08.09.2025, 19:50 ✶
Normalnie pewnie Anthony zażartował, że opanowanie oklumencji przez niego raczej pozbawiało Jonathana barw. Aura, nici… to wszystko pozostawało ukryte, pokazywane tylko na drodze absolutnych wyjątków, wsuwane w dłonie jak najdroższe na świecie pralinki. Teraz jednak milcząco wpatrywał się w Jonathana, próbując możliwie skutecznie odsunąć wodę własnego istnienia od tej sytuacji.
Musieli być racjonalni, musieli być…
To z pewnością był efekt bezsenności. Gdy zobaczył dwa patykowate ludziki na kartce leżącej między nimi, parsknął w odruchu. Wysoce nieprofesjonalnie. Oparł łokieć o biurko, a na podpartej ręce złożył swoją głowę wpatrując się w ludziki. Ile oni mieli lat? 13? Bezmyślnie ujął własne pióro i dorysował jednemu z ludzików kocie wąsy i uszy. Drugi dostał czapkę kowboja i coś na kształt rewolweru, choć tak naprawdę były to dwie kreski - dłuższa i krótsza - narysowane w okolicach zakończenia linii będącej ręką.
– Nigdy nie chciałem Twojej krzywdy i nie trzeba zaglądać tak głęboko w odmęty mojego zepsutego serca, żeby o tym wiedzieć. – odpowiedział w miarę neutralnie, kontynuując eksplorację rysunku przez domalowanie rzeczki pod mostem. Fala za falą. Bardzo dokładny szkic. Nie zabrakło nawet czegoś przypominającego rybę. Złowieszcza rybę - jej chmurne brwi jasno wskazywały na to, że zwierzę jest bardzo zdenerwowane.
– Bazowe fakty są takie, że mieliśmy obopólne przekonanie o istniejącym między nami porozumieniu, które opierało się na zaufaniu – tu wskazał jeden brzeg “mostu” – i szacunku – tu wskazał drugi. Głos mu się nie zachwiał, ani na moment, był tak samo monotonny, pozornie spokojny. A potem nagle stalówka pióra zaczęła przekreślać dwa pałąki, bardzo energicznie i równie metodycznie co przed momentem tworzone fale. Bardzo się panoszył na tej kartce, trzeba było przyznać.
Zaraz po zburzeniu jonathanowej konstrukcji, namalował jedną, pojedynczą linię, która była ledwie widoczna nad wcześniej utworzonymi arabeskami fal.
– Nie chcemy wzajemnej krzywdy, mówiłeś… Patrząc na Ciebie, pominąwszy oczywiste uroki obrażonego Jonathana, którymi mnie obdarzasz, cały czas myślę o moście, którego już nie ma. Zupełnie jak połowy Londynu… – z jakiś powodów go to rozbawiło, chociaż absolutnie nie powinno. Odłożył pióro i westchnął ciężko, powracając spojrzeniem do twarzy zatroskanego Jonathana. Jak zawsze. Zatroskanego. Czy Jonathan był w stanie widzieć go inaczej niż zahukanego Krukona, którego trzeba wybawiać z każdej opresji? – Przykro mi, że zmusiłem Cię do porzucenia wygodnej posady i… i wszystkich benefitów Twojego mieszkania w Paryżu, – czy to grymas zazdrości, czy Jonathanowi się tylko wydawało? – na rzecz… spraw celnych i rekomendacji importu latających dywanów. Nie rozumiem jednak, co takiego pasjonuje Cię w naszej współpracy, skoro we wspomnianej Francji jasno dałeś mi do zrozumienia, jakim okazała się dla Ciebie rozczarowaniem. Stąd mój list. Nie chcę Twojej krzywdy Jonathanie. Chciałbym, żebyś mógł rozwijać swoje aspiracje zawodowe, czy… którekolwiek inne aspiracje, o których nie raczyłeś mi powiedzieć. Próbuje Ci pomóc. Próbuję pomóc na ślepo, bo wolę tak, niż nie pomagać wcale. – Nawet nie zamierzał ukryć wyrzutu w głosie.
Musieli być racjonalni, musieli być…
To z pewnością był efekt bezsenności. Gdy zobaczył dwa patykowate ludziki na kartce leżącej między nimi, parsknął w odruchu. Wysoce nieprofesjonalnie. Oparł łokieć o biurko, a na podpartej ręce złożył swoją głowę wpatrując się w ludziki. Ile oni mieli lat? 13? Bezmyślnie ujął własne pióro i dorysował jednemu z ludzików kocie wąsy i uszy. Drugi dostał czapkę kowboja i coś na kształt rewolweru, choć tak naprawdę były to dwie kreski - dłuższa i krótsza - narysowane w okolicach zakończenia linii będącej ręką.
– Nigdy nie chciałem Twojej krzywdy i nie trzeba zaglądać tak głęboko w odmęty mojego zepsutego serca, żeby o tym wiedzieć. – odpowiedział w miarę neutralnie, kontynuując eksplorację rysunku przez domalowanie rzeczki pod mostem. Fala za falą. Bardzo dokładny szkic. Nie zabrakło nawet czegoś przypominającego rybę. Złowieszcza rybę - jej chmurne brwi jasno wskazywały na to, że zwierzę jest bardzo zdenerwowane.
– Bazowe fakty są takie, że mieliśmy obopólne przekonanie o istniejącym między nami porozumieniu, które opierało się na zaufaniu – tu wskazał jeden brzeg “mostu” – i szacunku – tu wskazał drugi. Głos mu się nie zachwiał, ani na moment, był tak samo monotonny, pozornie spokojny. A potem nagle stalówka pióra zaczęła przekreślać dwa pałąki, bardzo energicznie i równie metodycznie co przed momentem tworzone fale. Bardzo się panoszył na tej kartce, trzeba było przyznać.
Zaraz po zburzeniu jonathanowej konstrukcji, namalował jedną, pojedynczą linię, która była ledwie widoczna nad wcześniej utworzonymi arabeskami fal.
– Nie chcemy wzajemnej krzywdy, mówiłeś… Patrząc na Ciebie, pominąwszy oczywiste uroki obrażonego Jonathana, którymi mnie obdarzasz, cały czas myślę o moście, którego już nie ma. Zupełnie jak połowy Londynu… – z jakiś powodów go to rozbawiło, chociaż absolutnie nie powinno. Odłożył pióro i westchnął ciężko, powracając spojrzeniem do twarzy zatroskanego Jonathana. Jak zawsze. Zatroskanego. Czy Jonathan był w stanie widzieć go inaczej niż zahukanego Krukona, którego trzeba wybawiać z każdej opresji? – Przykro mi, że zmusiłem Cię do porzucenia wygodnej posady i… i wszystkich benefitów Twojego mieszkania w Paryżu, – czy to grymas zazdrości, czy Jonathanowi się tylko wydawało? – na rzecz… spraw celnych i rekomendacji importu latających dywanów. Nie rozumiem jednak, co takiego pasjonuje Cię w naszej współpracy, skoro we wspomnianej Francji jasno dałeś mi do zrozumienia, jakim okazała się dla Ciebie rozczarowaniem. Stąd mój list. Nie chcę Twojej krzywdy Jonathanie. Chciałbym, żebyś mógł rozwijać swoje aspiracje zawodowe, czy… którekolwiek inne aspiracje, o których nie raczyłeś mi powiedzieć. Próbuje Ci pomóc. Próbuję pomóc na ślepo, bo wolę tak, niż nie pomagać wcale. – Nawet nie zamierzał ukryć wyrzutu w głosie.