06.09.2025, 00:23 ✶
Nie mrugnął.
Napotykając spojrzenie Prudence, nawet nie drgnął, nie ruszając się z miejsca. Tak, doskonale wyczuwał niezadowolenie dziewczyny (mało powiedziane), teoretycznie nie był obojętny na tę sytuację, bo przecież nie miał tego wszystkiego w zamiarze, jednak przez cały czas, jaki spędzili z Bletchleyówną na mierzeniu się wzrokiem, wyglądał na niezupełnie przejętego. Umiał grać w tę grę.
Nie on był zatem pierwszym, który odczuł konieczność pogrążania się i to dosyć sromotnie tłumaczenia się z całego zajścia. O dziwo, był to jego przyjaciel. Kto by pomyślał, że Benjy kiedykolwiek zacznie zwracać uwagę na cudze opinie. Musiało mu naprawdę, ale to naprawdę zależeć na opinii Prue. To było zgoła interesujące. Niemal tak samo jak narracja przyjęta przez kolegę. Ambroise niemalże przewrócił oczami, słysząc te wszystkie bagatelizacje.
- Sam go z siebie zrobiłeś - odpowiedział tak prostolinijnie i bezpośrednio jak tylko był to w stanie zrobić, bowiem czym innym było niekomentowanie, czym innym zaś mówienie prawdy i odnoszenie się do najczystszych faktów. - Gdyby nie tamto Episkey, nie zapoznawałbyś się bliżej z każdą możliwą pionową powierzchnią - zauważył bez cienia zawahania, nawet nie poruszając jakimkolwiek zbędnym mięśniem twarzy.
Nie, nie czuł się tak, jakby mówił czy robił coś złego. Zwłaszcza w przypadku, w którym jeszcze chwilę wcześniej mierzył się na spojrzenia z Bletchleyówną. Jakoś nigdy nie odczuwał specjalnej potrzeby tłumaczenia się przed kimkolwiek z podejmowanych decyzji (no, może czasami odrobinę przed Geraldine, ale nie o tym teraz mówili) ani wyjaśniania swoich pobudek. Nie zwykł także tłumaczyć się i migać od brania odpowiedzialności za popełnione błędy, ale...
...cholera, Prue patrzyła na niego w taki sposób, jakby co najmniej postanowił zadźgać jej matkę. Nie zamierzał wspominać o tym, że to Fenwick pierwszy podjął decyzję o próbie wywalenia mu z główki. Nie był aż tak żałosnym kutasem, aby sięgać po podobne argumenty, natomiast nic a nic nie przeszkadzało mu w podzieleniu się z dziewczyną Benjy'ego informacją o tym, co odwalił jej chłopak, że był w tak beznadziejnym stanie.
Nie, Roise mógł brać na siebie własną część winy, ale nie zabił Bletchleyównie matki ani nie odpowiadał w całości za to, że jej kawaler wyglądał w tej chwili jak niezbyt wysmażony befsztyk wołowy. Przyprowadził go tu ze względu na fakt, że jego przyjaciel ewidentnie nie chciał otrzymać pomocy od niego, Ambroise sądził także, że również nie od Corneliusa czy... ...nie daj, Morgano... ...Ursuli. Pozostawała zatem tak naprawdę jedna jedyna osoba, która mogła mieć jakikolwiek wpływ na Fenwicka.
Ta, która bez wątpienia chciała zamordować Greengrassa wyłącznie przy pomocy siły woli. I ani przez chwilę nie wątpił w to, że byłaby w stanie to zrobić, gdyby tylko włożyła w to odpowiednio dużo energii. Nekromancja, co nie? Ta dziedzina interesowała ich oboje. Ta, która w tym momencie zmierzała w kierunku obu mężczyzn, łaskawie przenosząc wzrok na poszkodowanego, na którego szyi zaciskała się samodzielnie tworzona pętla. Benjy pogrążał się z chwili na chwilę. A Roise? Być może mógł już opuścić pomieszczenie, ale nie zamierzał pominąć całkiem smacznej części przedstawienia.
I tak, w dalszym ciągu niewątpliwie wyglądał przy tym na mniej przejętego niż powinien być po zadaniu komuś dosyć... ...wizualnie nieestetycznych obrażeń.
- Ale co ja tam wiem. Łykniesz Szkiele-Wzro i będzie zajebiście, nie? - Tak, czerpał z tego coś na kształt satysfakcji, bo przecież mówił, powtarzał sam siebie z manią zaciętej płyty, raz po raz negując zasadność używania jednego i drugiego.
Zarówno ulubione zaklęcie medyczne ludzi nieznających się na medycynie, jak i ich preferowany eliksir zawsze, ale to zawsze robiły więcej szkody niż pożytku. No, ale dzięki temu mieli przedstawienie, nie?
Napotykając spojrzenie Prudence, nawet nie drgnął, nie ruszając się z miejsca. Tak, doskonale wyczuwał niezadowolenie dziewczyny (mało powiedziane), teoretycznie nie był obojętny na tę sytuację, bo przecież nie miał tego wszystkiego w zamiarze, jednak przez cały czas, jaki spędzili z Bletchleyówną na mierzeniu się wzrokiem, wyglądał na niezupełnie przejętego. Umiał grać w tę grę.
Nie on był zatem pierwszym, który odczuł konieczność pogrążania się i to dosyć sromotnie tłumaczenia się z całego zajścia. O dziwo, był to jego przyjaciel. Kto by pomyślał, że Benjy kiedykolwiek zacznie zwracać uwagę na cudze opinie. Musiało mu naprawdę, ale to naprawdę zależeć na opinii Prue. To było zgoła interesujące. Niemal tak samo jak narracja przyjęta przez kolegę. Ambroise niemalże przewrócił oczami, słysząc te wszystkie bagatelizacje.
- Sam go z siebie zrobiłeś - odpowiedział tak prostolinijnie i bezpośrednio jak tylko był to w stanie zrobić, bowiem czym innym było niekomentowanie, czym innym zaś mówienie prawdy i odnoszenie się do najczystszych faktów. - Gdyby nie tamto Episkey, nie zapoznawałbyś się bliżej z każdą możliwą pionową powierzchnią - zauważył bez cienia zawahania, nawet nie poruszając jakimkolwiek zbędnym mięśniem twarzy.
Nie, nie czuł się tak, jakby mówił czy robił coś złego. Zwłaszcza w przypadku, w którym jeszcze chwilę wcześniej mierzył się na spojrzenia z Bletchleyówną. Jakoś nigdy nie odczuwał specjalnej potrzeby tłumaczenia się przed kimkolwiek z podejmowanych decyzji (no, może czasami odrobinę przed Geraldine, ale nie o tym teraz mówili) ani wyjaśniania swoich pobudek. Nie zwykł także tłumaczyć się i migać od brania odpowiedzialności za popełnione błędy, ale...
...cholera, Prue patrzyła na niego w taki sposób, jakby co najmniej postanowił zadźgać jej matkę. Nie zamierzał wspominać o tym, że to Fenwick pierwszy podjął decyzję o próbie wywalenia mu z główki. Nie był aż tak żałosnym kutasem, aby sięgać po podobne argumenty, natomiast nic a nic nie przeszkadzało mu w podzieleniu się z dziewczyną Benjy'ego informacją o tym, co odwalił jej chłopak, że był w tak beznadziejnym stanie.
Nie, Roise mógł brać na siebie własną część winy, ale nie zabił Bletchleyównie matki ani nie odpowiadał w całości za to, że jej kawaler wyglądał w tej chwili jak niezbyt wysmażony befsztyk wołowy. Przyprowadził go tu ze względu na fakt, że jego przyjaciel ewidentnie nie chciał otrzymać pomocy od niego, Ambroise sądził także, że również nie od Corneliusa czy... ...nie daj, Morgano... ...Ursuli. Pozostawała zatem tak naprawdę jedna jedyna osoba, która mogła mieć jakikolwiek wpływ na Fenwicka.
Ta, która bez wątpienia chciała zamordować Greengrassa wyłącznie przy pomocy siły woli. I ani przez chwilę nie wątpił w to, że byłaby w stanie to zrobić, gdyby tylko włożyła w to odpowiednio dużo energii. Nekromancja, co nie? Ta dziedzina interesowała ich oboje. Ta, która w tym momencie zmierzała w kierunku obu mężczyzn, łaskawie przenosząc wzrok na poszkodowanego, na którego szyi zaciskała się samodzielnie tworzona pętla. Benjy pogrążał się z chwili na chwilę. A Roise? Być może mógł już opuścić pomieszczenie, ale nie zamierzał pominąć całkiem smacznej części przedstawienia.
I tak, w dalszym ciągu niewątpliwie wyglądał przy tym na mniej przejętego niż powinien być po zadaniu komuś dosyć... ...wizualnie nieestetycznych obrażeń.
- Ale co ja tam wiem. Łykniesz Szkiele-Wzro i będzie zajebiście, nie? - Tak, czerpał z tego coś na kształt satysfakcji, bo przecież mówił, powtarzał sam siebie z manią zaciętej płyty, raz po raz negując zasadność używania jednego i drugiego.
Zarówno ulubione zaklęcie medyczne ludzi nieznających się na medycynie, jak i ich preferowany eliksir zawsze, ale to zawsze robiły więcej szkody niż pożytku. No, ale dzięki temu mieli przedstawienie, nie?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down