11.09.2025, 10:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.09.2025, 10:21 przez Anthony Shafiq.)
Och! Jakże to było wybornie zabawne! Jakże trafne! Jakże soczyste! Zestawienia obok siebie przez Jonathana miłości i ugryzienia doprowadzało Anthony'ego do białej gorączki, a cały wypity dotąd trunek podszedł mu do gardła. Ze wszystkich rzeczy, które mógł teraz powiedzieć! Miłość potrafiła czasem ugryźć. MIŁOŚĆ. Najchętniej roztrzaskałby tę pieprzoną szklankę o te pieprzone obrazy i teleportował się w miejsce możliwie odległe od tego pieprzonego miejsca, ale jego stan bardzo wyraźnie wskazywał, że raczej rozbicie wewnętrzne po teleportacji byłoby również rozbiciem całkiem zewnętrznym. Resztkami rozsądku odpuścił takie działanie.
Ale też nie komentował, zaciskając uporczywie usta. Dlatego milczał, jak czarna dziura, jak wściekły kamień, posąg, którego tylko kostki bielały coraz bardziej. Cóż za absurdalny temat, cóż za absurdalna sytuacja, cóż za absurdalny Jonathan, który ponoć chciał, żeby było między nimi dobrze! Jak mógł się na to nabrać, jak mógł zaufać gładkim słowom zastępcy, jego złudnie troskliwemu spojrzeniu zbitego gryfońskiego szczeniaczka ukrytego w dwumetrowym, doskonałym opakowaniu. Nikt nigdy go tak nie drażnił, nie irytował, nie wyprowadzał z równowagi jak Jonathan właśnie, który najprawdopodobniej nawet nie miał świadomości co w ogóle teraz wyprawiał.
– Och tak, mówienie swoim przyjaciołom na temat swoich wybranków zdecydowanie ogranicza szansę na wystąpienie później znaczących komplikacji w życiu. – Wycedził, jakże zgadzając się z Jonathanem, który przecież absolutnie nie stosował się do swoich złocistych porad, tak ochoczo sprzedawanych w kuzynowskim gronie.
Właściwie, po co Anthony tu przyszedł?
Wypił całą pieprzoną zawartość pieprzonej szklanki, skrzywił się niemiłosiernie bo trunek był tak zacny co wgryzający się w podniebienie, po czym zwyczajem odłożył kryształ na podłogę. Tylko, że teraz nie było tam pustej przestrzeni, a siedzące chłopie, z zaciekawieniem łypiące na niego swoimi ciemnymi ślepiami.
– Mam nadzieję, że zabrałeś ze sobą butelkę młokosie... – Wytrzymał kontakt wzrokowy. Wytrzymał fakt, że chyba przedramieniem zmierzwił mu fryzurę, a teraz w pewien sposób jego ręka z pustą szklanką położona była asymetrycznie na torsie towarzysza. Wytrzymał nawet to, że dziedzic Selwynów ostentacyjnie dał do zrozumienia, że nie robi mu płeć partnera kogokolwiek z zebranych. Być może jemu również nie robi. To nowe pokolenie...
Westchnął ciężko i przekrzywił głowę, próbując ułożyć się inaczej na fotelu, próbując znaleźć temat inny niż podgryzająca shafiq'ową spokojność wielka kurwa francuska miłość jego byłego przyjaciela.
– No przecież już siedzę! – odburknął w stronę Roberta, który z niewiadomych powodów zaczął na nich gdakać ze swojej grzędy. – Tak Cię wzięło mój drogi na wróżenie? Nie wiem czy pamiętam te symbole z fusów, to była zawsze domena Somni... ale co mi tam, rozlewajcie te fusy do filiżanek. – Tak! Tam właśnie powinien iść dzisiaj, wcale nie tu! Wypłakać się w rękaw Morpheusowi i pić tak długo aż skończą się i łzy i trunek. Chociaż może nie, choć może ten by go zrugał znowu za tchórzostwo i mazgajenie się bez powodu. Ech, jak żyć...? Znikąd pociechy.
Kiedy szklanka ponownie była pełna, zabrał rękę i już, już miał topić swoje małe antoniuszowe smutki dalej, kiedy gnany nagłą, bardzo niemądrą myślą, zwrócił się bezpośrednio do gwiazdy teatru The Globe, a dziś wieczorem do ich osobistego podczaszego.
– Tak w ogóle... czy używając tej Waszej selwynowskiej szafeczki, jesteś w stanie mieć wilkołacze uszy? Albo... albo wąską pionową linię zamiast okrągłej źrenicy? – Intrygujące zagadnienie, prawda? Powiedziane może nieco głośniej niż dotychczasowe słowa. Być może.
Ale też nie komentował, zaciskając uporczywie usta. Dlatego milczał, jak czarna dziura, jak wściekły kamień, posąg, którego tylko kostki bielały coraz bardziej. Cóż za absurdalny temat, cóż za absurdalna sytuacja, cóż za absurdalny Jonathan, który ponoć chciał, żeby było między nimi dobrze! Jak mógł się na to nabrać, jak mógł zaufać gładkim słowom zastępcy, jego złudnie troskliwemu spojrzeniu zbitego gryfońskiego szczeniaczka ukrytego w dwumetrowym, doskonałym opakowaniu. Nikt nigdy go tak nie drażnił, nie irytował, nie wyprowadzał z równowagi jak Jonathan właśnie, który najprawdopodobniej nawet nie miał świadomości co w ogóle teraz wyprawiał.
– Och tak, mówienie swoim przyjaciołom na temat swoich wybranków zdecydowanie ogranicza szansę na wystąpienie później znaczących komplikacji w życiu. – Wycedził, jakże zgadzając się z Jonathanem, który przecież absolutnie nie stosował się do swoich złocistych porad, tak ochoczo sprzedawanych w kuzynowskim gronie.
Właściwie, po co Anthony tu przyszedł?
Wypił całą pieprzoną zawartość pieprzonej szklanki, skrzywił się niemiłosiernie bo trunek był tak zacny co wgryzający się w podniebienie, po czym zwyczajem odłożył kryształ na podłogę. Tylko, że teraz nie było tam pustej przestrzeni, a siedzące chłopie, z zaciekawieniem łypiące na niego swoimi ciemnymi ślepiami.
– Mam nadzieję, że zabrałeś ze sobą butelkę młokosie... – Wytrzymał kontakt wzrokowy. Wytrzymał fakt, że chyba przedramieniem zmierzwił mu fryzurę, a teraz w pewien sposób jego ręka z pustą szklanką położona była asymetrycznie na torsie towarzysza. Wytrzymał nawet to, że dziedzic Selwynów ostentacyjnie dał do zrozumienia, że nie robi mu płeć partnera kogokolwiek z zebranych. Być może jemu również nie robi. To nowe pokolenie...
Westchnął ciężko i przekrzywił głowę, próbując ułożyć się inaczej na fotelu, próbując znaleźć temat inny niż podgryzająca shafiq'ową spokojność wielka kurwa francuska miłość jego byłego przyjaciela.
– No przecież już siedzę! – odburknął w stronę Roberta, który z niewiadomych powodów zaczął na nich gdakać ze swojej grzędy. – Tak Cię wzięło mój drogi na wróżenie? Nie wiem czy pamiętam te symbole z fusów, to była zawsze domena Somni... ale co mi tam, rozlewajcie te fusy do filiżanek. – Tak! Tam właśnie powinien iść dzisiaj, wcale nie tu! Wypłakać się w rękaw Morpheusowi i pić tak długo aż skończą się i łzy i trunek. Chociaż może nie, choć może ten by go zrugał znowu za tchórzostwo i mazgajenie się bez powodu. Ech, jak żyć...? Znikąd pociechy.
Kiedy szklanka ponownie była pełna, zabrał rękę i już, już miał topić swoje małe antoniuszowe smutki dalej, kiedy gnany nagłą, bardzo niemądrą myślą, zwrócił się bezpośrednio do gwiazdy teatru The Globe, a dziś wieczorem do ich osobistego podczaszego.
– Tak w ogóle... czy używając tej Waszej selwynowskiej szafeczki, jesteś w stanie mieć wilkołacze uszy? Albo... albo wąską pionową linię zamiast okrągłej źrenicy? – Intrygujące zagadnienie, prawda? Powiedziane może nieco głośniej niż dotychczasowe słowa. Być może.