07.09.2025, 12:46 ✶
Szok i niedowierzanie - nadal z A.A.Moody'm na balkonie
Lorien Mulciber stać było w życiu na wiele rzeczy.
Na absurdalnie drogą sukienkę, którą po dzisiejszym wieczorze wepchnie do skrzyni i zapomni. Nie po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni.
Na nową koszulę do munduru aurora prosto od Rosierów, bo stara zaczynała się pruć przy kołnierzyku i makietach, a to godziło w powagę stanowiska.
Ale szczerość miała swoją cenę. Taką, której nie była w stanie jeszcze zapłacić.
To był dziwny teatrzyk, ten ich wypad na balkon, pełen niuansów i niedopowiedzeń. Czy lepszy niż to co widzieli nie tak dawno na scenie? Nie mógł być, skoro grała go dwójka absolutnych amatorów, prawda?
- Obawiam się dnia, w którym przestanę, panie Moody.
Ułożone równiutko rękawiczki wylądowały w jej torebce. Bez większych sentymentów, jakby były zwykłymi rękawiczkami, a nie częścią munduru, który to ona dziś musiała wdziać.
Dementorek zasnął na nowo, uczepiony jej obojczyka, w bezpiecznej przestrzeni “matczynych” loków. Musiał być przytłoczony - światłem, ludźmi, muzyką. Zbyt wielki świat dla takiej malutkiej istoty.
Kiedy stanie się zbyt wielki dla nas? - Zdawała się pytać, ale słowa nigdy nie opuściły jej umalowanych czerwienią ust.
Zwykłe “codziennie” nie kryło się w słowach. Kryło się w rzeczach drobnych - dwóch wsuwkach do włosów, które trzymał w kieszeni spodni; w spokoju z jakim przechodziła pod jego ramieniem, gdy przytrzymywał ciężkie drzwi, nie przerywając na moment rozmowy; w nieświadomym nuceniu jednej melodii, którą przypadkiem zapętlili poprzedniego wieczoru.
Pensami sempre sai, ed il tempo passerá.
Codzienność kryła się w dwóch parach kocich oczu, które wpatrywały się w niego z przestrzeni łóżka, gdy je nieopatrznie opuścił, żeby podać Lorien szklankę wody. Lorien, która zresztą spała w najlepsze o prośbie kompletnie zapomniawszy. To nie była zła codzienność. Ale była ich i nikogo więcej.
Rejestrowała każdy ruch aurora kątem oka.
- Ach, więc to pomysł damy… Mogłam się spodziewać. Mężczyźni pozostawieni sami sobie dokonują… interesujących wyborów. Jak mój kuzyn i jego dość… ekscentryczny garnitur w kwiaty.
Na jej jasnym obliczu pojawił się ten charakterystyczny (niezwykle pasujący do cioteczki z wyższej klasy społecznej) uśmiech, pełen lekkiego politowania. Ucięła temat. Jak zawsze, gdy czuła się choć odrobinę niepewnie.
Złapała wzrokiem smużkę czerwieni na jego kołnierzyku i przez moment wydało jej się, że świat jest uczciwy. Taki jak powinien być.
Miała ochotę unieść rękę i zetrzeć ślad kciukiem, ale powstrzymała się. “W stosownym momencie zadbam o to, aby ucałować dłoń damy w podzięce” - jego słowa rozbrzmiewały jeszcze w jej pamięci.
W stosownym momencie - czyli w żadnym.
Nauczyła się, że świat zawsze patrzył. Przez dziurkę od klucza, lornetkę, program kolejnego nudnego przedstawienia.
- Aaronie.- Odezwała się. Nie szeptem, ale bez zbędnego afektu w głosie. Bez frywolności, która zdawała się pojawiać coraz częściej.- Czy powinnam wnieść zawiadomienie o świadomym uszkodzeniu elementu umundurowania? 500 galeonów grzywny nie jest tego warte.- Wreszcie odwróciła głowę w jego stronę i postukała palcem o swoją szyję.- Kołnierzyk.
Mogła jeszcze trochę poczekać.
A jeśli auror zapomni o obiecanym ucałowaniu dłoni - przypomni mu. Koty bywały szalenie natarczywe, gdy tego chciały.
Lorien Mulciber stać było w życiu na wiele rzeczy.
Na absurdalnie drogą sukienkę, którą po dzisiejszym wieczorze wepchnie do skrzyni i zapomni. Nie po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni.
Na nową koszulę do munduru aurora prosto od Rosierów, bo stara zaczynała się pruć przy kołnierzyku i makietach, a to godziło w powagę stanowiska.
Ale szczerość miała swoją cenę. Taką, której nie była w stanie jeszcze zapłacić.
To był dziwny teatrzyk, ten ich wypad na balkon, pełen niuansów i niedopowiedzeń. Czy lepszy niż to co widzieli nie tak dawno na scenie? Nie mógł być, skoro grała go dwójka absolutnych amatorów, prawda?
- Obawiam się dnia, w którym przestanę, panie Moody.
Ułożone równiutko rękawiczki wylądowały w jej torebce. Bez większych sentymentów, jakby były zwykłymi rękawiczkami, a nie częścią munduru, który to ona dziś musiała wdziać.
Dementorek zasnął na nowo, uczepiony jej obojczyka, w bezpiecznej przestrzeni “matczynych” loków. Musiał być przytłoczony - światłem, ludźmi, muzyką. Zbyt wielki świat dla takiej malutkiej istoty.
Kiedy stanie się zbyt wielki dla nas? - Zdawała się pytać, ale słowa nigdy nie opuściły jej umalowanych czerwienią ust.
Zwykłe “codziennie” nie kryło się w słowach. Kryło się w rzeczach drobnych - dwóch wsuwkach do włosów, które trzymał w kieszeni spodni; w spokoju z jakim przechodziła pod jego ramieniem, gdy przytrzymywał ciężkie drzwi, nie przerywając na moment rozmowy; w nieświadomym nuceniu jednej melodii, którą przypadkiem zapętlili poprzedniego wieczoru.
Pensami sempre sai, ed il tempo passerá.
Codzienność kryła się w dwóch parach kocich oczu, które wpatrywały się w niego z przestrzeni łóżka, gdy je nieopatrznie opuścił, żeby podać Lorien szklankę wody. Lorien, która zresztą spała w najlepsze o prośbie kompletnie zapomniawszy. To nie była zła codzienność. Ale była ich i nikogo więcej.
Rejestrowała każdy ruch aurora kątem oka.
- Ach, więc to pomysł damy… Mogłam się spodziewać. Mężczyźni pozostawieni sami sobie dokonują… interesujących wyborów. Jak mój kuzyn i jego dość… ekscentryczny garnitur w kwiaty.
Na jej jasnym obliczu pojawił się ten charakterystyczny (niezwykle pasujący do cioteczki z wyższej klasy społecznej) uśmiech, pełen lekkiego politowania. Ucięła temat. Jak zawsze, gdy czuła się choć odrobinę niepewnie.
Złapała wzrokiem smużkę czerwieni na jego kołnierzyku i przez moment wydało jej się, że świat jest uczciwy. Taki jak powinien być.
Miała ochotę unieść rękę i zetrzeć ślad kciukiem, ale powstrzymała się. “W stosownym momencie zadbam o to, aby ucałować dłoń damy w podzięce” - jego słowa rozbrzmiewały jeszcze w jej pamięci.
W stosownym momencie - czyli w żadnym.
Nauczyła się, że świat zawsze patrzył. Przez dziurkę od klucza, lornetkę, program kolejnego nudnego przedstawienia.
- Aaronie.- Odezwała się. Nie szeptem, ale bez zbędnego afektu w głosie. Bez frywolności, która zdawała się pojawiać coraz częściej.- Czy powinnam wnieść zawiadomienie o świadomym uszkodzeniu elementu umundurowania? 500 galeonów grzywny nie jest tego warte.- Wreszcie odwróciła głowę w jego stronę i postukała palcem o swoją szyję.- Kołnierzyk.
Mogła jeszcze trochę poczekać.
A jeśli auror zapomni o obiecanym ucałowaniu dłoni - przypomni mu. Koty bywały szalenie natarczywe, gdy tego chciały.