15.09.2025, 09:52 ✶
Anthony wiele by dał, żeby Jasper miał optymalne szanse do rozwinięcia swoich skrzydeł, lepsze niż te, które dawała mu posada pośród Goblinów. Wyjazdy. Stypendia. Szkolenia. Nawet protekcja rodu Shafiq, która może byłaby trudna do ugrania dla czarodzieja półkrwi, ale nie niemożliwa do osiągnięcia, podobnie jak przed laty udało mu się wepchnąć na odpowiednie tory rozwoju Figga.
Najstarszy z rodzeństwa był jednak podobnie uparty do pozostałej dwójki, a mężczyzna znając doskonale jego matkę w ogóle nie powinien być tym faktem zdziwiony. Z drugiej strony miał wrażenie, że w tej upartości dawane jest młodzieńcowi za dużo swobody. Margerita na przykład doskonale sobie radziła w wytyczonym zawczasu korycie rozwoju i Shafiq był niesamowicie dumny ze swojej chrześnicy oraz absolutnie ślepy na odstępstwa od wyidealizowanego obrazu dziewczęcia we własnej głowie. Radziła sobie wybornie. Teraz trzeba było wesprzeć Jaspera skoro jego własny ojciec chrzestny był po godzinach zajęty podjazdową wojenką.
Wspomnienie Jonathana ni jak nie odcisnęło się na jego twarzy jakimkolwiek grymasem. Godziny pracy w biurze zakończyły się i obiecał sobie solennie, że do końca dnia nie będzie tego dłużej rozdrapywał. Ostatecznie pogodzili się dwa dni temu. Przynajmniej nominalnie.
Anthony otoczył bankowego klątwołamacza ramieniem w ciepłym, rodzinnym geście.
– Wybornie. Będziesz miał coś przeciw, jeśli pan Lovegood przejdzie się z nami? To początki naszej współpracy i każda okazja, by lepiej się poznać jest na wagę złota, zwłaszcza w obliczu ogromu pracy. Wiesz, że już proponowałem Twojej ukochanej matce, że ściągnę do Waszej kamienicy sprawdzoną ekipę z Hiszpanii, ale zdawała się być bardzo opieszała w przyjęciu mojej oferty. Mam związane ręce, byłbyś w stanie może coś na to poradzić? – płynnie przeszedł do kolejnego tematu, kroki całej trójki nakierowując ku głównemu wyjściu, którego framuga również ucierpiała, ale oba skrzydła pozostały nienaruszone.
Weszli do rozległego atrium - holu, którego główną ozdobą była centralnie osadzona fontanna z olbrzymim wężem oplatającym złocistą kulę. Obecnie woda nie tryskała z niej zachęcająco, wręcz przeciwnie, ciecz znajdująca się w marmurowym basenie zdawała się czarna od sadzy i kurzy. Po domostwie hulał wiatr, wszędzie walało się szkło z przeszklonej południowej strony, która wychodziła na ogród. Choć nie widać tego było z poziomu parteru, gdy tylko weszli po schodach do góry, zobaczyli że korytarze zasłane są szkłem. Schody prowadziły do sali balowej (w zdecydowanie nie lepszym stanie), a ścieżka rozchodziła się do skrzydła wschodniego - przeznaczonego gościom i zachodniego, bardziej zindywidualizowanego, przeznaczonego prywatnym pokojom Anthony'ego, w którym korytarz zdobny był obficie w figury, rzeźby i inne artefakty dedykowane smokom. Brak było tylko obrazów, ale przy daltonizmie Shafiqa nie powinno to nikogo dziwić.
Tymczasem cała przeszklona ściana ciągnąca się od strony ogrodu nie istniała. Wszystkie framugi były zwęglone i nadkruszone. Roztaczający się widok na zdewastowane pawilony gościnne, osmolone rzeźby i wygięte karykaturalnie drzewka cyprysowe wzbudzał żałość, tak długo jak się nie pomyślało o tym, że inni mieli zdecydowanie gorzej. Jego domostwo stało i miało się całkiem nieźle. Mimo wszystko polityk pochylił się ze smutkiem nad figurką chińskiego smoka obecnie leżącą na siebie, poranioną przez ostre odłamki pękającej szyby.
Westchnął ciężko i gestem nakazał figurce uniesienie się z potrzaskanej szyby, aby dokonać jej inspekcji bez konieczności dotykania eksponatu.
– A miałem już zamówioną replikę dla Ciebie, żebyś nie była narażona na takie opowieści... – mówił tak, jakby wcześniej nie mówił wszystkim że to już jest replika. Niezręcznie byłoby przyznawać się zbyt otwarcie do swojego prywatnego muzeum. A też przejmował się głównie tą figurką. Pozostałe najwidoczniej nie były oryginalne.
Najstarszy z rodzeństwa był jednak podobnie uparty do pozostałej dwójki, a mężczyzna znając doskonale jego matkę w ogóle nie powinien być tym faktem zdziwiony. Z drugiej strony miał wrażenie, że w tej upartości dawane jest młodzieńcowi za dużo swobody. Margerita na przykład doskonale sobie radziła w wytyczonym zawczasu korycie rozwoju i Shafiq był niesamowicie dumny ze swojej chrześnicy oraz absolutnie ślepy na odstępstwa od wyidealizowanego obrazu dziewczęcia we własnej głowie. Radziła sobie wybornie. Teraz trzeba było wesprzeć Jaspera skoro jego własny ojciec chrzestny był po godzinach zajęty podjazdową wojenką.
Wspomnienie Jonathana ni jak nie odcisnęło się na jego twarzy jakimkolwiek grymasem. Godziny pracy w biurze zakończyły się i obiecał sobie solennie, że do końca dnia nie będzie tego dłużej rozdrapywał. Ostatecznie pogodzili się dwa dni temu. Przynajmniej nominalnie.
Anthony otoczył bankowego klątwołamacza ramieniem w ciepłym, rodzinnym geście.
– Wybornie. Będziesz miał coś przeciw, jeśli pan Lovegood przejdzie się z nami? To początki naszej współpracy i każda okazja, by lepiej się poznać jest na wagę złota, zwłaszcza w obliczu ogromu pracy. Wiesz, że już proponowałem Twojej ukochanej matce, że ściągnę do Waszej kamienicy sprawdzoną ekipę z Hiszpanii, ale zdawała się być bardzo opieszała w przyjęciu mojej oferty. Mam związane ręce, byłbyś w stanie może coś na to poradzić? – płynnie przeszedł do kolejnego tematu, kroki całej trójki nakierowując ku głównemu wyjściu, którego framuga również ucierpiała, ale oba skrzydła pozostały nienaruszone.
Weszli do rozległego atrium - holu, którego główną ozdobą była centralnie osadzona fontanna z olbrzymim wężem oplatającym złocistą kulę. Obecnie woda nie tryskała z niej zachęcająco, wręcz przeciwnie, ciecz znajdująca się w marmurowym basenie zdawała się czarna od sadzy i kurzy. Po domostwie hulał wiatr, wszędzie walało się szkło z przeszklonej południowej strony, która wychodziła na ogród. Choć nie widać tego było z poziomu parteru, gdy tylko weszli po schodach do góry, zobaczyli że korytarze zasłane są szkłem. Schody prowadziły do sali balowej (w zdecydowanie nie lepszym stanie), a ścieżka rozchodziła się do skrzydła wschodniego - przeznaczonego gościom i zachodniego, bardziej zindywidualizowanego, przeznaczonego prywatnym pokojom Anthony'ego, w którym korytarz zdobny był obficie w figury, rzeźby i inne artefakty dedykowane smokom. Brak było tylko obrazów, ale przy daltonizmie Shafiqa nie powinno to nikogo dziwić.
Tymczasem cała przeszklona ściana ciągnąca się od strony ogrodu nie istniała. Wszystkie framugi były zwęglone i nadkruszone. Roztaczający się widok na zdewastowane pawilony gościnne, osmolone rzeźby i wygięte karykaturalnie drzewka cyprysowe wzbudzał żałość, tak długo jak się nie pomyślało o tym, że inni mieli zdecydowanie gorzej. Jego domostwo stało i miało się całkiem nieźle. Mimo wszystko polityk pochylił się ze smutkiem nad figurką chińskiego smoka obecnie leżącą na siebie, poranioną przez ostre odłamki pękającej szyby.
Westchnął ciężko i gestem nakazał figurce uniesienie się z potrzaskanej szyby, aby dokonać jej inspekcji bez konieczności dotykania eksponatu.
– A miałem już zamówioną replikę dla Ciebie, żebyś nie była narażona na takie opowieści... – mówił tak, jakby wcześniej nie mówił wszystkim że to już jest replika. Niezręcznie byłoby przyznawać się zbyt otwarcie do swojego prywatnego muzeum. A też przejmował się głównie tą figurką. Pozostałe najwidoczniej nie były oryginalne.