10.09.2025, 15:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2025, 20:09 przez Helloise Rowle.)
Jasne, zastanówmy się na moment, czy to rozsądne wpuszczać do swojego domu zbrodniarza. Chwila… wpuścił się sam. Nie wyprosiła go, ale — zakładając oczywiście, że mamy do czynienia z istotą racjonalną — jaki był wybór? Poznała jego twarz i poznała jego śmierciożerczy sekret. Z tą wiedzą stanęła przed wyborem: być mu przyjacielem czy być mu kimś wybitnie niewygodnym. Być kimś niewygodnym zbrodniarzowi — niezbyt rozsądna droga, co? twoja stara metagaming
Chwała niech jednak będzie człowiekowi nieracjonalnemu! Człowiekowi, którego ciekawość przekracza granice tego, co obrzydliwe i przerażające. Helloise nie miała jeszcze czasu pomyśleć o tym, czy morderca przypadkiem nie postanowi z niej uczynić ofiary kolejnej swojej zbrodni, mimo że jakiś czas wcześniej przechwalał się tym, jakież to niecne występki mógłby wobec niej przedsięwziąć. Czuła strach po wdychaniu mroźnych oparów kniejowej grozy, czuła odrazę do bluźnierczo zimnego ciała — a jednocześnie to nieznane, niebezpieczne terytorium pociągało ją do zrobienia jeszcze kilku kroków w głąb makabrycznie fascynującej krainy mroku i diabłów.
Nie była przecież zła — umiała utrzymać równowagę pomiędzy złem a dobrem… tak? Taki był przywilej bogów, aby obdzielać sprawiedliwie karą i nagrodą. W rękach człowieka być może nazywa się to zepsucie, być może obłęd. Oto dwie twarze jednego bóstwa — strach i miłosierdzie. Przed jedną błagało się o litość, przed drugą błagało się o łaski. Jedna twarz, która przemocą wyrywała z człowieka słabości, i druga twarz, przed którą człowiek wywlekał je z siebie dobrowolnie. Helloise nie miała predyspozycji do roli podłego skurwysyna, który terroryzuje ulice przemocą, a na którego widok żołądek wykręca się ze strachu na lewą stronę. Ani nie imponowała posturą, ani nie była zbyt zdolna w magii ofensywnej. Jeśli chciała aspirować do karykaturalnie ułomnej, ludzkiej gry w boskość, musiała sprawić, aby odsłonienie się przed nią kusiło obietnicą słodkiej nagrody. Podobno cnoty są przebranymi przywarami, podobno człowiek słucha jednego popędu: egoizmu, ale po cóż by niszczyć w ten sposób tak piękny wizerunek dobrodziejki, odsłaniając jej rogi i zakamuflowany polnym zielem swąd smoczej siarki?
Gdy Louvain złapał ją, w pierwszym odruchu szarpnęła się, w drugim: pozwoliła mu na to. Nie podobało jej się, jak blisko znalazł się w niekontrolowany sposób; że nie siedział grzecznie pod tymi drzwiami skulony jak wypłoszony kundel, którego mogła sobie pogłaskać. Zamiast tego zakosztował jej własnego strachu, który od razu spróbowała przypudrować złością — złość była godniejsza od strachu i najłatwiej ze wszystkich emocji się przez niego przebijała. Złość na twarzy czarownicy pozostała wymownie niema. Ledwie Louvain odebrał od niej wino, Helloise schowała ręce za plecami.
— Ty oddałeś bardzo dużą część, nie cząstkę, jeśli mnie zapytasz — mruknęła oschle, po czym podniosła własną szklankę, w której błyskały zielone refleksy. Patrzyła, jak Lestrange napawa się widokiem zmaltretowanej postaci na etykiecie. W kącikach jej własnych ust zaplamionych na sinobordowo od wypitego wcześniej wina zatańczył niemrawy uśmiech, który urósł do rozbawionego parsknięcia, gdy czarownica poczęstowana została kolejnym wyświechtanym aforyzmem. — Śmierć dla romantyków. — Napiła się tuż za nim, niby pieczętując niewypowiedziany toast. — To nie jest coś, na co się pozwala. O taką śmierć warto się modlić.
Może i potrzebowała taniej propagandy dla straceńców. Całe jej życie było hymnem pochwalnym na cześć straceńców, którzy żyli tym, co kochali. Bez szkoły, bez porządnej pracy, bez pozycji, bez ładnego domu, ładnego męża, ładnych dzieci. Mogła mieć to wszystko bez trudu; nie była brzydka, a z nazwiskiem wystarczyłoby tej urody do jakiegoś przyzwoitego, bezpiecznego małżeństwa. W przypływie niepohamowanej nastoletniej zuchwałości odrzuciła opcję takiego życia, podeptała gniewnie swoje szanse na karierę czystokrwistej damy i wymieniła komforty na rozciągnięcie do granic możliwości swojej osobistej swobody, którą nosiła z dumą większą niż nosiłaby ministeriale tytuły czy nazwisko jakiegokolwiek męża. Żyła z dnia na dzień, dla samej siebie. Znikała i pojawiała się, kiedy sobie zamarzyła. Nie dzieliła z nikim na stałe przestrzeni, na nikogo się nie oglądała. Cieszyła się sama i sama cierpiała. Słodko-gorzki sen straceńca.
Wyciągnięta przez Louvaina różdżka wzbudziła w Helloise więcej zainteresowania niż to, co miał jej do pokazania. Pozbierała i odsunęła na bok strach, gniew oraz zmęczenie, skupiła całą uwagę na tym narzędziu, przez które przepływała wszelka magiczna siła Lestrange’a. Oglądając jego różdżkę, mogła dowiedzieć się nieco więcej o nim, bez zbliżania się do zimnej kreatury, jaką się stał. Tym razem to ona naruszyła jego przestrzeń osobistą — gdy zgasło ostatnie zaklęcie, zahaczyła palcem o różdżkę i uniosła ją nieco wyżej, aby zidentyfikować drewno.
— Hikora. Nieugięty. Wytrwały. Może jednak lojalny sługa… — W zamyśleniu przeciągnęła palcami po różdżce, próbując spojrzeniem wwiercić się pod dłoń czarodzieja skrywającą rzeźbioną rączkę. Chciała zapamiętać tę różdżkę na wypadek, gdyby kiedyś zobaczyła ją przy którymś z zamaskowanych sług Czarnego Pana, podczas kolejnego ataku czy przy kolejnej prośbie. Helloise lubiła wiedzieć, z kim ma do czynienia, a śmierciożercze kostiumy irytująco skutecznie kryły tożsamości. — Zależy od tego, czego chcesz… co chcesz z tym buchorożcem zrobić… pionku. — Wyjątkowo ubawiona jego samoidentyfikacją, trąciła zaczepnie czubek różdżki, zanim zajrzała do podstawionej jej skrzyneczki. Nie ona użyła tego słowa: pionek. Nazwała go jedynie figurką, nie przypisała mu roli na szachownicy. Tę wybrał sobie sam. — Mordować ludzi? — Wyjęła fiolkę i obejrzała ją pod światło, jak wcześniej on oceniał wino. — Na polu walki czy w zamachu? A może chcesz sforsować mury jakiejś twierdzy? — Nie wydawała się szczególnie zaangażowana emocjonalnie w to, że pytał ją o stworzenie czegoś, co mogło mieć tylko jedną funkcję: niszczyć. Czy życia, czy domy, czy infrastrukturę. Bez znaczenia.
Chwała niech jednak będzie człowiekowi nieracjonalnemu! Człowiekowi, którego ciekawość przekracza granice tego, co obrzydliwe i przerażające. Helloise nie miała jeszcze czasu pomyśleć o tym, czy morderca przypadkiem nie postanowi z niej uczynić ofiary kolejnej swojej zbrodni, mimo że jakiś czas wcześniej przechwalał się tym, jakież to niecne występki mógłby wobec niej przedsięwziąć. Czuła strach po wdychaniu mroźnych oparów kniejowej grozy, czuła odrazę do bluźnierczo zimnego ciała — a jednocześnie to nieznane, niebezpieczne terytorium pociągało ją do zrobienia jeszcze kilku kroków w głąb makabrycznie fascynującej krainy mroku i diabłów.
Nie była przecież zła — umiała utrzymać równowagę pomiędzy złem a dobrem… tak? Taki był przywilej bogów, aby obdzielać sprawiedliwie karą i nagrodą. W rękach człowieka być może nazywa się to zepsucie, być może obłęd. Oto dwie twarze jednego bóstwa — strach i miłosierdzie. Przed jedną błagało się o litość, przed drugą błagało się o łaski. Jedna twarz, która przemocą wyrywała z człowieka słabości, i druga twarz, przed którą człowiek wywlekał je z siebie dobrowolnie. Helloise nie miała predyspozycji do roli podłego skurwysyna, który terroryzuje ulice przemocą, a na którego widok żołądek wykręca się ze strachu na lewą stronę. Ani nie imponowała posturą, ani nie była zbyt zdolna w magii ofensywnej. Jeśli chciała aspirować do karykaturalnie ułomnej, ludzkiej gry w boskość, musiała sprawić, aby odsłonienie się przed nią kusiło obietnicą słodkiej nagrody. Podobno cnoty są przebranymi przywarami, podobno człowiek słucha jednego popędu: egoizmu, ale po cóż by niszczyć w ten sposób tak piękny wizerunek dobrodziejki, odsłaniając jej rogi i zakamuflowany polnym zielem swąd smoczej siarki?
Gdy Louvain złapał ją, w pierwszym odruchu szarpnęła się, w drugim: pozwoliła mu na to. Nie podobało jej się, jak blisko znalazł się w niekontrolowany sposób; że nie siedział grzecznie pod tymi drzwiami skulony jak wypłoszony kundel, którego mogła sobie pogłaskać. Zamiast tego zakosztował jej własnego strachu, który od razu spróbowała przypudrować złością — złość była godniejsza od strachu i najłatwiej ze wszystkich emocji się przez niego przebijała. Złość na twarzy czarownicy pozostała wymownie niema. Ledwie Louvain odebrał od niej wino, Helloise schowała ręce za plecami.
— Ty oddałeś bardzo dużą część, nie cząstkę, jeśli mnie zapytasz — mruknęła oschle, po czym podniosła własną szklankę, w której błyskały zielone refleksy. Patrzyła, jak Lestrange napawa się widokiem zmaltretowanej postaci na etykiecie. W kącikach jej własnych ust zaplamionych na sinobordowo od wypitego wcześniej wina zatańczył niemrawy uśmiech, który urósł do rozbawionego parsknięcia, gdy czarownica poczęstowana została kolejnym wyświechtanym aforyzmem. — Śmierć dla romantyków. — Napiła się tuż za nim, niby pieczętując niewypowiedziany toast. — To nie jest coś, na co się pozwala. O taką śmierć warto się modlić.
Może i potrzebowała taniej propagandy dla straceńców. Całe jej życie było hymnem pochwalnym na cześć straceńców, którzy żyli tym, co kochali. Bez szkoły, bez porządnej pracy, bez pozycji, bez ładnego domu, ładnego męża, ładnych dzieci. Mogła mieć to wszystko bez trudu; nie była brzydka, a z nazwiskiem wystarczyłoby tej urody do jakiegoś przyzwoitego, bezpiecznego małżeństwa. W przypływie niepohamowanej nastoletniej zuchwałości odrzuciła opcję takiego życia, podeptała gniewnie swoje szanse na karierę czystokrwistej damy i wymieniła komforty na rozciągnięcie do granic możliwości swojej osobistej swobody, którą nosiła z dumą większą niż nosiłaby ministeriale tytuły czy nazwisko jakiegokolwiek męża. Żyła z dnia na dzień, dla samej siebie. Znikała i pojawiała się, kiedy sobie zamarzyła. Nie dzieliła z nikim na stałe przestrzeni, na nikogo się nie oglądała. Cieszyła się sama i sama cierpiała. Słodko-gorzki sen straceńca.
Wyciągnięta przez Louvaina różdżka wzbudziła w Helloise więcej zainteresowania niż to, co miał jej do pokazania. Pozbierała i odsunęła na bok strach, gniew oraz zmęczenie, skupiła całą uwagę na tym narzędziu, przez które przepływała wszelka magiczna siła Lestrange’a. Oglądając jego różdżkę, mogła dowiedzieć się nieco więcej o nim, bez zbliżania się do zimnej kreatury, jaką się stał. Tym razem to ona naruszyła jego przestrzeń osobistą — gdy zgasło ostatnie zaklęcie, zahaczyła palcem o różdżkę i uniosła ją nieco wyżej, aby zidentyfikować drewno.
— Hikora. Nieugięty. Wytrwały. Może jednak lojalny sługa… — W zamyśleniu przeciągnęła palcami po różdżce, próbując spojrzeniem wwiercić się pod dłoń czarodzieja skrywającą rzeźbioną rączkę. Chciała zapamiętać tę różdżkę na wypadek, gdyby kiedyś zobaczyła ją przy którymś z zamaskowanych sług Czarnego Pana, podczas kolejnego ataku czy przy kolejnej prośbie. Helloise lubiła wiedzieć, z kim ma do czynienia, a śmierciożercze kostiumy irytująco skutecznie kryły tożsamości. — Zależy od tego, czego chcesz… co chcesz z tym buchorożcem zrobić… pionku. — Wyjątkowo ubawiona jego samoidentyfikacją, trąciła zaczepnie czubek różdżki, zanim zajrzała do podstawionej jej skrzyneczki. Nie ona użyła tego słowa: pionek. Nazwała go jedynie figurką, nie przypisała mu roli na szachownicy. Tę wybrał sobie sam. — Mordować ludzi? — Wyjęła fiolkę i obejrzała ją pod światło, jak wcześniej on oceniał wino. — Na polu walki czy w zamachu? A może chcesz sforsować mury jakiejś twierdzy? — Nie wydawała się szczególnie zaangażowana emocjonalnie w to, że pytał ją o stworzenie czegoś, co mogło mieć tylko jedną funkcję: niszczyć. Czy życia, czy domy, czy infrastrukturę. Bez znaczenia.
dotknij trawy