19.02.2023, 20:23 ✶
Nie mogła zasnąć. Zamykała oczy i od razu widziała twarz Rogera – przeraźliwie bladą z krwią ociekającą mu z kącików ust, gdy tylko szczerzył zęby, ukazując swoje kły. Wiedziała, że ta wizja pojawiała się w jej głowie za sprawą Cody’ego, którego właśnie to spotkało. Nic nie mogła jednak poradzić na to, że obawiała się powrotu męża z martwych: nie dlatego, że tego nie chciała, a bardziej bo nie życzyła mu takiego losu. Niech spoczywa w spokoju, gdziekolwiek został pogrzebany.
Pojawiła się w bibliotece na chwilę przed świtem, sądząc, że zastanie przed wejściem przyjaciela poszukującego schronienia przed promieniami słonecznymi, a jednocześnie zajęcia w postaci dostępu do niemal nieskończonej ilości książek. Myliła się jednak, gdyż nie zastała nigdzie Brandona. Oznaczało to, że nie musiała skupiać się na nadpobudliwym wampirze, mając kilka godzin dla siebie, nim pojawią się pozostali pracownicy i jej teściowa, obejmująca jedno z wyższych stanowisk w Maeve od niepamiętnych lat. Piastowała ten urząd jeszcze w chwili, gdy Rhea pracowała dla Ministerstwa Magii, kontaktując się w jego imieniu z zagranicznymi politykami i kontrahentami. Wszystko dzięki umiejętności rozumienia wielu języków i posługiwania się nimi. Shafiqowie mieli niebywały talent do porozumiewania się z obcokrajowcami i odczytywania tekstów innych kultur i kobieta była naprawdę wdzięczna ojcu, że nakazywał jej pielęgnować ten dar nawet w momentach młodzieńczego buntu.
Kusiło ją przejrzenie dalszego ciągu dzieła Chiary d’Urso, które tłumaczyła dla Brenny Longbottom, ale ostatecznie odpuściła, przypominając sobie, jaki bałagan zostawili przed paroma dniami urzędnicy Brygady Uderzeniowej, gdy przeglądali wszystkie zebrane przez nią traktaty i teksty naukowe na temat anomalii magicznych w kontekście teleportacji i zaniku mocy.
Westchnęła bezgłośnie, kierując różdżką dziesiątki książek między regały. Nie zawsze jednak ufała swoim zaklęciom, by zostawić tomiszcza samym sobie. Potrafiły zająć pierwsze lepsze miejsce na regale, mimo że miały z góry przypisane to, w którym powinny były się znaleźć. Wędrowała więc za każdą książką, upewniając się, że trafi w odpowiednie miejsce. Pozwalało jej to przy okazji przyglądać się tym, które pojawiły się w niedawnym czasie i uczyć tego, gdzie można je znaleźć.
Nawet nie spostrzegła, ile czasu minęło jej na tym zajęciu. Poprawiła jeden z wielu złotych pierścionków na palcu, by czerwony kamień znalazł się na widoku. Zdołał się przekręcić, gdy niosła kilka ze zwojów pergaminu, aby umieścić je w pobliskim wiklinowym koszu. Nie wszystkie dzieła ze zbiorów Maeve funkcjonowały w formie kodeksów.
Gdy tylko się odwróciła, praktycznie podskoczyła w miejscu, widząc stojącego nieopodal mężczyznę, którego ani kroków, ani głosu nie słyszała, zbyt zajęta własną biżuterią. Ich spojrzenia się spotkały, więc skinęła mu głową w formie powitania. Gdyby tylko się przyjrzał, mógł dostrzec przypiętą do jej ciemnej, typowej dla pracowników biblioteki, szaty niewielką plakietkę z jej imieniem i dopiskiem: nie mówię. Wymóg narzucony przez panią Parkinson, gdy słyszała zbyt wiele skarg na trudność w komunikacji z jej synową. Rhea nie miała wpływu na to, że utraciła głos i jej teściowa – na szczęście – to rozumiała, ignorując uwagi natrętów. Sięgnęła do kieszeni po kawałek pergaminu, który przygotowała sobie wiele tygodni wcześniej. Stał się już postrzępiony w kilku miejscach, co oznaczało, że będzie potrzebowała w najbliższym czasie kolejnego. Zbliżyła się do przybysza i wyciągnęła w jego kierunku kartkę, na której eleganckim pismem było wypisane jedno pytanie: Czy mogę w czymś pomóc?
Pojawiła się w bibliotece na chwilę przed świtem, sądząc, że zastanie przed wejściem przyjaciela poszukującego schronienia przed promieniami słonecznymi, a jednocześnie zajęcia w postaci dostępu do niemal nieskończonej ilości książek. Myliła się jednak, gdyż nie zastała nigdzie Brandona. Oznaczało to, że nie musiała skupiać się na nadpobudliwym wampirze, mając kilka godzin dla siebie, nim pojawią się pozostali pracownicy i jej teściowa, obejmująca jedno z wyższych stanowisk w Maeve od niepamiętnych lat. Piastowała ten urząd jeszcze w chwili, gdy Rhea pracowała dla Ministerstwa Magii, kontaktując się w jego imieniu z zagranicznymi politykami i kontrahentami. Wszystko dzięki umiejętności rozumienia wielu języków i posługiwania się nimi. Shafiqowie mieli niebywały talent do porozumiewania się z obcokrajowcami i odczytywania tekstów innych kultur i kobieta była naprawdę wdzięczna ojcu, że nakazywał jej pielęgnować ten dar nawet w momentach młodzieńczego buntu.
Kusiło ją przejrzenie dalszego ciągu dzieła Chiary d’Urso, które tłumaczyła dla Brenny Longbottom, ale ostatecznie odpuściła, przypominając sobie, jaki bałagan zostawili przed paroma dniami urzędnicy Brygady Uderzeniowej, gdy przeglądali wszystkie zebrane przez nią traktaty i teksty naukowe na temat anomalii magicznych w kontekście teleportacji i zaniku mocy.
Westchnęła bezgłośnie, kierując różdżką dziesiątki książek między regały. Nie zawsze jednak ufała swoim zaklęciom, by zostawić tomiszcza samym sobie. Potrafiły zająć pierwsze lepsze miejsce na regale, mimo że miały z góry przypisane to, w którym powinny były się znaleźć. Wędrowała więc za każdą książką, upewniając się, że trafi w odpowiednie miejsce. Pozwalało jej to przy okazji przyglądać się tym, które pojawiły się w niedawnym czasie i uczyć tego, gdzie można je znaleźć.
Nawet nie spostrzegła, ile czasu minęło jej na tym zajęciu. Poprawiła jeden z wielu złotych pierścionków na palcu, by czerwony kamień znalazł się na widoku. Zdołał się przekręcić, gdy niosła kilka ze zwojów pergaminu, aby umieścić je w pobliskim wiklinowym koszu. Nie wszystkie dzieła ze zbiorów Maeve funkcjonowały w formie kodeksów.
Gdy tylko się odwróciła, praktycznie podskoczyła w miejscu, widząc stojącego nieopodal mężczyznę, którego ani kroków, ani głosu nie słyszała, zbyt zajęta własną biżuterią. Ich spojrzenia się spotkały, więc skinęła mu głową w formie powitania. Gdyby tylko się przyjrzał, mógł dostrzec przypiętą do jej ciemnej, typowej dla pracowników biblioteki, szaty niewielką plakietkę z jej imieniem i dopiskiem: nie mówię. Wymóg narzucony przez panią Parkinson, gdy słyszała zbyt wiele skarg na trudność w komunikacji z jej synową. Rhea nie miała wpływu na to, że utraciła głos i jej teściowa – na szczęście – to rozumiała, ignorując uwagi natrętów. Sięgnęła do kieszeni po kawałek pergaminu, który przygotowała sobie wiele tygodni wcześniej. Stał się już postrzępiony w kilku miejscach, co oznaczało, że będzie potrzebowała w najbliższym czasie kolejnego. Zbliżyła się do przybysza i wyciągnęła w jego kierunku kartkę, na której eleganckim pismem było wypisane jedno pytanie: Czy mogę w czymś pomóc?