13.09.2025, 22:44 ✶
Noc. Helloise zadarła głowę w górę — na nocne niebo. Kojący granat podziurawiony gwiazdami, szeroko otwarte matczyne oko księżyca. Bogini rozświetlała bezmiar czarnego kosmosu — dlaczego miałaby nie rozświetlić i jej? Helloise, okruszyna zamknięta w kilku krzywych, skórzasty worek na kości i mięso, paproch w porównaniu do nieskończoności wszechświata. Tak długo, jak była blisko Bogini, nie mogła zniknąć w mroku.
— Od tego są właśnie dłonie nocy. — Wzniosła ręce ku księżycowi, jakby chciała łapać jego blask w ramiona. — Koją. Regenerują. Odradzają. Napełniają energią.
Opuściła powieki, wsłuchana w ciszę. Mimo że Maida Vale znajdowało się tak blisko miasta, było teraz spokojniejsze niż Knieja. Pod Knieją zawładniętą widmami cisza smakowała inaczej: strachem. Róże — choć również budziły pewien niepokój — nie były aż tak agresywne.
Obchodziła się z tą ciszą z szacunkiem. W milczeniu patrzyła, jak Gabriel podmienia kartę; nie próbowała rozszyfrować jego sztuczki. Coś we wróżbitach budziło w niej zawsze pokraczny respekt, a za wróżbitę właśnie wzięła owego mężczyznę z dziwną talią i zdolnymi palcami. Próbowała odgadnąć, czy opowiada jej historię przeszłości, czy przyszłości. A może opowiadał ją tylko sobie. Ona była w tej scenie wyłącznie obserwatorem starającym się, aby nie zaburzyć cudzego momentu, nie odebrać mężczyźnie jego samotności.
Czarownica usiadła na oparciu kamiennej ławy. Zmaltretowane serce. Wygląda na zmęczone… A może to ona była zmęczona wszystkim i próbowała to samo widzieć w sercu. Dlaczego nie pomyślała o bólu tych cierni i noży? Gniło — było za późno na ból?
— Kiedy go znów zobaczysz? Twój ogród. — Odwróciła wzrok od karty, aby rozejrzeć się raz jeszcze po Maida Vale, odpływając myślami do swojej dziczy. Jej powrót nie miał daty. Czego szukała? Była zmęczona, ale nie tak zmęczona, aby odsłonić to przed byle kim i przyznać przypadkowemu mężczyźnie z ogrodu, że potrzebuje odpoczynku. Zamiast tego wystroiła się w uśmiech i grę, w której mogła zgubić prawdę. — Możemy się dowiedzieć, czego szukam. Gdzie kładę rękę, żeby wykraść ci swoją odpowiedź od losu? — Spojrzała wymownie na kartę, której reszty talii nie było w zasięgu wzroku. Gdzieś musiał ją chować.
— Od tego są właśnie dłonie nocy. — Wzniosła ręce ku księżycowi, jakby chciała łapać jego blask w ramiona. — Koją. Regenerują. Odradzają. Napełniają energią.
Opuściła powieki, wsłuchana w ciszę. Mimo że Maida Vale znajdowało się tak blisko miasta, było teraz spokojniejsze niż Knieja. Pod Knieją zawładniętą widmami cisza smakowała inaczej: strachem. Róże — choć również budziły pewien niepokój — nie były aż tak agresywne.
Obchodziła się z tą ciszą z szacunkiem. W milczeniu patrzyła, jak Gabriel podmienia kartę; nie próbowała rozszyfrować jego sztuczki. Coś we wróżbitach budziło w niej zawsze pokraczny respekt, a za wróżbitę właśnie wzięła owego mężczyznę z dziwną talią i zdolnymi palcami. Próbowała odgadnąć, czy opowiada jej historię przeszłości, czy przyszłości. A może opowiadał ją tylko sobie. Ona była w tej scenie wyłącznie obserwatorem starającym się, aby nie zaburzyć cudzego momentu, nie odebrać mężczyźnie jego samotności.
Czarownica usiadła na oparciu kamiennej ławy. Zmaltretowane serce. Wygląda na zmęczone… A może to ona była zmęczona wszystkim i próbowała to samo widzieć w sercu. Dlaczego nie pomyślała o bólu tych cierni i noży? Gniło — było za późno na ból?
— Kiedy go znów zobaczysz? Twój ogród. — Odwróciła wzrok od karty, aby rozejrzeć się raz jeszcze po Maida Vale, odpływając myślami do swojej dziczy. Jej powrót nie miał daty. Czego szukała? Była zmęczona, ale nie tak zmęczona, aby odsłonić to przed byle kim i przyznać przypadkowemu mężczyźnie z ogrodu, że potrzebuje odpoczynku. Zamiast tego wystroiła się w uśmiech i grę, w której mogła zgubić prawdę. — Możemy się dowiedzieć, czego szukam. Gdzie kładę rękę, żeby wykraść ci swoją odpowiedź od losu? — Spojrzała wymownie na kartę, której reszty talii nie było w zasięgu wzroku. Gdzieś musiał ją chować.
dotknij trawy