18.02.2023, 23:44 ✶
Cathal początkowo szedł ku cmentarnej bramie, ignorując Wolfganga Johannesa Marselisa de Berekeley. Mogłoby się zdawać, że tak naprawdę go nie dostrzega ani nie słyszy natrętnego głosu, wyrzucającego z siebie słowa – mnóstwo, mnóstwo słów. Zignorował nawet uczucie chłodu, kiedy duch pochylił się nad nim tak, że nieomal dotykał jego włosów, rozjaśnionych przez egipskie słońce. Niestety, ta ignorancja była pozorna, bo słyszał wszystko, co mówił duch. I jego rozwlekły monolog zapisywał się w pamięci czarodzieja, by pozostać tam prawdopodobnie na zawsze.
Shafiq lubił opowieści. Lubił opowieści ciekawe, fascynujące, mówiące coś o dawnych czasach albo o ludziach, którzy wydali mu się nieco bardziej interesujący niż inni – na tyle, by chciał zrobić dla nich miejsce w swojej pamięci, która przechowywała każdy dźwięk, obraz i zapach.
Historia ducha nie należała do żadnej z tych kategorii. I Cathal po tym przydługim wstępie był pewien jednego: opowieść Wolfganga będzie bardzo długa, bardzo nudna i wypowiedziana ze zbyt wieloma ozdobnikami. Shafiq nie miał zamiar jej zapamiętywać. Poza tym bardzo, bardzo nie lubił, gdy ktoś mu grozi.
Przystanął. Przez chwilę wpatrywał się w jeden punkt, gdzieś przed sobą – i w tym momencie, jeśli duch zaczął coś mówić, naprawdę go nie słyszał, całkowicie pochłonięty przez myśli, gdy rozważał dostępne opcje.
Wysłuchać ducha.
Wyjść stąd i zwrócić się o pomoc do znajomego egzorcysty, jeśli widmo spełniłoby swoją groźbę.
Zgłosić sprawę do Ministerstwa i doprowadzić do uwięzienia ducha albo jego oficjalnych egzorcyzmów.
Spróbować paru zaklęć – istniały takie, które mogły może nie skrzywdzić, ale przepłoszyć ducha. Cichy szept w głowie sugerował nawet pewną klątwę.
Tyle że to pierwsze rozwiązanie byłoby ulegnięciem szantażowi, to drugie byłoby przyznaniem, że nie poradził sobie z czymś sam – a o ile wykopaliska były sprawą zespołową, to ta całkowicie prywatną. To trzecie podobnie, wymagałoby zresztą dużej straty czasu, a Shafiq nie przepadał za Ministerstwem Magii. Ostatnie wreszcie niosło spore ryzyko niepowodzenia.
Była jednak jeszcze piąta droga. Która mogła stać się małą nauczką dla tego wkurzającego ducha.
Cathal obrócił się na pięcie, ruszając z powrotem w stronę nagłówka Wolfganga..
- A może dasz mi spokój, a ja nie wyryję na tym nagrobku napisu „Wolfgang Johannes Marselis, nieślubny syn lorda de Berekeley, który opuścił świat przez własną głupotę? – zaproponował neutralnym tonem. Jeśli odczuwał irytację, krył ją doskonale. Ani wyraz jego twarzy, ani głos nie zdradzały złości. Spróbował: choć wątpił, by groźba wystarczyła, aby duch dał mu wreszcie spokój.
Były jednak inne sposoby.
Shafiq przykląkł przyglądając się kamieniom, leżącym w pobliżu. Nie miał zamiaru wyjaśniać, co robi, bo raz, nie widział ku temu powodów, dwa, po co ostrzegać ducha? Wyciągnął różdżkę i zaczął nakładać na jeden z kamieni, który uznał za obiecujący, runę. Wprawdzie częściej zdejmował tego typu runy, by dać przejść ekipie – i przy okazji nie raz uwalniał… pewne rzeczy – ale potrafił je też zakładać. Aby chronić miejsca przed żywymi oraz umarłymi. Na przykład wokół własnego namiotu rozkładał je regularnie, na wypadek, gdyby widmowej Alethcie przyszło do głowy podsłuchiwać jego rozmowy.
Miał nadzieję, że da sobie radę także z de Berekeleyem.
Shafiq lubił opowieści. Lubił opowieści ciekawe, fascynujące, mówiące coś o dawnych czasach albo o ludziach, którzy wydali mu się nieco bardziej interesujący niż inni – na tyle, by chciał zrobić dla nich miejsce w swojej pamięci, która przechowywała każdy dźwięk, obraz i zapach.
Historia ducha nie należała do żadnej z tych kategorii. I Cathal po tym przydługim wstępie był pewien jednego: opowieść Wolfganga będzie bardzo długa, bardzo nudna i wypowiedziana ze zbyt wieloma ozdobnikami. Shafiq nie miał zamiar jej zapamiętywać. Poza tym bardzo, bardzo nie lubił, gdy ktoś mu grozi.
Przystanął. Przez chwilę wpatrywał się w jeden punkt, gdzieś przed sobą – i w tym momencie, jeśli duch zaczął coś mówić, naprawdę go nie słyszał, całkowicie pochłonięty przez myśli, gdy rozważał dostępne opcje.
Wysłuchać ducha.
Wyjść stąd i zwrócić się o pomoc do znajomego egzorcysty, jeśli widmo spełniłoby swoją groźbę.
Zgłosić sprawę do Ministerstwa i doprowadzić do uwięzienia ducha albo jego oficjalnych egzorcyzmów.
Spróbować paru zaklęć – istniały takie, które mogły może nie skrzywdzić, ale przepłoszyć ducha. Cichy szept w głowie sugerował nawet pewną klątwę.
Tyle że to pierwsze rozwiązanie byłoby ulegnięciem szantażowi, to drugie byłoby przyznaniem, że nie poradził sobie z czymś sam – a o ile wykopaliska były sprawą zespołową, to ta całkowicie prywatną. To trzecie podobnie, wymagałoby zresztą dużej straty czasu, a Shafiq nie przepadał za Ministerstwem Magii. Ostatnie wreszcie niosło spore ryzyko niepowodzenia.
Była jednak jeszcze piąta droga. Która mogła stać się małą nauczką dla tego wkurzającego ducha.
Cathal obrócił się na pięcie, ruszając z powrotem w stronę nagłówka Wolfganga..
- A może dasz mi spokój, a ja nie wyryję na tym nagrobku napisu „Wolfgang Johannes Marselis, nieślubny syn lorda de Berekeley, który opuścił świat przez własną głupotę? – zaproponował neutralnym tonem. Jeśli odczuwał irytację, krył ją doskonale. Ani wyraz jego twarzy, ani głos nie zdradzały złości. Spróbował: choć wątpił, by groźba wystarczyła, aby duch dał mu wreszcie spokój.
Były jednak inne sposoby.
Shafiq przykląkł przyglądając się kamieniom, leżącym w pobliżu. Nie miał zamiaru wyjaśniać, co robi, bo raz, nie widział ku temu powodów, dwa, po co ostrzegać ducha? Wyciągnął różdżkę i zaczął nakładać na jeden z kamieni, który uznał za obiecujący, runę. Wprawdzie częściej zdejmował tego typu runy, by dać przejść ekipie – i przy okazji nie raz uwalniał… pewne rzeczy – ale potrafił je też zakładać. Aby chronić miejsca przed żywymi oraz umarłymi. Na przykład wokół własnego namiotu rozkładał je regularnie, na wypadek, gdyby widmowej Alethcie przyszło do głowy podsłuchiwać jego rozmowy.
Miał nadzieję, że da sobie radę także z de Berekeleyem.