10.09.2025, 10:04 ✶
Mimo upływu lat i mimowolnie nabywanego doświadczenia, w dalszym ciągu nie mógł powiedzieć, by całkowicie znał się na łowieckich zwyczajach. Być może był cholernie pewny siebie, jednakże nie zwykł memłać językiem i przechwalać się na tematy, w których ktoś inny mógłby lekką ręką go zdyskredytować. To bez wątpienia był jeden z nich. Nawet jeśli Ambroise nie był już aż tak wielkim ignorantem jak dekadę wcześniej, wciąż nie uważał się za kogoś, kto rozumiał każdy aspekt mentalności ludzi z tego grona zawodowego. Ba, ogółem wcale nie zmienił swojego pierwotnego zdania na ich temat. Mógł szczerze kochać pewną łowczą, ale...
...cholera, byli niereformowalni, naprawdę. Pryzmat, przez który patrzyli był zaiste wyjątkowy. Starał się go szanować, ale niekoniecznie uważał, że jest go w stanie zawsze rozumieć. Tak było i miało być. Najważniejsze, że w innych aspektach byli wyjątkowo zgodni z Geraldine.
Nie było najmniejszego problemu z tym, gdzie mieli zamieszkać. No, przynajmniej w teorii, bowiem nie mieli jeszcze okazji skupić się na faktycznych poszukiwaniach idealnego domu, a sytuacja po pożarach Londynu i okolic mogła wyglądać dosyć skomplikowanie. Ostatecznie nie mieli mieć jednak zbyt odrębnych lub całkowicie wykluczających się oczekiwań, to akurat jak najbardziej zdążyli ustalić. Potrzebowali dużych połaci terenu na stajnie i szklarnie, wygodnego domu, ewidentnie mającego pomieścić więcej osób niż wstępnie planowali. I jezioro, nie staw, jezioro. Na tyle głębokie, by mogło tam mieszkać coś, co miało zadowolić ich oboje. Z tym, że w jego wypadku miały to być ryby i rośliny wodne. A u Geraldine?
No cóż. Nie zamierzał stawiać twardych granic tam, gdzie wiedział, że narzeczona i tak je przepchnie, gdy będzie to dla niej wygodne. Po prostu pokręcił głową, wzdychając pod nosem, ale wyjątkowo nie wywracając oczami. Chciała liczyć na kelpie? Miała liczyć na kelpie. Nawet jeśli on sam wolałby liczyć na to, że żadna się tam nie znajdzie.
- Tylko ty mogłabyś nie nazwać tego miejsca wielkim - skwitował z lekkim rozbawieniem, bo choć dla niego również nie był to aż taki kawał ziemi, wciąż nie dało się ukryć, że mieszkanie w Snowdonii było czymś innym niż zamieszkiwanie w mieście albo na przedmieściach.
To był całkiem spory kawał chaty, nie mówiąc już o przynależnych terenach zielonych. Po prawdzie mówiąc, Roise nigdy nie dopytywał, gdzie kończyły się oficjalne włości Yaxleyów a gdzie zaczynała się dzika natura. Nie czuł takiej potrzeby. Dla niego było raczej dosyć jasne, że tak jak w przypadku Kniei i Greengrassów, tak i tutaj Yaxleyowie z pewnością monitorowali okoliczną głuszę. Czy była ona ich prawnie? A jeśli tak, to w jakiej części? Nie wiedział, ale uznawał, że jeśli chcieliby skorzystać z jej ukształtowania, niechybnie mogliby to zrobić. To nie tak, że sąsiedzi mieliby wnieść skargę.
Głęboko zaciągnął powietrze przez nos, kiwając głową i wypuszczając dziewczynę z objęć, choć nie przyszło mu to tak łatwo jak mogłoby się zdawać. Naprawdę potrzebował włożyć w to całą swoją wewnętrzną siłę, bo w innym wypadku niechybnie podjąłby szereg satysfakcjonujących, ale niekoniecznie sprzyjających powrotowi do Exmoor decyzji. A Rina nie chciała zostawać tu na noc. Rozumiał jej obiekcje, mieliby wtedy kolejny wyjęty z życia dzień, na co nie chcieli sobie pozwolić, ale jednocześnie...
...cholera, trudno mu było nie być zawiedzionym obrotem spraw, który wymagał od niego trzymania łap przy sobie i kiwnięcia głową.
- Dobrze. Zbierajmy się - przytaknął, przepuszczając dziewczynę przed nim, po czym rzeczywiście podejmując wszystkie kolejne kroki, aby mogli opuścić Snowdonię.
W końcu mieli ku temu wymówkę, czyż nie? Chyba pierwszy raz posłużyło za nią zbliżające się wesele.
...cholera, byli niereformowalni, naprawdę. Pryzmat, przez który patrzyli był zaiste wyjątkowy. Starał się go szanować, ale niekoniecznie uważał, że jest go w stanie zawsze rozumieć. Tak było i miało być. Najważniejsze, że w innych aspektach byli wyjątkowo zgodni z Geraldine.
Nie było najmniejszego problemu z tym, gdzie mieli zamieszkać. No, przynajmniej w teorii, bowiem nie mieli jeszcze okazji skupić się na faktycznych poszukiwaniach idealnego domu, a sytuacja po pożarach Londynu i okolic mogła wyglądać dosyć skomplikowanie. Ostatecznie nie mieli mieć jednak zbyt odrębnych lub całkowicie wykluczających się oczekiwań, to akurat jak najbardziej zdążyli ustalić. Potrzebowali dużych połaci terenu na stajnie i szklarnie, wygodnego domu, ewidentnie mającego pomieścić więcej osób niż wstępnie planowali. I jezioro, nie staw, jezioro. Na tyle głębokie, by mogło tam mieszkać coś, co miało zadowolić ich oboje. Z tym, że w jego wypadku miały to być ryby i rośliny wodne. A u Geraldine?
No cóż. Nie zamierzał stawiać twardych granic tam, gdzie wiedział, że narzeczona i tak je przepchnie, gdy będzie to dla niej wygodne. Po prostu pokręcił głową, wzdychając pod nosem, ale wyjątkowo nie wywracając oczami. Chciała liczyć na kelpie? Miała liczyć na kelpie. Nawet jeśli on sam wolałby liczyć na to, że żadna się tam nie znajdzie.
- Tylko ty mogłabyś nie nazwać tego miejsca wielkim - skwitował z lekkim rozbawieniem, bo choć dla niego również nie był to aż taki kawał ziemi, wciąż nie dało się ukryć, że mieszkanie w Snowdonii było czymś innym niż zamieszkiwanie w mieście albo na przedmieściach.
To był całkiem spory kawał chaty, nie mówiąc już o przynależnych terenach zielonych. Po prawdzie mówiąc, Roise nigdy nie dopytywał, gdzie kończyły się oficjalne włości Yaxleyów a gdzie zaczynała się dzika natura. Nie czuł takiej potrzeby. Dla niego było raczej dosyć jasne, że tak jak w przypadku Kniei i Greengrassów, tak i tutaj Yaxleyowie z pewnością monitorowali okoliczną głuszę. Czy była ona ich prawnie? A jeśli tak, to w jakiej części? Nie wiedział, ale uznawał, że jeśli chcieliby skorzystać z jej ukształtowania, niechybnie mogliby to zrobić. To nie tak, że sąsiedzi mieliby wnieść skargę.
Głęboko zaciągnął powietrze przez nos, kiwając głową i wypuszczając dziewczynę z objęć, choć nie przyszło mu to tak łatwo jak mogłoby się zdawać. Naprawdę potrzebował włożyć w to całą swoją wewnętrzną siłę, bo w innym wypadku niechybnie podjąłby szereg satysfakcjonujących, ale niekoniecznie sprzyjających powrotowi do Exmoor decyzji. A Rina nie chciała zostawać tu na noc. Rozumiał jej obiekcje, mieliby wtedy kolejny wyjęty z życia dzień, na co nie chcieli sobie pozwolić, ale jednocześnie...
...cholera, trudno mu było nie być zawiedzionym obrotem spraw, który wymagał od niego trzymania łap przy sobie i kiwnięcia głową.
- Dobrze. Zbierajmy się - przytaknął, przepuszczając dziewczynę przed nim, po czym rzeczywiście podejmując wszystkie kolejne kroki, aby mogli opuścić Snowdonię.
W końcu mieli ku temu wymówkę, czyż nie? Chyba pierwszy raz posłużyło za nią zbliżające się wesele.
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down