszłoby jej z miłości?
Czego chciała Lorraine Malfoy? Czy chciała jego dłoni? Czy chciała, żeby ją dotknął, bo może wtedy krew znowu zaczęłaby krążyć, ogrzawszy zmarznięte palce? A może chciała tego Lorraine Lestrange? Może to ona oplotła ich jasnymi włosami targanymi przez porywisty, listopadowy wiatr, gdy przelatywali ponad lasem?
Nie zdała sobie sprawy z tego, że drży.