08.09.2025, 22:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.09.2025, 23:35 przez Hannibal Selwyn.)
Mabon.
Co roku. To. Samo.
Co roku Hannibal obiecywał sobie, że będzie dobrze. Że sobie poradzi. Że przecież tańczył, śpiewał, płakał, całował i nawet rozbierał się na scenie dla większej widowni, więc na pewno uda mu się odegrać swoją rolę również podczas rodzinnego obiadu.
Co roku od czterech lat wychodził z kolacji z poczuciem, że kogoś obraził, kogoś zawiódł i musi się napić.
W tym roku przynajmniej miał do tego doborowe towarzystwo.
Whisky wchodziła jak w masło, dymna i aromatyczna. Miał nadzieję, że w barku Jonathana jest jej więcej. Każda napoczęta butelka była tego wieczoru jak nowy początek. Nowa nadzieja. Na co? Nie miał pewności. Najmłodszy z Selwynów siedział, a właściwie półleżał z jedną stopą opartą na kanapie, malowniczo rozchełstany, bawił się swoją szklanką i obserwował jedynego nie-Selwyna w towarzystwie.
Anthony przerzucił długie nogi przez poręcz fotela, przyjmując jeszcze bardziej dramatyczną pozę, niż Hannibal, który uniósł brwi z uznaniem. I, och, ta francuska wstawka… Alkohol zacierał granice i rozluźniał myśli, i młodzieniec nieobecnym gestem przesunął palcami wolnej ręki od widocznego spod rozpiętej koszuli obojczyka do szyi.
- Si c'était moi qui… - zaczął odruchowo, ale zaraz się poprawił - To znaczy, gdybym to ja miał brać ślub - wytrzymał spojrzenie Shafiqa, więcej, odpowiedział własnym, trochę rozmarzonym - Chciałbym zrobić coś równie szalonego, jak Jonathan - z zachwytem popatrzył na kuzyna - Ale ciężko by było go przebić, więc chyba zostanę starym kawalerem.
Co mógłby zrobić? Wystąpić jako panna młoda?
Hmm…
- Wszyscy jesteście zaproszeni do Yaxley i Greengrassa? - zapytał. Nie znał żadnego z państwa młodych osobiście i nie dostał zaproszenia - nie, żeby mu specjalnie zależało. Po dzisiejszym wieczorze nie spodziewał się być w stanie pozwalającym na uczestniczenie w podobnych wydarzeniach, fizycznie ani psychicznie. Zamierzał przespać cały dzień.
Podniósł szklankę do ust, wracając nad jej brzegiem wzrokiem do Anthony'ego.
Dwa tygodnie temu Jonathan udzielał bardzo mętnych i niekonkretnych porad w kwestiach związkowych Hannibalowi, który w tym czasie rozważał… różne możliwości. Teraz, w bezpośredniej obecności swego kuzyna i jego szefa, miał doskonałą okazję, by prowadzić obserwacje.
Póki co zaobserwował, że Shafiq ma bardzo kształtne dłonie. Te długie palce… mógłby być doskonałym pianistą.
Oblizał wargi, ale powstrzymał się od powiedzenia tego na głos. Anthony pewnie miał tak samo dość podobnych komentarzy, jak wysocy mugole pytań, czy grają w koszykówkę.
Co roku. To. Samo.
Co roku Hannibal obiecywał sobie, że będzie dobrze. Że sobie poradzi. Że przecież tańczył, śpiewał, płakał, całował i nawet rozbierał się na scenie dla większej widowni, więc na pewno uda mu się odegrać swoją rolę również podczas rodzinnego obiadu.
Co roku od czterech lat wychodził z kolacji z poczuciem, że kogoś obraził, kogoś zawiódł i musi się napić.
W tym roku przynajmniej miał do tego doborowe towarzystwo.
Whisky wchodziła jak w masło, dymna i aromatyczna. Miał nadzieję, że w barku Jonathana jest jej więcej. Każda napoczęta butelka była tego wieczoru jak nowy początek. Nowa nadzieja. Na co? Nie miał pewności. Najmłodszy z Selwynów siedział, a właściwie półleżał z jedną stopą opartą na kanapie, malowniczo rozchełstany, bawił się swoją szklanką i obserwował jedynego nie-Selwyna w towarzystwie.
Anthony przerzucił długie nogi przez poręcz fotela, przyjmując jeszcze bardziej dramatyczną pozę, niż Hannibal, który uniósł brwi z uznaniem. I, och, ta francuska wstawka… Alkohol zacierał granice i rozluźniał myśli, i młodzieniec nieobecnym gestem przesunął palcami wolnej ręki od widocznego spod rozpiętej koszuli obojczyka do szyi.
- Si c'était moi qui… - zaczął odruchowo, ale zaraz się poprawił - To znaczy, gdybym to ja miał brać ślub - wytrzymał spojrzenie Shafiqa, więcej, odpowiedział własnym, trochę rozmarzonym - Chciałbym zrobić coś równie szalonego, jak Jonathan - z zachwytem popatrzył na kuzyna - Ale ciężko by było go przebić, więc chyba zostanę starym kawalerem.
Co mógłby zrobić? Wystąpić jako panna młoda?
Hmm…
- Wszyscy jesteście zaproszeni do Yaxley i Greengrassa? - zapytał. Nie znał żadnego z państwa młodych osobiście i nie dostał zaproszenia - nie, żeby mu specjalnie zależało. Po dzisiejszym wieczorze nie spodziewał się być w stanie pozwalającym na uczestniczenie w podobnych wydarzeniach, fizycznie ani psychicznie. Zamierzał przespać cały dzień.
Podniósł szklankę do ust, wracając nad jej brzegiem wzrokiem do Anthony'ego.
Dwa tygodnie temu Jonathan udzielał bardzo mętnych i niekonkretnych porad w kwestiach związkowych Hannibalowi, który w tym czasie rozważał… różne możliwości. Teraz, w bezpośredniej obecności swego kuzyna i jego szefa, miał doskonałą okazję, by prowadzić obserwacje.
Póki co zaobserwował, że Shafiq ma bardzo kształtne dłonie. Te długie palce… mógłby być doskonałym pianistą.
Oblizał wargi, ale powstrzymał się od powiedzenia tego na głos. Anthony pewnie miał tak samo dość podobnych komentarzy, jak wysocy mugole pytań, czy grają w koszykówkę.