06.09.2025, 15:16 ✶
Z Lorien na balkonie.
Nie szata zdobi czarodzieja. Chociaż mundur był dla Aarona świętością, symbolem służby, której podporządkował życie... Był tylko mundurem. Musieliby zedrzeć z niego skórę, żeby przestał być aurorem. Może dlatego nie widział dysonansu między Lorien w sędziowskiej todze, a Lorien w frywolonej sukience.
W milczeniu przyglądał się jej, gdy zdejmowała rękawiczki: zręcznie, palec po palcu, żeby potem zgrabnym ruchem odsłonić nagą skórę dłoni, dotąd skrytą pod materiałem. "Jak to dobrze, że ktoś zalecił panu włożenie munduru galowego", zauważyła przekornie. "Myślę, że powinien pan na jego dłonie złożyć szczere podziękowania."
Byłoby prostszym w staromodnym zwyczaju musnąć ustami jej dłoń. Byłoby szczerszym.
– Codziennie mnie pani zaskakuje, pani Mulciber – odpowiedział skwapliwie, przeciwstawiając pedantycznie wręcz formalny sposób, w jaki wypowiadał jej nazwisko, z poufałą powszedniością codzienności, jaką dzielili. Jakkolwiek starannie ukrywali łączącą ich zażyłość, intymność zwykłego "codziennie" zdradzała jednak to, czego nie zdradzały ich twarze. – Byłem przekonany, że woli pani koty. Zaś w kwestii nagrody... – Moody poruszył się nieznacznie, przesuwając palcem po kryształowej podstawce kieliszka Lorien. Kieliszek stał na kamiennej balustradzie, o którą oboje się wspierali, w bezpiecznej odległości od wytwornej sukni sędzi, pozostając jednak w stałym zasięgu wzroku. Aaron zapobiegliwie przysunął go bliżej siebie, chociaż na balkonie nie było nikogo innego poza nimi. Może i miał paranoję, pomyślał, przesunąwszy palcem po odbitym w szkle śladzie szminki, która zdobiła krawędź kieliszka. Spojrzał wówczas z rozmysłem w stronę Lorien. – W stosownym momencie zadbam o to, aby ucałować dłoń damy w podzięce – odrzekł spokojnie, pozwalając jednak, aby w jego głosie przebrzmiała na nowo zwyczajowa sztywność, z jaką recytował wyuczone na pamięć przepisy prawa karnego. Wszystko, co powiesz, może zostać użyte przeciwko tobie. A jednak nie brzmiało to w jego wydaniu jak ostrzeżenie. Bardziej jak... "Naprawdę, kochanie?", mruknięte spod poduszki, gdy nad ranem wpuściła do sypialni wyjącego pod drzwiami kota.
Na wszystko był przecież czas i miejsce, a on nigdy nie zdradzał się ze swoimi afektami publicznie. Nie był młodym Longbottomem, którego zachowanie uważał za skrajnie nieodpowiedzialne. Nie podobało mu się, że ściągał uwagę na panienkę Figg, zwłaszcza po tym, jak niecały miesiąc temu zaatakowano Warownię: Erik dobrze wiedział, że jego rodzina jest na celowniku Śmierciożerców i naraża dziewczynę. Pieprzeni Longbottomowie nigdy się nie nauczą, że nie zawsze należy popisywać się brawurą, stwierdził, myślami uciekając mimowolnie w stronę Woody'ego. Szkoda, że jego bratanek zawsze nadmiernie skupiał się na brylowaniu na salonach, a za mało na pracy brygadzisty. Chyba nie chciał powtórki fiaska, jakim okazał się koncert Muzy? Kolejnego ataku na jakiegoś wysoko postawionego ważniaka pokroju Shafiqa, tuż pod jego nosem? A jeszcze do tego wszystkiego pił na służbie, pomyślał ze złością, już czując, jak przysycha mu w gardle. Moody oczywiście nic nie pił. Nie na służbie. Nigdy na służbie. Klnąc w myślach, poluzował delikatnie krawat i poprawił sztywno zaprasowany kołnierzyk koszuli galowego munduru. Służba aurora nie kończyła się po wyjściu z pracy, służba brygadzisty tym bardziej. Zawsze należało zachować czujność.
Szkoda, że nie zachował jej, poprawiając kołnierzyk, na którym zostawił niewielką smużkę szminki. Tej samej, którą starł wcześniej z kieliszka Lorien.
Nie szata zdobi czarodzieja. Chociaż mundur był dla Aarona świętością, symbolem służby, której podporządkował życie... Był tylko mundurem. Musieliby zedrzeć z niego skórę, żeby przestał być aurorem. Może dlatego nie widział dysonansu między Lorien w sędziowskiej todze, a Lorien w frywolonej sukience.
W milczeniu przyglądał się jej, gdy zdejmowała rękawiczki: zręcznie, palec po palcu, żeby potem zgrabnym ruchem odsłonić nagą skórę dłoni, dotąd skrytą pod materiałem. "Jak to dobrze, że ktoś zalecił panu włożenie munduru galowego", zauważyła przekornie. "Myślę, że powinien pan na jego dłonie złożyć szczere podziękowania."
Byłoby prostszym w staromodnym zwyczaju musnąć ustami jej dłoń. Byłoby szczerszym.
– Codziennie mnie pani zaskakuje, pani Mulciber – odpowiedział skwapliwie, przeciwstawiając pedantycznie wręcz formalny sposób, w jaki wypowiadał jej nazwisko, z poufałą powszedniością codzienności, jaką dzielili. Jakkolwiek starannie ukrywali łączącą ich zażyłość, intymność zwykłego "codziennie" zdradzała jednak to, czego nie zdradzały ich twarze. – Byłem przekonany, że woli pani koty. Zaś w kwestii nagrody... – Moody poruszył się nieznacznie, przesuwając palcem po kryształowej podstawce kieliszka Lorien. Kieliszek stał na kamiennej balustradzie, o którą oboje się wspierali, w bezpiecznej odległości od wytwornej sukni sędzi, pozostając jednak w stałym zasięgu wzroku. Aaron zapobiegliwie przysunął go bliżej siebie, chociaż na balkonie nie było nikogo innego poza nimi. Może i miał paranoję, pomyślał, przesunąwszy palcem po odbitym w szkle śladzie szminki, która zdobiła krawędź kieliszka. Spojrzał wówczas z rozmysłem w stronę Lorien. – W stosownym momencie zadbam o to, aby ucałować dłoń damy w podzięce – odrzekł spokojnie, pozwalając jednak, aby w jego głosie przebrzmiała na nowo zwyczajowa sztywność, z jaką recytował wyuczone na pamięć przepisy prawa karnego. Wszystko, co powiesz, może zostać użyte przeciwko tobie. A jednak nie brzmiało to w jego wydaniu jak ostrzeżenie. Bardziej jak... "Naprawdę, kochanie?", mruknięte spod poduszki, gdy nad ranem wpuściła do sypialni wyjącego pod drzwiami kota.
Na wszystko był przecież czas i miejsce, a on nigdy nie zdradzał się ze swoimi afektami publicznie. Nie był młodym Longbottomem, którego zachowanie uważał za skrajnie nieodpowiedzialne. Nie podobało mu się, że ściągał uwagę na panienkę Figg, zwłaszcza po tym, jak niecały miesiąc temu zaatakowano Warownię: Erik dobrze wiedział, że jego rodzina jest na celowniku Śmierciożerców i naraża dziewczynę. Pieprzeni Longbottomowie nigdy się nie nauczą, że nie zawsze należy popisywać się brawurą, stwierdził, myślami uciekając mimowolnie w stronę Woody'ego. Szkoda, że jego bratanek zawsze nadmiernie skupiał się na brylowaniu na salonach, a za mało na pracy brygadzisty. Chyba nie chciał powtórki fiaska, jakim okazał się koncert Muzy? Kolejnego ataku na jakiegoś wysoko postawionego ważniaka pokroju Shafiqa, tuż pod jego nosem? A jeszcze do tego wszystkiego pił na służbie, pomyślał ze złością, już czując, jak przysycha mu w gardle. Moody oczywiście nic nie pił. Nie na służbie. Nigdy na służbie. Klnąc w myślach, poluzował delikatnie krawat i poprawił sztywno zaprasowany kołnierzyk koszuli galowego munduru. Służba aurora nie kończyła się po wyjściu z pracy, służba brygadzisty tym bardziej. Zawsze należało zachować czujność.
Szkoda, że nie zachował jej, poprawiając kołnierzyk, na którym zostawił niewielką smużkę szminki. Tej samej, którą starł wcześniej z kieliszka Lorien.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.