07.09.2025, 18:58 ✶
Pokiwał głową posłusznie, jakby był tak słaby, że nie miał sił, by się kłócić. Cała siła, którą miał, po prostu... zniknęła. Jego ciało było jakby osłabione, wychłodzone... Głowa pulsowała mu tępym bólem, oczy i zatoki szczypały, a gardło ściskało się, utrudniając oddychanie. Mógłby się tu położyć: w rosie, wśród traw. Zapomnieć, pogrążyć się w tym smutku. Ukarać się tak, jak na to zasłużył. Ale jednocześnie... nie chciał tego. Pragnął wrócić do domu. Mieszkanie Mony były jedynym lokum, które chwilowo mógł zamieszkiwać, ale... czasem wydawało mu się, że mimo wszystko, czuł się tam lepiej niż w rodzinnej kamienicy. U Prewettów krążyło zbyt dużo wspomnień, duchów przeszłości, krzywd, które nie tylko nie były złagodzone, ale nawet pozostawały nieodkryte. U Mo miał szansę na nowy początek... I miał wrażenie, że marnował ją całkowicie.
— Będę. Przepraszam, ja... Myślałem, że mnie znienawidzisz — powiedział cicho, chyba nawet się powtarzając. W takich chwilach słowa czasem nie potrafiły paść raz, a dobrze. Trzeba było je powtórzyć kilka razy, bo wydawały się jakby uciekać na wietrze.
Spojrzał pod nogi, gdy Mona powiedziała mu o roślinie. Kwiaty owej samotniczki rzeczywiście pyliły. Icarus zmrużył oczy, świadomość, co powodowało jego stan, na chwilę wyrwała go z marazmu.
— To znaczy, że... to przez nią? Przez samotniczkę? — odsunął się od kwiatu kilka kroków. Zaczął otrzepywać marynarkę i rzeczywiście srebrne drobinki wzniosły się w powietrze i porwał je chłodny wiatr. — O bogowie... Musimy... Odejść stąd. Masz rację. Przeklęte Little Hangleton... — wtedy znowu poczuł ten chłód. Samotniczka wciąż działała. Następne słowa znowu złamały się w jego głosie: — Czemu zawsze musi przytrafiać się właśnie coś takiego? Dlaczego bogowie dokładają mi jeszcze cierpień?
Chwycił jej ramię, ale się nie teleportowali. A może... może samotniczka podziałała i na Monę? Albo Icarus po prostu sam sprawił, że było jej przykro... Było to ostatnią rzeczą, którą by chciał zrobić.
— Odejdźmy w stronę miasteczka, Mo. Może tam uda się teleportować... lub znajdziemy jakiś kominek — ujął dłoń Mony, zdobywając się na coś w rodzaju siły. Wstępowała w niego, gdy robił rzeczy nie dla siebie, a dla niej. — Chodźmy. Zanim nadejdzie zmrok. Podobno te okolice i tak nie są bezpieczne...
— Będę. Przepraszam, ja... Myślałem, że mnie znienawidzisz — powiedział cicho, chyba nawet się powtarzając. W takich chwilach słowa czasem nie potrafiły paść raz, a dobrze. Trzeba było je powtórzyć kilka razy, bo wydawały się jakby uciekać na wietrze.
Spojrzał pod nogi, gdy Mona powiedziała mu o roślinie. Kwiaty owej samotniczki rzeczywiście pyliły. Icarus zmrużył oczy, świadomość, co powodowało jego stan, na chwilę wyrwała go z marazmu.
— To znaczy, że... to przez nią? Przez samotniczkę? — odsunął się od kwiatu kilka kroków. Zaczął otrzepywać marynarkę i rzeczywiście srebrne drobinki wzniosły się w powietrze i porwał je chłodny wiatr. — O bogowie... Musimy... Odejść stąd. Masz rację. Przeklęte Little Hangleton... — wtedy znowu poczuł ten chłód. Samotniczka wciąż działała. Następne słowa znowu złamały się w jego głosie: — Czemu zawsze musi przytrafiać się właśnie coś takiego? Dlaczego bogowie dokładają mi jeszcze cierpień?
Chwycił jej ramię, ale się nie teleportowali. A może... może samotniczka podziałała i na Monę? Albo Icarus po prostu sam sprawił, że było jej przykro... Było to ostatnią rzeczą, którą by chciał zrobić.
— Odejdźmy w stronę miasteczka, Mo. Może tam uda się teleportować... lub znajdziemy jakiś kominek — ujął dłoń Mony, zdobywając się na coś w rodzaju siły. Wstępowała w niego, gdy robił rzeczy nie dla siebie, a dla niej. — Chodźmy. Zanim nadejdzie zmrok. Podobno te okolice i tak nie są bezpieczne...