15.09.2025, 09:27 ✶
Patrz Anthony, radzę sobie, choć biuro jest puste bez Ciebie.
Patrz Anthony, zostałem ambasadorem, w końcu mamy szansę nosić te same insygnia.
Patrz Anthony, zarządzam biurem, gdy obmyślasz kolejne strategie.
Patrz Anthony, Kornwalia nie będzie już dla Ciebie problemem.
Patrz Anthony, znalazłem haka na starego zgreda Stingwinga.
Patrz Anthony gaszę pożary, ratuje ludzi.
Ale na to nie patrz.
Nie patrz na to, co jest dla mnie na prawdę ważne.
Teraz Anthony patrzył. Został dopuszczony do tych sekretów, trochę z musu, trochę przypadkiem. Patrzył i było mu…
…upił łyk, a przyjemne ciepło rozlało się momentalnie po ciele. Jonathan przykucnął przy kominku, ubrania napięły się na wysokiej męskiej sylwetce, twarz ściągnięta skupieniem szukała wewnętrznego płomienia po środku śnieżnej burzy.
Sączył słodką herbatę podlaną obficie alkoholem i w końcu uśmiechnął się, gdy jasny jęzor energii polizał palenisko rozpoczynając powolny proces spalania. Niektórzy bali się ognia po doświadczeniach Spalonej Nocy. Oni potrzebowali ciepła, tak bardzo potrzebowali się ogrzać po tej drodze przez białe piekło.
Czy ktoryś z nich nie powiedział, że prędzej piekło zamarznie niż coś nadkruszy ich przyjaźń? Jak zimno musiało być tam na dole? Czy tak jak lodowato było za oknem?
Blady uśmiech powędrował do Jonathana i nie zniknął, tak jak wyczarowane zarzewie płomienia utrzymało się na węglu, łapiąc ciąg w kominie.
– Jest wyśmienita. – odpowiedział zachrypnięty, upijając kolejny ożywiający łyk mugolskiego napitku. – Najlepsza jaką piłem. – dodał, zachecając go, by spróbował swojej porcji.
A potem przeniósł wzrok na zaczątek ognia i spoważniał. Wysunął przed siebie dłoń, opierając łokieć o kolana, w dziwacznej pozie, w szczątkach kontroli, w statecznym ale wciąż rozpaczliwym geście próbującym uchwycić własną energie i rozszerzyć ją, dopchać tym co pozostało w jego wewnętrznym magicznym źródle. Było prościej gdy ogień był, gdy nie trzeba było go tworzyć, a gdy wzmocnienie zadziałało, a języki na węglu wzrosły tańcząc radośnie wewnątrz kominka, zadowolony Anthony bardzo próbował nie doszukiwać się w tym coraz odważniejszym ogniu symboliki ich relacji.
– Teraz będzie więcej Hiszpanii i mniej Austrii. – blady uśmiech pozostał na twarzy, a policzki zaróżowiły się nieznacznie, jak gdyby Anthony mimo zmęczenia zdawał się nie nosić wcale czterech dekad na plecach a maksymalnie dwie. – Dziękuję Ci, tak było łatwiej mieć jakiś współudział. Jak ogień już był. – Odkaszlnął, interesując się nagle bardzo intensywnie przyprawami i cytrusami pływającymi w kubku. Przyjemny trzask i charakterystyczny zapach. Przyjemny. Ciepły. Bezpieczny. – Dobrze, że dostrzegłeś te światła. Mam wrażenie, że nie rozmawialibyśmy teraz gdyby… gdybyś ich nie zobaczył. Jakby nas przerzuciło pół mili wyżej. – Walczący z płomieniami, zginęli pod żarłoczną bielą. Poetyckie. Przytłaczające. Wypił jeszcze herbaty, czując jak wzmaga w nim religijny dreszcz, a modlitwa dziękczynna ciśnie się na usta. Nie podniósł głowy, ale pił napar jak lekarstwo na chłód i troski, na miniony lęk. – Nawet nie będziesz musiał dodawać nic tej nawałnicy jak opowiesz to pozostałym. Ja widziałem tylko biały chaos jak tam staliśmy – mówił dalej o wiele ciszej coś, co brzmiało najprawdopodobniej jak podziękowania. Najprawdopodobniej.
Patrz Anthony, zostałem ambasadorem, w końcu mamy szansę nosić te same insygnia.
Patrz Anthony, zarządzam biurem, gdy obmyślasz kolejne strategie.
Patrz Anthony, Kornwalia nie będzie już dla Ciebie problemem.
Patrz Anthony, znalazłem haka na starego zgreda Stingwinga.
Patrz Anthony gaszę pożary, ratuje ludzi.
Ale na to nie patrz.
Nie patrz na to, co jest dla mnie na prawdę ważne.
Teraz Anthony patrzył. Został dopuszczony do tych sekretów, trochę z musu, trochę przypadkiem. Patrzył i było mu…
…upił łyk, a przyjemne ciepło rozlało się momentalnie po ciele. Jonathan przykucnął przy kominku, ubrania napięły się na wysokiej męskiej sylwetce, twarz ściągnięta skupieniem szukała wewnętrznego płomienia po środku śnieżnej burzy.
Sączył słodką herbatę podlaną obficie alkoholem i w końcu uśmiechnął się, gdy jasny jęzor energii polizał palenisko rozpoczynając powolny proces spalania. Niektórzy bali się ognia po doświadczeniach Spalonej Nocy. Oni potrzebowali ciepła, tak bardzo potrzebowali się ogrzać po tej drodze przez białe piekło.
Czy ktoryś z nich nie powiedział, że prędzej piekło zamarznie niż coś nadkruszy ich przyjaźń? Jak zimno musiało być tam na dole? Czy tak jak lodowato było za oknem?
Blady uśmiech powędrował do Jonathana i nie zniknął, tak jak wyczarowane zarzewie płomienia utrzymało się na węglu, łapiąc ciąg w kominie.
– Jest wyśmienita. – odpowiedział zachrypnięty, upijając kolejny ożywiający łyk mugolskiego napitku. – Najlepsza jaką piłem. – dodał, zachecając go, by spróbował swojej porcji.
A potem przeniósł wzrok na zaczątek ognia i spoważniał. Wysunął przed siebie dłoń, opierając łokieć o kolana, w dziwacznej pozie, w szczątkach kontroli, w statecznym ale wciąż rozpaczliwym geście próbującym uchwycić własną energie i rozszerzyć ją, dopchać tym co pozostało w jego wewnętrznym magicznym źródle. Było prościej gdy ogień był, gdy nie trzeba było go tworzyć, a gdy wzmocnienie zadziałało, a języki na węglu wzrosły tańcząc radośnie wewnątrz kominka, zadowolony Anthony bardzo próbował nie doszukiwać się w tym coraz odważniejszym ogniu symboliki ich relacji.
– Teraz będzie więcej Hiszpanii i mniej Austrii. – blady uśmiech pozostał na twarzy, a policzki zaróżowiły się nieznacznie, jak gdyby Anthony mimo zmęczenia zdawał się nie nosić wcale czterech dekad na plecach a maksymalnie dwie. – Dziękuję Ci, tak było łatwiej mieć jakiś współudział. Jak ogień już był. – Odkaszlnął, interesując się nagle bardzo intensywnie przyprawami i cytrusami pływającymi w kubku. Przyjemny trzask i charakterystyczny zapach. Przyjemny. Ciepły. Bezpieczny. – Dobrze, że dostrzegłeś te światła. Mam wrażenie, że nie rozmawialibyśmy teraz gdyby… gdybyś ich nie zobaczył. Jakby nas przerzuciło pół mili wyżej. – Walczący z płomieniami, zginęli pod żarłoczną bielą. Poetyckie. Przytłaczające. Wypił jeszcze herbaty, czując jak wzmaga w nim religijny dreszcz, a modlitwa dziękczynna ciśnie się na usta. Nie podniósł głowy, ale pił napar jak lekarstwo na chłód i troski, na miniony lęk. – Nawet nie będziesz musiał dodawać nic tej nawałnicy jak opowiesz to pozostałym. Ja widziałem tylko biały chaos jak tam staliśmy – mówił dalej o wiele ciszej coś, co brzmiało najprawdopodobniej jak podziękowania. Najprawdopodobniej.