09.09.2025, 11:41 ✶
Na parkiecie z Electrą -> przy barze, obok Philomeny, Desmonda, Nory i Erika.
Zaśmiał się cicho, z satysfakcją. Electra łapała oddech, wspierała się na nim i nie kryła tego, że jego dzisiejsze występy na scenie i poza nią robią na niej wrażenie.
Kręciło go to.
W przypływie czułości chwycił jej dłoń i przycisnął koniuszki palców do ust.
- Wrócę do ciebie - obiecał gorąco i pozwolił przyjaciółce odejść.
Sam zszedł z parkietu spragniony - całkiem przyziemnie - czegoś, co nie byłoby szampanem, ale wciąż nadawałoby się do picia. Ruszył do baru, po drodze mijając się z odchodzącymi Anthonym i Elliottem Malfoyem. Zajął miejsce między znajdującymi się tam czarodziejami, Desmondem, Erikiem Longbottomem z partnerką i starszą panią Mulciber.
Oh.
Planował wmieszać się w to towarzystwo u boku Roberta, który znał je lepiej, ale nie pomyślał o tym podchodząc i teraz już nie wypadało się wycofać. Posłał kuzynowi szybkie, zaalarmowane spojrzenie - proszę Robert spójrz na mnie, spójrz na mnie! - i na wszelki wypadek przywołał na twarz czarujący uśmiech.
- Dobry wieczór - przywitał się uprzejmie z grupą Philomeny - Mam nadzieję, że dobrze się bawicie - bardziej stwierdził, niż zapytał, a barmana poprosił:
- Coś bezalkoholowego poproszę.
Mimo wszystko sięgnął po kolejny kieliszek szampana z tacy, przecież zawsze powinien być gotowy na ewentualne toasty. Bawiąc się nim, czekał na swój napój i po kolei badał wzrokiem twarze obecnych. Czy byli poruszeni? Zachwyceni? Pełni niesmaku? Znudzeni? To by było najgorsze.
Zerknął na stół dla VIPów - jego ojciec był pogrążony w rozmowie z Anemone Selwyn. Hannibal zrobił mentalną notatkę, żeby podejść i kupić cegiełkę. Teatr to nie byli tylko dysponujący rodzinnym majątkiem Selwyni, nie tylko rozpoznawalni muzycy. Tę konstelację oprócz najjaśniejszych gwiazd tworzyły też rzesze mniej lub bardziej widzialnych i niewidzialnych pracowników. Baldwin, który martwił się, że jak staną przedstawienia, to nie będzie miał z czego opłacić czynszu. Pracownicy techniczni, którzy pożyczali po Spalonej Nocy teatralne narzędzia, żeby załatać dziury we własnych dachach. Garderobiana, która tymczasowo musiała zamieszkać u surowej pani portier. Druga garderobiana, która miała rodzinę, a której nazwisko widniało na tablicy w holu. Wśród innych poległych.
Zgromadzona tego wieczoru śmietanka towarzyska z samym Hannibalem włącznie, nie myślała o nich, ale wpłacała datki właśnie na nich.
Nie mógł zbyt długo oddawać się melancholii - raz, że to źle robiło na atmosferę w towarzystwie, a dwa, że w ogóle nie był w nastroju. Napił się odruchowo szampana, a potem - z rozsądku - popił go solidnie wodą.
- Czy słyszałem słowa uznania naszej dzisiejszej pracy? - zwrócił wielkie, czarne oczy na Philomenę - Proszę, niech pani nie pozwoli mi ich przeoczyć!
Żadnych politycznych dyskusji na bankiecie, Hannibalu! - upomniał go ojciec przed premierą - Zwłaszcza z Mulciberami! Są zbyt ważni, żebyś ich antagonizował.
Hannibal mógł przewracać oczami na te słowa, ale teraz, między Longbottomem, Malfoyem i Mulciber… zamierzał być wprost obrzydliwie ostrożny. Jonathan, Robert i Anthony byliby z niego dumni.
Zaśmiał się cicho, z satysfakcją. Electra łapała oddech, wspierała się na nim i nie kryła tego, że jego dzisiejsze występy na scenie i poza nią robią na niej wrażenie.
Kręciło go to.
W przypływie czułości chwycił jej dłoń i przycisnął koniuszki palców do ust.
- Wrócę do ciebie - obiecał gorąco i pozwolił przyjaciółce odejść.
Sam zszedł z parkietu spragniony - całkiem przyziemnie - czegoś, co nie byłoby szampanem, ale wciąż nadawałoby się do picia. Ruszył do baru, po drodze mijając się z odchodzącymi Anthonym i Elliottem Malfoyem. Zajął miejsce między znajdującymi się tam czarodziejami, Desmondem, Erikiem Longbottomem z partnerką i starszą panią Mulciber.
Oh.
Planował wmieszać się w to towarzystwo u boku Roberta, który znał je lepiej, ale nie pomyślał o tym podchodząc i teraz już nie wypadało się wycofać. Posłał kuzynowi szybkie, zaalarmowane spojrzenie - proszę Robert spójrz na mnie, spójrz na mnie! - i na wszelki wypadek przywołał na twarz czarujący uśmiech.
- Dobry wieczór - przywitał się uprzejmie z grupą Philomeny - Mam nadzieję, że dobrze się bawicie - bardziej stwierdził, niż zapytał, a barmana poprosił:
- Coś bezalkoholowego poproszę.
Mimo wszystko sięgnął po kolejny kieliszek szampana z tacy, przecież zawsze powinien być gotowy na ewentualne toasty. Bawiąc się nim, czekał na swój napój i po kolei badał wzrokiem twarze obecnych. Czy byli poruszeni? Zachwyceni? Pełni niesmaku? Znudzeni? To by było najgorsze.
Zerknął na stół dla VIPów - jego ojciec był pogrążony w rozmowie z Anemone Selwyn. Hannibal zrobił mentalną notatkę, żeby podejść i kupić cegiełkę. Teatr to nie byli tylko dysponujący rodzinnym majątkiem Selwyni, nie tylko rozpoznawalni muzycy. Tę konstelację oprócz najjaśniejszych gwiazd tworzyły też rzesze mniej lub bardziej widzialnych i niewidzialnych pracowników. Baldwin, który martwił się, że jak staną przedstawienia, to nie będzie miał z czego opłacić czynszu. Pracownicy techniczni, którzy pożyczali po Spalonej Nocy teatralne narzędzia, żeby załatać dziury we własnych dachach. Garderobiana, która tymczasowo musiała zamieszkać u surowej pani portier. Druga garderobiana, która miała rodzinę, a której nazwisko widniało na tablicy w holu. Wśród innych poległych.
Zgromadzona tego wieczoru śmietanka towarzyska z samym Hannibalem włącznie, nie myślała o nich, ale wpłacała datki właśnie na nich.
Nie mógł zbyt długo oddawać się melancholii - raz, że to źle robiło na atmosferę w towarzystwie, a dwa, że w ogóle nie był w nastroju. Napił się odruchowo szampana, a potem - z rozsądku - popił go solidnie wodą.
- Czy słyszałem słowa uznania naszej dzisiejszej pracy? - zwrócił wielkie, czarne oczy na Philomenę - Proszę, niech pani nie pozwoli mi ich przeoczyć!
Żadnych politycznych dyskusji na bankiecie, Hannibalu! - upomniał go ojciec przed premierą - Zwłaszcza z Mulciberami! Są zbyt ważni, żebyś ich antagonizował.
Hannibal mógł przewracać oczami na te słowa, ale teraz, między Longbottomem, Malfoyem i Mulciber… zamierzał być wprost obrzydliwie ostrożny. Jonathan, Robert i Anthony byliby z niego dumni.