08.09.2025, 23:26 ✶
Wiedziałem, że nie powinienem odrzucać pomocy, bo rozumiałem to, z czego wynikała - zdawałem sobie sprawę z tego, że Prue chciała dobrze - ale nie potrafiłem znieść bycia czyimś ciężarem, nie znowu, słowa sprzed lat wciąż leżały na mnie jak kamień, a ja nie chciałem, żeby ktokolwiek znów patrzył na mnie tak, jak wtedy - z litością, z politowaniem, z tym cichym „biedny, duży chłopiec znowu coś odstawił”.
- W posządku. - Odpowiedziałem sucho, zanim zdążyła się całkiem odsunąć. Mój głos był jednostajny, chłodny, nie chciałem, żeby zabrzmiał jak foch, ale nie był też przeprosinami. Ręce mi drżały, ale mimikę trzymałem twardo - może dlatego, że resztki dumy były tam jedyną rzeczą, która się jeszcze we mnie trzymała. Widząc, jak Prue się cofa i bierze dystans, poczułem mieszankę ulgi i... Wkurzenia. Wolałem, żeby została blisko i kopała mnie w dupę słowami, niż żeby okładała mnie spojrzeniem z daleka, ale życie nie było koncertem życzeń, najwyraźniej musieliśmy się z tym pogodzić, mając zupełnie inne zdanie odnośnie całej sytuacji.
Stałem twardo, i chociaż każda fala bólu przypominała mi, że świetnie by było usiąść, nie usiadłem. Nie dlatego, że byłem niesamowicie twardy, ale z przekonania - nie chciałem dać nikomu satysfakcji z obserwowania, jak się rozsypuję pod ich opieką. Już nie, ten błąd kosztował mnie kiedyś zbyt wiele, i nawet jeśli nie byliśmy tymi ludźmi - ja już nie, ona nigdy - pewnych doświadczeń nie dało się wymazać dobrą wolą i pobożnymi życzeniami. Nie oczekiwałem, że wszyscy zrozumieją moje podejście - nawet jeśli skrycie liczyłem, że Prudence będzie tym wyjątkiem, którym się jednak nie okazała, choć to też nie było jej winą - chciałem tylko, żeby inni nie mówili za mnie. Ja miałem swoje błędy i wybory, oni mieli swoje oceny, Prue miała ten naturalny odruch, żeby osłaniać i naprawiać - to była jej rola, jako uzdrowicielki, ja to rozumiałem. Tylko że moje krawędzie były zupełnie inne niż tych, których zazwyczaj miała okazję obserwować i leczyć, mogliśmy się poznawać, być sobie coraz bardziej bliscy, ale w tym jednym momencie miałem wrażenie, jakbyśmy wcale się nie znali. Spojrzałem na nią, widząc, jak zapala fajkę. Uśmiechnąłem się krzywo, bo ten gest był dziwnie stonowany - Prue stała tam, paląc i obserwując mnie tak, jakby moje życie było jednym z tych jej przypadków medycznych, które wymagały analizy, a nie emocji. Chciała dobrze - wiedziałem o tym, i właśnie dlatego jej dobra wola działała na mnie jak sól na świeżą ranę.
- Dzięki. - Wyrzuciłem w końcu, bo nie chciałem, żeby to, co wcześniej powiedziałem zabrzmiało jak ignorancja. Brzmiało to krótko i nie całkiem szczerze, ale i tak było lepiej niż milczeć. Zrobiłem krok do torby stojącej pod drzwiami — tej, którą nosiłem zawsze, pełnej narzędzi, miałem tam wszystko, czego potrzeba - buteleczkę eliksiru, który znieczulał przyzwoicie, i mniejszą buteleczkę z alkoholem, żeby dodać sobie odwagi, albo raczej zdjąć z siebie trochę skali bólu.
Wypuściłem powietrze przez zęby i powiedziałem do pustego powietrza między nami, bardziej do siebie niż do niej:
- Nie chcę, szebyś za mnie walczyła. - Dodałem, bo to chyba brzmiało lepiej niż twarde: „Nie rób tego.”, na które naturalną odpowiedzią byłoby pytanie: „Czego?” Nie chciałem, żeby mnie osądzała, nie chciałem, żeby mnie naprawiała. - Jeśli masz zamial mnie latowaś zawsze i wszędzie, plędzej czy później zaczniesz mnie za to obwiniaś. - Po tych słowach ostrożnie, bardzo powoli wyszedłem na balkon, zatrzaskując za sobą drzwi, by w spokoju móc wypić eliksir - tak, jak zakomunikowałem. Chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz i na moment zdusiło ból - przynajmniej ten fizyczny. Stanąłem tam, trzymając eliksir w jednej ręce i alkohol w drugiej, i myślałem o tamtych wypowiedziach, które kiedyś usłyszałem - ostrych, bezlitosnych, które zmusiły mnie do stawiania muru między sobą a resztą świata - od tamtej pory nie chciałem być ciężarem dla nikogo. Tak - przeszłość nauczyła mnie, że współczucie ciągnie za sobą słowa, a słowa mogą zranić bardziej niż pięść. Oddając innym zadanie „poskładania” mnie, prędzej czy później, stracę część siebie, której nie odzyskam. Kiedyś zostawiłem zbyt wiele i nauczyłem się bronić tego, co pozostało. Nie zamierzałem akceptować opieki tylko dlatego, że ktoś czuł się zobowiązany. Nie dlatego, że byłem dumny - to nie był honor, to był mechanizm przetrwania. Chciałem, żeby Prue widziała we mnie kogoś, kto potrafił wziąć odpowiedzialność za swoje błędy, nie kogoś, kogo trzeba chronić i tłumaczyć, to było takie proste.
- W posządku. - Odpowiedziałem sucho, zanim zdążyła się całkiem odsunąć. Mój głos był jednostajny, chłodny, nie chciałem, żeby zabrzmiał jak foch, ale nie był też przeprosinami. Ręce mi drżały, ale mimikę trzymałem twardo - może dlatego, że resztki dumy były tam jedyną rzeczą, która się jeszcze we mnie trzymała. Widząc, jak Prue się cofa i bierze dystans, poczułem mieszankę ulgi i... Wkurzenia. Wolałem, żeby została blisko i kopała mnie w dupę słowami, niż żeby okładała mnie spojrzeniem z daleka, ale życie nie było koncertem życzeń, najwyraźniej musieliśmy się z tym pogodzić, mając zupełnie inne zdanie odnośnie całej sytuacji.
Stałem twardo, i chociaż każda fala bólu przypominała mi, że świetnie by było usiąść, nie usiadłem. Nie dlatego, że byłem niesamowicie twardy, ale z przekonania - nie chciałem dać nikomu satysfakcji z obserwowania, jak się rozsypuję pod ich opieką. Już nie, ten błąd kosztował mnie kiedyś zbyt wiele, i nawet jeśli nie byliśmy tymi ludźmi - ja już nie, ona nigdy - pewnych doświadczeń nie dało się wymazać dobrą wolą i pobożnymi życzeniami. Nie oczekiwałem, że wszyscy zrozumieją moje podejście - nawet jeśli skrycie liczyłem, że Prudence będzie tym wyjątkiem, którym się jednak nie okazała, choć to też nie było jej winą - chciałem tylko, żeby inni nie mówili za mnie. Ja miałem swoje błędy i wybory, oni mieli swoje oceny, Prue miała ten naturalny odruch, żeby osłaniać i naprawiać - to była jej rola, jako uzdrowicielki, ja to rozumiałem. Tylko że moje krawędzie były zupełnie inne niż tych, których zazwyczaj miała okazję obserwować i leczyć, mogliśmy się poznawać, być sobie coraz bardziej bliscy, ale w tym jednym momencie miałem wrażenie, jakbyśmy wcale się nie znali. Spojrzałem na nią, widząc, jak zapala fajkę. Uśmiechnąłem się krzywo, bo ten gest był dziwnie stonowany - Prue stała tam, paląc i obserwując mnie tak, jakby moje życie było jednym z tych jej przypadków medycznych, które wymagały analizy, a nie emocji. Chciała dobrze - wiedziałem o tym, i właśnie dlatego jej dobra wola działała na mnie jak sól na świeżą ranę.
- Dzięki. - Wyrzuciłem w końcu, bo nie chciałem, żeby to, co wcześniej powiedziałem zabrzmiało jak ignorancja. Brzmiało to krótko i nie całkiem szczerze, ale i tak było lepiej niż milczeć. Zrobiłem krok do torby stojącej pod drzwiami — tej, którą nosiłem zawsze, pełnej narzędzi, miałem tam wszystko, czego potrzeba - buteleczkę eliksiru, który znieczulał przyzwoicie, i mniejszą buteleczkę z alkoholem, żeby dodać sobie odwagi, albo raczej zdjąć z siebie trochę skali bólu.
Wypuściłem powietrze przez zęby i powiedziałem do pustego powietrza między nami, bardziej do siebie niż do niej:
- Nie chcę, szebyś za mnie walczyła. - Dodałem, bo to chyba brzmiało lepiej niż twarde: „Nie rób tego.”, na które naturalną odpowiedzią byłoby pytanie: „Czego?” Nie chciałem, żeby mnie osądzała, nie chciałem, żeby mnie naprawiała. - Jeśli masz zamial mnie latowaś zawsze i wszędzie, plędzej czy później zaczniesz mnie za to obwiniaś. - Po tych słowach ostrożnie, bardzo powoli wyszedłem na balkon, zatrzaskując za sobą drzwi, by w spokoju móc wypić eliksir - tak, jak zakomunikowałem. Chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz i na moment zdusiło ból - przynajmniej ten fizyczny. Stanąłem tam, trzymając eliksir w jednej ręce i alkohol w drugiej, i myślałem o tamtych wypowiedziach, które kiedyś usłyszałem - ostrych, bezlitosnych, które zmusiły mnie do stawiania muru między sobą a resztą świata - od tamtej pory nie chciałem być ciężarem dla nikogo. Tak - przeszłość nauczyła mnie, że współczucie ciągnie za sobą słowa, a słowa mogą zranić bardziej niż pięść. Oddając innym zadanie „poskładania” mnie, prędzej czy później, stracę część siebie, której nie odzyskam. Kiedyś zostawiłem zbyt wiele i nauczyłem się bronić tego, co pozostało. Nie zamierzałem akceptować opieki tylko dlatego, że ktoś czuł się zobowiązany. Nie dlatego, że byłem dumny - to nie był honor, to był mechanizm przetrwania. Chciałem, żeby Prue widziała we mnie kogoś, kto potrafił wziąć odpowiedzialność za swoje błędy, nie kogoś, kogo trzeba chronić i tłumaczyć, to było takie proste.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)