12.09.2025, 22:05 ✶
Mogli być już martwi.
Czy chciałby umrzeć, myśląc o ironii tegoż umierania, że ledwie miesiąc temu walczyli z pożarem, żeby teraz zabiło ich zimno? Leżący metr, dwa od siebie, zagubieni w śnieżycy, ostatecznie pozbawieni wsparcia, ostatecznie pozbawieni siebie nawzajem. Ostatecznie.
Wzdrygnął się, a potem jeszcze podskoczył, może nieco zbyt szybko obracając się do Jonathana i patrząc to na sweter to za niego.
– Kolor… nieważny. Jesteśmy tu tylko dziś. Dam… dam sobie radę. Ale… mmm… herbata. Dobry pomysł. Poproś o Tee mit Schuss, albo Tee mit Kirschlikör. I… i może coś słodkiego? – Pamiętał o strucli, ale wątpił, żeby wystarczyła. Z drugiej strony wiedział że tutaj jedzenie będzie obrzydliwie tłuste i nie zamierzał nawet ryzykować. A zdawało mu się, że był głodny.
Zacisnął dłonie na swetrze z nieobecnym wyrazie twarzy.
Był wygłodniały.
Odwrócił głowę i skupil na kominku, w końcu dostał jakieś zadanie, choć i tak wewnętrznie umierał z rozgoryczenia, że znów wychodzi na jakąś damę w opresji. Nic dziwnego, że Jonathan uważał go za pozbawionego siły sprawczej. Nieprzydatnego. Z drugiej strony - ciężko było nie mieć tego poczucia - wiedział że Jonathan sobie poradzi, że przy nim mógł właśnie odpuścić sobie, mógł odpocząć. Palce poruszyły się trochę, wsuwając głębiej w wełniane sploty. Nie powiedział już nic. Nie spojrzał na niego, gdy Selwyn wyszedł, ale nagle poczuł, że może z siebie wypuścić powietrze.
Zaraz potem zaś przykucnął i bardzo metodycznie zaczał translokować węgielki z kosza do kominka. Jeden po drugim, aby nie ubrudzić sobie rąk.
Gdy Jonathan wrócił Anthony był już przebrany. Buty i spodnie zamienił na kapcie i jedwabny dół od piżamy. Na górze otulał go miekko zielony sweter. Mężczyzna ustawił jedyne krzesło przed kominkiem i z uwagą wpatrywał się w ogień, usiłując ukształtować go i wzmocnić magią, ale szło mu opornie.
– Mam wrażenie, że wszystko ze mnie uszło przy próbach teleportacji… – poskarżył się Jonathanowi płaczliwie, zapominając na moment, że przecież opierali całą swoją relacje na kłamstwie i nie powinien pozwalać sobie na takie otwarte przyznawanie się do słabości. Fanty przyniesione przez Selwyna pachniały jednak tak, że żołądek zwyciężył znerwicowane serce i pociągnął uwagą całego ciała do drugiego mężczyzny. Zwłaszcza do tego co miał w
rękach.
Czy chciałby umrzeć, myśląc o ironii tegoż umierania, że ledwie miesiąc temu walczyli z pożarem, żeby teraz zabiło ich zimno? Leżący metr, dwa od siebie, zagubieni w śnieżycy, ostatecznie pozbawieni wsparcia, ostatecznie pozbawieni siebie nawzajem. Ostatecznie.
Wzdrygnął się, a potem jeszcze podskoczył, może nieco zbyt szybko obracając się do Jonathana i patrząc to na sweter to za niego.
– Kolor… nieważny. Jesteśmy tu tylko dziś. Dam… dam sobie radę. Ale… mmm… herbata. Dobry pomysł. Poproś o Tee mit Schuss, albo Tee mit Kirschlikör. I… i może coś słodkiego? – Pamiętał o strucli, ale wątpił, żeby wystarczyła. Z drugiej strony wiedział że tutaj jedzenie będzie obrzydliwie tłuste i nie zamierzał nawet ryzykować. A zdawało mu się, że był głodny.
Zacisnął dłonie na swetrze z nieobecnym wyrazie twarzy.
Był wygłodniały.
Odwrócił głowę i skupil na kominku, w końcu dostał jakieś zadanie, choć i tak wewnętrznie umierał z rozgoryczenia, że znów wychodzi na jakąś damę w opresji. Nic dziwnego, że Jonathan uważał go za pozbawionego siły sprawczej. Nieprzydatnego. Z drugiej strony - ciężko było nie mieć tego poczucia - wiedział że Jonathan sobie poradzi, że przy nim mógł właśnie odpuścić sobie, mógł odpocząć. Palce poruszyły się trochę, wsuwając głębiej w wełniane sploty. Nie powiedział już nic. Nie spojrzał na niego, gdy Selwyn wyszedł, ale nagle poczuł, że może z siebie wypuścić powietrze.
Zaraz potem zaś przykucnął i bardzo metodycznie zaczał translokować węgielki z kosza do kominka. Jeden po drugim, aby nie ubrudzić sobie rąk.
Gdy Jonathan wrócił Anthony był już przebrany. Buty i spodnie zamienił na kapcie i jedwabny dół od piżamy. Na górze otulał go miekko zielony sweter. Mężczyzna ustawił jedyne krzesło przed kominkiem i z uwagą wpatrywał się w ogień, usiłując ukształtować go i wzmocnić magią, ale szło mu opornie.
– Mam wrażenie, że wszystko ze mnie uszło przy próbach teleportacji… – poskarżył się Jonathanowi płaczliwie, zapominając na moment, że przecież opierali całą swoją relacje na kłamstwie i nie powinien pozwalać sobie na takie otwarte przyznawanie się do słabości. Fanty przyniesione przez Selwyna pachniały jednak tak, że żołądek zwyciężył znerwicowane serce i pociągnął uwagą całego ciała do drugiego mężczyzny. Zwłaszcza do tego co miał w
rękach.