15.09.2025, 13:09 ✶
Słowa Jonathana jakkolwiek miłe i krzepiące i - cóż - bardzo trudne do podważenia, sprawiły mu i tak ból swoim słodko-gorzkim posmakiem. Nie wyśmiał, nie odrzucił. Ale milczenie, które zapadło po słowach Selwyna było ciężkie, dojmujące smutkiem tego co wciąż…
A przecież ze sobą rozmawiali.
Przecież wszystko było między nimi dobrze.
Tylko, że wcale. Wszystko co niewypowiedziane, wszystko co stłamszone stawało się nieznośnym ciężarem w klatce piersiowej, którego nawet nie mógł rozluźnić alkohol ukryty w ciepłym herbacianym płaszczu.
Próbował chociaż opanować twarz gdy przytaknął mu skinieniem głowy, gdy rozpaczliwie chciał nie dać po sobie pokazać, że coś jest bardzo nie tak. Ale Jonathan znał go zbyt długo. Nie było szans by nie widział, jak opacznie działają na jego towarzysza komplementy, jak miłe słowa posypują solą niezagojoną ranę.
Teraz jesteśmy zgranym zespołem nie tylko w pracy.
Wypił wszystko, a ciasto odłożył na szafkę obok łóżka. Chociaż był przeraźliwie głodny, zdawał sobie sprawę, że nie przełknie nic. Kątem oka wyłapał jak wzrok towarzysza ześlizguje się po nim badawczo i ani o jotę nie pomogło mu w poradzeniu sobie z tą sytuacją. Nerwowo oblizał wargi, czując że policzki płoną mu i nie ważne czy to przez rozniecony płomień, przez alkohol czy przez… całą tą sytuację, skrzypiącego łóżka po środku absolutnie niczego.
Wiatr dął, a on oddałby połowę swojego majątku, żeby móc uciec z tej pułapki, żeby uciec nie tylko z zaśnieżonego domku, ale uciec z siebie, jak najdalej od swoich myśli, od lęków, od przekonań infekujących poczucie sprawczości i pewności siebie.
Ze wszystkich rzeczy, które mógł zrobić, pozostawało mu tylko zgaszenie światła i sen, który uniemożliwiłby im rozmowę. To znaczy… udawanie snu. Zapomniał swoich nasennych eliksirów, więc najprawopodobniej czekała go najtragiczniejsza noc w życiu.
– Mm… tak. Jest ciepło. Chyba się położę. To był długi wieczór. Zgasisz światło? – powiedział płasko kładąc się na możliwym skrajnym skraju ich łóżka, ułożony bokiem żeby zajmować jak najmniej miejsca, wyciągnięty jak tyczka, owinięty po uszy kołdrą na wypadek, gdyby i uszy zdradzały… to coś, co chodziło mu po głowie i nie chciało jej opuścić.
A przecież ze sobą rozmawiali.
Przecież wszystko było między nimi dobrze.
Tylko, że wcale. Wszystko co niewypowiedziane, wszystko co stłamszone stawało się nieznośnym ciężarem w klatce piersiowej, którego nawet nie mógł rozluźnić alkohol ukryty w ciepłym herbacianym płaszczu.
Próbował chociaż opanować twarz gdy przytaknął mu skinieniem głowy, gdy rozpaczliwie chciał nie dać po sobie pokazać, że coś jest bardzo nie tak. Ale Jonathan znał go zbyt długo. Nie było szans by nie widział, jak opacznie działają na jego towarzysza komplementy, jak miłe słowa posypują solą niezagojoną ranę.
Teraz jesteśmy zgranym zespołem nie tylko w pracy.
Wypił wszystko, a ciasto odłożył na szafkę obok łóżka. Chociaż był przeraźliwie głodny, zdawał sobie sprawę, że nie przełknie nic. Kątem oka wyłapał jak wzrok towarzysza ześlizguje się po nim badawczo i ani o jotę nie pomogło mu w poradzeniu sobie z tą sytuacją. Nerwowo oblizał wargi, czując że policzki płoną mu i nie ważne czy to przez rozniecony płomień, przez alkohol czy przez… całą tą sytuację, skrzypiącego łóżka po środku absolutnie niczego.
Wiatr dął, a on oddałby połowę swojego majątku, żeby móc uciec z tej pułapki, żeby uciec nie tylko z zaśnieżonego domku, ale uciec z siebie, jak najdalej od swoich myśli, od lęków, od przekonań infekujących poczucie sprawczości i pewności siebie.
Ze wszystkich rzeczy, które mógł zrobić, pozostawało mu tylko zgaszenie światła i sen, który uniemożliwiłby im rozmowę. To znaczy… udawanie snu. Zapomniał swoich nasennych eliksirów, więc najprawopodobniej czekała go najtragiczniejsza noc w życiu.
– Mm… tak. Jest ciepło. Chyba się położę. To był długi wieczór. Zgasisz światło? – powiedział płasko kładąc się na możliwym skrajnym skraju ich łóżka, ułożony bokiem żeby zajmować jak najmniej miejsca, wyciągnięty jak tyczka, owinięty po uszy kołdrą na wypadek, gdyby i uszy zdradzały… to coś, co chodziło mu po głowie i nie chciało jej opuścić.