08.09.2025, 20:13 ✶
Nie mógł nic poradzić na sposób, w jaki drgnął mu kącik ust, gdy usłyszał odpowiedź dziewczyny. Oj tak, on również był tego bardziej niż pewien. Tyle tylko, że nigdy nie mieli wyjść poza obręb teorii. W praktyce naprawdę nie potrzebowali poruszać tych kwestii. Wystarczyło, że byli ze sobą szczęśliwi, nieprawdaż? Mieli znacznie więcej niż większość ludzi z ich kręgów. Nie potrzebowali skupiać się na materialnych aspektach swojej relacji.
Ale dom? Duża działka? Jezioro czy staw? To wciąż pozostawało w ich planach. No, tyle tylko, że bez dodatkowych atrakcji. Prawie parsknął na wspomnienie kelpie. Lata płynęły a Yaxleyówna naprawdę była niereformowalna. Niemal tak samo jak w dniu, gdy ponownie ją poznał, jeśli nie bardziej.
- Wydaje mi się, że mamy trochę inne definicje plusów i minusów - stwierdził powoli, przymrużając oczy tylko po to, aby nimi nie wywrócić.
Oczywiście, że marzył o tym, by mieć dostatecznie głęboki zbiornik wodny, żeby zasiedliły się w nim jakieś magiczne bestie. Najlepiej niebezpieczne. Im groźniejsze, tym bardziej miał być zadowolony z tego faktu, prawda? Prawda? Prychnął z pobłażaniem, otulając szyję dziewczyny ciepłem oddechu i powoli mocniej przyciągając ją do siebie za pośladki. Cholernie jędrne, naprawdę atrakcyjne, zwłaszcza w tym wydaniu.
Jakże miałby nie być zadowolony? Lubił powtarzać, że jest prostym człowiekiem, nieskomplikowanym, nawet jeśli w rzeczywistości nie było to aż tak bliskie prawdy jak mogłoby sobie tego życzyć jego otoczenie. Szczerze mówiąc, potrafił być wyjątkowo trudny, czy to do przejrzenia i rozczytania, czy też po prostu w kontaktach. Wszystko dosyć mocno zależało od okoliczności, od samej sytuacji.
Były jednak te drobne rzeczy, które naprawdę zawsze go satysfakcjonowały. Po prawdzie mówiąc, gdy chodziło o to, co tak naprawdę go uszczęśliwiało, nie potrzebował niczego wydumanego. Nie miał wielkich wymagań, nie potrzebował większości tego, co usiłowano mu wciskać. Tu rzeczywiście nie był skomplikowany. Materialnie? Miał wszystko, czego potrzebował. Tak naprawdę nigdy nie miał faktycznej okazji odczuć na własnej skórze, jak to jest nie móc pozwolić sobie na spełnianie swoich zachcianek.
Finansowo stał wyjątkowo dobrze. Nie był krezusko bogaty, w przeciwieństwie do części swojej rodziny, ale zdecydowanie uważał się za zamożnego.
Nie miewał gigantycznych wydatków, no, poza ostatnimi wydarzeniami, które niechybnie musiały nadszarpnąć jego budżet. Od lat bujał się także z kwestiami związanymi ze spokojnym otwarciem prywatnej praktyki i rezygnacją z pracy w Mungu, ale nie, nie był biedakiem. Nie był nawet klasą średnią. Mógł pozwolić sobie na znacznie więcej niż przeciętny czarodziej, czego był całkowicie świadomy.
W razie potrzeby mógł także skorzystać z otwartych rąk ojca, który z pewnością niczego by mu nie żałował. Kto jak kto, ale Thomas nie przejmował się wydatkami. Pikuś w tym, że dla Ambroisa oznaczałoby to tyle, co przyjęcie rekompensaty. Za brak czasu, za ciągłe nieobecności, za wiele innych rzeczy. A tego nie chciał robić. Był dorosły, nie zamierzał żyć z bycia dziedzicem, bawić się w bogatego chłopca pracującego wyłącznie na waciki. To nie było w jego stylu. Nigdy nie miało być.
Jeśli zaś chodziło o to, co tak naprawdę go uszczęśliwiało, odwoływał się właśnie do takich chwil jak ta. Do fizyczności, obecności, zaangażowania. Do bycia, do relacji. Nie potrzebował wiele więcej. Po prostu tego ciepła drugiej osoby, dotyku i spojrzeń, które sprawiały, że jego oddech stawał się szybszy, oczy ciemniejsze a wyraz twarzy bardziej drapieżny.
Nie chciał wracać do rzeczywistości. A jednak przecież byli tu w konkretnym celu. Nie na noc.
- Jesteś pewna? - Nie zamierzał oponować, tym bardziej, że pierwotnie dokładnie taka była wersja planu, jaką przyjęli, ale im później było, tym bardziej rozważał również inne opcje. - Nie zdążymy już dziś ustalić dogodnego miejsca na ceremonię i całą resztę oprawy. Nie wiem, czy dobrze byłoby to zrzucać na barki Jennifer i Ursuli - stwierdził, werbalizując na głos to, co chodziło mu po głowie od czasu, gdy wszedł do cichej biblioteki.
Z jednej strony naprawdę chciał wrócić na angielską wieś przed zapadnięciem głębokiego zmroku. Z drugiej, wydawało mu się całkiem korzystne to, aby tu zostali, nawet jeśli Geraldine najwidoczniej nie zamierzała ulec pokusie chwili, która na dobre kilkadziesiąt sekund zawładnęła jego ciałem. Teraz przełknął ślinę, pozostawiając dłonie tam, gdzie już leżały, ale spróbował skupić się na konkretach, nie na fali gorąca, jaka byłaby w stanie powrócić, gdyby tylko sobie na to pozwolił.
- Dobrze - rzucił po kilku sekundach. - Wróćmy do Exmoor, detale będziemy w stanie ustalić na odległość - w końcu to były rodzinne strony Riny, więc i bez bycia na miejscu z pewnością miała mieć swoją wizję.
Ale dom? Duża działka? Jezioro czy staw? To wciąż pozostawało w ich planach. No, tyle tylko, że bez dodatkowych atrakcji. Prawie parsknął na wspomnienie kelpie. Lata płynęły a Yaxleyówna naprawdę była niereformowalna. Niemal tak samo jak w dniu, gdy ponownie ją poznał, jeśli nie bardziej.
- Wydaje mi się, że mamy trochę inne definicje plusów i minusów - stwierdził powoli, przymrużając oczy tylko po to, aby nimi nie wywrócić.
Oczywiście, że marzył o tym, by mieć dostatecznie głęboki zbiornik wodny, żeby zasiedliły się w nim jakieś magiczne bestie. Najlepiej niebezpieczne. Im groźniejsze, tym bardziej miał być zadowolony z tego faktu, prawda? Prawda? Prychnął z pobłażaniem, otulając szyję dziewczyny ciepłem oddechu i powoli mocniej przyciągając ją do siebie za pośladki. Cholernie jędrne, naprawdę atrakcyjne, zwłaszcza w tym wydaniu.
Jakże miałby nie być zadowolony? Lubił powtarzać, że jest prostym człowiekiem, nieskomplikowanym, nawet jeśli w rzeczywistości nie było to aż tak bliskie prawdy jak mogłoby sobie tego życzyć jego otoczenie. Szczerze mówiąc, potrafił być wyjątkowo trudny, czy to do przejrzenia i rozczytania, czy też po prostu w kontaktach. Wszystko dosyć mocno zależało od okoliczności, od samej sytuacji.
Były jednak te drobne rzeczy, które naprawdę zawsze go satysfakcjonowały. Po prawdzie mówiąc, gdy chodziło o to, co tak naprawdę go uszczęśliwiało, nie potrzebował niczego wydumanego. Nie miał wielkich wymagań, nie potrzebował większości tego, co usiłowano mu wciskać. Tu rzeczywiście nie był skomplikowany. Materialnie? Miał wszystko, czego potrzebował. Tak naprawdę nigdy nie miał faktycznej okazji odczuć na własnej skórze, jak to jest nie móc pozwolić sobie na spełnianie swoich zachcianek.
Finansowo stał wyjątkowo dobrze. Nie był krezusko bogaty, w przeciwieństwie do części swojej rodziny, ale zdecydowanie uważał się za zamożnego.
Nie miewał gigantycznych wydatków, no, poza ostatnimi wydarzeniami, które niechybnie musiały nadszarpnąć jego budżet. Od lat bujał się także z kwestiami związanymi ze spokojnym otwarciem prywatnej praktyki i rezygnacją z pracy w Mungu, ale nie, nie był biedakiem. Nie był nawet klasą średnią. Mógł pozwolić sobie na znacznie więcej niż przeciętny czarodziej, czego był całkowicie świadomy.
W razie potrzeby mógł także skorzystać z otwartych rąk ojca, który z pewnością niczego by mu nie żałował. Kto jak kto, ale Thomas nie przejmował się wydatkami. Pikuś w tym, że dla Ambroisa oznaczałoby to tyle, co przyjęcie rekompensaty. Za brak czasu, za ciągłe nieobecności, za wiele innych rzeczy. A tego nie chciał robić. Był dorosły, nie zamierzał żyć z bycia dziedzicem, bawić się w bogatego chłopca pracującego wyłącznie na waciki. To nie było w jego stylu. Nigdy nie miało być.
Jeśli zaś chodziło o to, co tak naprawdę go uszczęśliwiało, odwoływał się właśnie do takich chwil jak ta. Do fizyczności, obecności, zaangażowania. Do bycia, do relacji. Nie potrzebował wiele więcej. Po prostu tego ciepła drugiej osoby, dotyku i spojrzeń, które sprawiały, że jego oddech stawał się szybszy, oczy ciemniejsze a wyraz twarzy bardziej drapieżny.
Nie chciał wracać do rzeczywistości. A jednak przecież byli tu w konkretnym celu. Nie na noc.
- Jesteś pewna? - Nie zamierzał oponować, tym bardziej, że pierwotnie dokładnie taka była wersja planu, jaką przyjęli, ale im później było, tym bardziej rozważał również inne opcje. - Nie zdążymy już dziś ustalić dogodnego miejsca na ceremonię i całą resztę oprawy. Nie wiem, czy dobrze byłoby to zrzucać na barki Jennifer i Ursuli - stwierdził, werbalizując na głos to, co chodziło mu po głowie od czasu, gdy wszedł do cichej biblioteki.
Z jednej strony naprawdę chciał wrócić na angielską wieś przed zapadnięciem głębokiego zmroku. Z drugiej, wydawało mu się całkiem korzystne to, aby tu zostali, nawet jeśli Geraldine najwidoczniej nie zamierzała ulec pokusie chwili, która na dobre kilkadziesiąt sekund zawładnęła jego ciałem. Teraz przełknął ślinę, pozostawiając dłonie tam, gdzie już leżały, ale spróbował skupić się na konkretach, nie na fali gorąca, jaka byłaby w stanie powrócić, gdyby tylko sobie na to pozwolił.
- Dobrze - rzucił po kilku sekundach. - Wróćmy do Exmoor, detale będziemy w stanie ustalić na odległość - w końcu to były rodzinne strony Riny, więc i bez bycia na miejscu z pewnością miała mieć swoją wizję.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down