09.09.2025, 18:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.11.2025, 11:33 przez Anthony Shafiq.)
Anthony milczał.
Właściwie to nie, ale tak mu się zdawało.
Czasem się uśmiechał kiedy Jonathan coś mówił, czasem prychał z niedowierzaniem, czasem kręcił głową na boki, że może coś i by powiedział, że się nie zgadza, ale po co w ogóle się odzywać skoro...
...a przecież ze sobą rozmawiali.
Przecież tu przyszedł.
Przecież wszystko było dobrze.
Dopiero gdy Robert zaczął mówić, to Shafiq zaczął się mu wcinać, mruczał jednak raczej pod nosem swe słowa aprobaty bądź rozwinięcia.
- O tak... zakochanie i zdolności kognitywne w oczywisty sposób się wykluczają... - Wciągnął głębiej powietrze, ale w pore się opamiętał i bardzo, bardzo powoli i równie bezgłośnie zaczął je wypuszczać. - Nie tylko małżeństwa się sypią z różnych powodów. - Czemu czuł taką gorycz na ustach. Czemu nagle ten przeklęty sufit przylepił jego oczy, mimo że obraz nieco mrowił. A nie. To on zapomniał mrugać. Pomrugał więc trochę by nawilżyć spojówki. - Małżeństwo posiada mit, w którego rdzeniu znajduje się przekonanie, że... że skoro raz się sobie obieca, to jest na zawsze. Ale każdy ogród pozbawiony troskliwej i wrażliwej ręki usycha. A ogród związku wymaga dwóch rąk. Znaczy... czterech... - nieco się pogubił, z resztą kogo on będzie o czym uczyć, skoro jego żona leżała w grobie od dwudziestu lat.
Byli bardzo zgranym małżeństwem, absolutnie w sobie nigdy zakochanym. Ona spędzała mile czas w ramionach jego asystentki, on płakał mile na grobie pierwszej... nie... drugiej miłości. Na grobie pierwszej - mimo wszystko na szczęście! - nie musiał jeszcze przelewać swoich łez.
Szczęśliwa zmiana tematu.
- Tak to marynarka... - zaczął się odwracać ku swojej szklance, która gdzieś zniknęła mu z zasięgu,, bo dobrze byłoby się napić, zająć usta czymś innym niż mówieniem, kiedy to zdecydowanie szkodziło mu znacząco.
Czemu właściwie tu przyszedł?
Ach tak. Chciał porozmawiać z Jonathanem.
W końcu rozmawiali.
... nad jego kryształem znajdował się wygięty w dziwnej pozie rozchełstany najmłodszy uczestnik zabawy. Brwi Anthony'ego bardzo, bardzo, bardzo powoli poszybowały do góry w niemym pytaniu. Zastygł jednak, w bezruchu. Całkiem bezruchowym bezruchu zważywszy na ilość procentów płynących w jego błękitnych żyłach.
- ... od Rosierów. - dokończył, gdy prośba o ciastka już padła z ust młokosa, nawet głową skinął tam gdzie ciastka leżały.
Shafiq nie myślał zbyt wiele. To znaczy - myślał stanowczo zbyt wiele, ale w tamtym momencie po prostu wyciągnął po paterę dłoń, nie odwracając wzroku od aktora, który zdecydownaie z ciałem potrafił zrobić bardzo dużo interesujących rzeczy. A że był znany z rozmachu, nie zamierzał przyciągac tu tranlokacją jednego ciastka. Zamierzał ściągnąć je wszystkie.
Translokacja II na popisywanie się przed Selwynem, bezróżdzkowa oczywiście
Słodkości zatem zaczęły lecieć w ich strone, zatrzymując się życzliwie przed twarzą Hannibala, a co ważniejsze przed linią za którą stała szklanka. Anthony pozwolił sobie na rozleniwiony uśmiech.
- Merci - odpowiedział tylko, po czym sięgnął dłonią po szkło. Ciąg przyczynowo zasadny oraz ogólne zasady wszechświata oczywiście podziałały i skoro stracił uwagę oraz zainteresowanie ciastkami, to te powędrowały ku przeznaczeniu zwanym grawitacją. Sam zainteresowany zaś bimbając bezczelnie nogą zwieszoną z oparcia, skupił się na swojej szklance i złocistym, śmierdzącym wędzarnią trunku. Ciężkim i wgryzającym się w nos jak nadmiar jego myśli.
Właściwie to nie, ale tak mu się zdawało.
Czasem się uśmiechał kiedy Jonathan coś mówił, czasem prychał z niedowierzaniem, czasem kręcił głową na boki, że może coś i by powiedział, że się nie zgadza, ale po co w ogóle się odzywać skoro...
...a przecież ze sobą rozmawiali.
Przecież tu przyszedł.
Przecież wszystko było dobrze.
Dopiero gdy Robert zaczął mówić, to Shafiq zaczął się mu wcinać, mruczał jednak raczej pod nosem swe słowa aprobaty bądź rozwinięcia.
- O tak... zakochanie i zdolności kognitywne w oczywisty sposób się wykluczają... - Wciągnął głębiej powietrze, ale w pore się opamiętał i bardzo, bardzo powoli i równie bezgłośnie zaczął je wypuszczać. - Nie tylko małżeństwa się sypią z różnych powodów. - Czemu czuł taką gorycz na ustach. Czemu nagle ten przeklęty sufit przylepił jego oczy, mimo że obraz nieco mrowił. A nie. To on zapomniał mrugać. Pomrugał więc trochę by nawilżyć spojówki. - Małżeństwo posiada mit, w którego rdzeniu znajduje się przekonanie, że... że skoro raz się sobie obieca, to jest na zawsze. Ale każdy ogród pozbawiony troskliwej i wrażliwej ręki usycha. A ogród związku wymaga dwóch rąk. Znaczy... czterech... - nieco się pogubił, z resztą kogo on będzie o czym uczyć, skoro jego żona leżała w grobie od dwudziestu lat.
Byli bardzo zgranym małżeństwem, absolutnie w sobie nigdy zakochanym. Ona spędzała mile czas w ramionach jego asystentki, on płakał mile na grobie pierwszej... nie... drugiej miłości. Na grobie pierwszej - mimo wszystko na szczęście! - nie musiał jeszcze przelewać swoich łez.
Szczęśliwa zmiana tematu.
- Tak to marynarka... - zaczął się odwracać ku swojej szklance, która gdzieś zniknęła mu z zasięgu,, bo dobrze byłoby się napić, zająć usta czymś innym niż mówieniem, kiedy to zdecydowanie szkodziło mu znacząco.
Czemu właściwie tu przyszedł?
Ach tak. Chciał porozmawiać z Jonathanem.
W końcu rozmawiali.
... nad jego kryształem znajdował się wygięty w dziwnej pozie rozchełstany najmłodszy uczestnik zabawy. Brwi Anthony'ego bardzo, bardzo, bardzo powoli poszybowały do góry w niemym pytaniu. Zastygł jednak, w bezruchu. Całkiem bezruchowym bezruchu zważywszy na ilość procentów płynących w jego błękitnych żyłach.
- ... od Rosierów. - dokończył, gdy prośba o ciastka już padła z ust młokosa, nawet głową skinął tam gdzie ciastka leżały.
Shafiq nie myślał zbyt wiele. To znaczy - myślał stanowczo zbyt wiele, ale w tamtym momencie po prostu wyciągnął po paterę dłoń, nie odwracając wzroku od aktora, który zdecydownaie z ciałem potrafił zrobić bardzo dużo interesujących rzeczy. A że był znany z rozmachu, nie zamierzał przyciągac tu tranlokacją jednego ciastka. Zamierzał ściągnąć je wszystkie.
Translokacja II na popisywanie się przed Selwynem, bezróżdzkowa oczywiście
Rzut N 1d100 - 85
Sukces!
Sukces!
Słodkości zatem zaczęły lecieć w ich strone, zatrzymując się życzliwie przed twarzą Hannibala, a co ważniejsze przed linią za którą stała szklanka. Anthony pozwolił sobie na rozleniwiony uśmiech.
- Merci - odpowiedział tylko, po czym sięgnął dłonią po szkło. Ciąg przyczynowo zasadny oraz ogólne zasady wszechświata oczywiście podziałały i skoro stracił uwagę oraz zainteresowanie ciastkami, to te powędrowały ku przeznaczeniu zwanym grawitacją. Sam zainteresowany zaś bimbając bezczelnie nogą zwieszoną z oparcia, skupił się na swojej szklance i złocistym, śmierdzącym wędzarnią trunku. Ciężkim i wgryzającym się w nos jak nadmiar jego myśli.