09.09.2025, 15:22 ✶
Złapał w końcu spojrzenie jej pustych oczu, czarnych jak jego własne. Zmieszany patrzył w nie, kiedy surrealistyczne słowa wypełzały z gardziołka ich właścicielki. A im dłużej patrzył, tym głębiej zdawał się zatapiać w paskudnie lepkiej, niepokojącej, nienasyconej otchłani.
- Haha, tak, oczywiście - wymamrotał, odrywając wzrok od jej twarzy, aby zapalić kolejnego papierosa. Nie czuł się... gotowy, żeby odpowiedzieć na to, co powiedziała.
Dlaczego ona nie mogła zachowywać się jak kobieta? Czy to było za dużo? Czy to były za wysokie oczekiwania? On potrafił zachowywać się jak mężczyzna, taki był jego jebany obowiązek wobec świata. Liczył na jakiś urokliwy uśmiech z jej strony, na jakiś niby to zawstydzony chichot, na jakąkolwiek zgodną z obyczajami nagrodę za to, że potraktował ją tak uprzejmie. W zamian dostał jednak ordynarny, wybitnie niekobiecy wyrzyg zakrawający o obrazoburstwo, jakąś żałosną walkę światopoglądową. Może próbowała go wystraszyć? To by było do niej podobne. O tak, to musiało być to.
- Oczywiście, Pani Anastazjo, nie mogę nie zgodzić się z tym, co mówiła Pani o szczególnym uroku młodych, młodocianych, soczystych owoców. - Może ona po prostu wiedziała? Wiedziała, w ilu świeżych winogronach zamoczył kutasa? Ściągnął brwi, nie przerywając jednak uśmiechu. Nawet jeśli wiedziała, to jeśliby miała cokolwiek przeciwko temu, to nie mówiłaby o tym w ten sposób. Może ta dziwna, słodka zgnilizna pasji, którą podszyte były jej słowa, była zwykłym sarkazmem. Im dłużej jednak jej monolog trwał, tym więcej wyłapywał w nim wewnętrznych sprzeczności, co dodawało mu trochę autentyczności. Głupia pizda pierdoliła, bez wątpienia, ale w jakim celu? - Zapamiętam na przyszłość, że preferuje Pani czystą-przezroczystą wódeczkę...
Dostrzegł zmianę na jej twarzy, gdy spojrzała na jego dłonie. Jak na komendę rozprostował palce, pozwalając słońcu polizać chłód srebra i platyny. Obrączka skryta między orlim okiem a ciężkim onyksem zaiskrzyła przyśniedziałym złotem.
- Że jest Pani gorącą entuzjastką destylatu dziewiczej kobiecości. - Znacznie więcej cisnęło mu się na język, ale powstrzymały go mrzonki o chłodnym profesjonalizmie.
Puzderko ze spękanej kości słoniowej stuknęło o niemal pusty, drewniany stolik. Było niewielkie, grawerowane kwiatowym wzorem i obite zzieleniałym brązem. Nonszalancko przesunął je pod ręce zastępczyni szefa Departamentu Skarbu.
- Podobno nie ma na świecie nic słodszego od wspomnień - zaczął, odczekawszy chwilę, aby dać Anastazji szansę na otworzenie prezentu. Wewnątrz puzderka na czarnym aksamicie drzemał świeżo wypolerowany naszyjnik. - Szafir cejloński, małe diamenty i srebro. Nie byłby imponujący, gdyby nie jego historia. To pamiątka upadłego rodu Rathbone. Kojarzysz ich? Dwieście lat temu trzymali połowę Liverpoolu za mordę. Dorobili się na handlu morskim tak bardzo, że nikt ich nie powstrzymywał przed mieszaniem się w mugolskie konflikty. Setki tysięcy współczesnych galeonów rozpuścili na walkę z niewolnictwem i propagowanie powszechności wyborów. Wciąż nie mogę uwierzyć, że ród, który deklarował absolutne oddanie polityce wolnego handlu, postanowił doprowadzić się do ruiny w tak idiotyczny sposób.
Powolnie, spokojnie pociągnął dym z papierosa, którego gorejący koniec aż zaskwierczał żałośnie.
- Spotkałem niedawno ostatniego dziedzica Rathbone. Ma teraz osiemdziesiąt sześć lat, jego żona - siedemdziesiąt cztery. Pięćdziesiąt trzy lata temu podarował jej ten naszyjnik. Na zaręczyny. Gdy zajmowałem ich majątek, aż nie mogłem uwierzyć, że tyle czasu wytrwali przy sobie. Że żadne z nich dotąd nie zachorowało w tej biedzie. Tacy zgarbieni, tacy wykręceni, same kości i obwisła skóra. Ale kochali się. Kochają się wciąż. Może i stracili wszystkie pieniądze, dach nad głową, ale na co im to? Wszystko dobrze się skończyło, w końcu do śmierci będą mieli siebie nawzajem.
- Haha, tak, oczywiście - wymamrotał, odrywając wzrok od jej twarzy, aby zapalić kolejnego papierosa. Nie czuł się... gotowy, żeby odpowiedzieć na to, co powiedziała.
Dlaczego ona nie mogła zachowywać się jak kobieta? Czy to było za dużo? Czy to były za wysokie oczekiwania? On potrafił zachowywać się jak mężczyzna, taki był jego jebany obowiązek wobec świata. Liczył na jakiś urokliwy uśmiech z jej strony, na jakiś niby to zawstydzony chichot, na jakąkolwiek zgodną z obyczajami nagrodę za to, że potraktował ją tak uprzejmie. W zamian dostał jednak ordynarny, wybitnie niekobiecy wyrzyg zakrawający o obrazoburstwo, jakąś żałosną walkę światopoglądową. Może próbowała go wystraszyć? To by było do niej podobne. O tak, to musiało być to.
- Oczywiście, Pani Anastazjo, nie mogę nie zgodzić się z tym, co mówiła Pani o szczególnym uroku młodych, młodocianych, soczystych owoców. - Może ona po prostu wiedziała? Wiedziała, w ilu świeżych winogronach zamoczył kutasa? Ściągnął brwi, nie przerywając jednak uśmiechu. Nawet jeśli wiedziała, to jeśliby miała cokolwiek przeciwko temu, to nie mówiłaby o tym w ten sposób. Może ta dziwna, słodka zgnilizna pasji, którą podszyte były jej słowa, była zwykłym sarkazmem. Im dłużej jednak jej monolog trwał, tym więcej wyłapywał w nim wewnętrznych sprzeczności, co dodawało mu trochę autentyczności. Głupia pizda pierdoliła, bez wątpienia, ale w jakim celu? - Zapamiętam na przyszłość, że preferuje Pani czystą-przezroczystą wódeczkę...
Dostrzegł zmianę na jej twarzy, gdy spojrzała na jego dłonie. Jak na komendę rozprostował palce, pozwalając słońcu polizać chłód srebra i platyny. Obrączka skryta między orlim okiem a ciężkim onyksem zaiskrzyła przyśniedziałym złotem.
- Że jest Pani gorącą entuzjastką destylatu dziewiczej kobiecości. - Znacznie więcej cisnęło mu się na język, ale powstrzymały go mrzonki o chłodnym profesjonalizmie.
Puzderko ze spękanej kości słoniowej stuknęło o niemal pusty, drewniany stolik. Było niewielkie, grawerowane kwiatowym wzorem i obite zzieleniałym brązem. Nonszalancko przesunął je pod ręce zastępczyni szefa Departamentu Skarbu.
- Podobno nie ma na świecie nic słodszego od wspomnień - zaczął, odczekawszy chwilę, aby dać Anastazji szansę na otworzenie prezentu. Wewnątrz puzderka na czarnym aksamicie drzemał świeżo wypolerowany naszyjnik. - Szafir cejloński, małe diamenty i srebro. Nie byłby imponujący, gdyby nie jego historia. To pamiątka upadłego rodu Rathbone. Kojarzysz ich? Dwieście lat temu trzymali połowę Liverpoolu za mordę. Dorobili się na handlu morskim tak bardzo, że nikt ich nie powstrzymywał przed mieszaniem się w mugolskie konflikty. Setki tysięcy współczesnych galeonów rozpuścili na walkę z niewolnictwem i propagowanie powszechności wyborów. Wciąż nie mogę uwierzyć, że ród, który deklarował absolutne oddanie polityce wolnego handlu, postanowił doprowadzić się do ruiny w tak idiotyczny sposób.
Powolnie, spokojnie pociągnął dym z papierosa, którego gorejący koniec aż zaskwierczał żałośnie.
- Spotkałem niedawno ostatniego dziedzica Rathbone. Ma teraz osiemdziesiąt sześć lat, jego żona - siedemdziesiąt cztery. Pięćdziesiąt trzy lata temu podarował jej ten naszyjnik. Na zaręczyny. Gdy zajmowałem ich majątek, aż nie mogłem uwierzyć, że tyle czasu wytrwali przy sobie. Że żadne z nich dotąd nie zachorowało w tej biedzie. Tacy zgarbieni, tacy wykręceni, same kości i obwisła skóra. Ale kochali się. Kochają się wciąż. Może i stracili wszystkie pieniądze, dach nad głową, ale na co im to? Wszystko dobrze się skończyło, w końcu do śmierci będą mieli siebie nawzajem.