15.09.2025, 13:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.10.2025, 15:09 przez Anthony Shafiq.)
Zasadniczo Anthony Shafiq nienawidził świąt.
Tegoroczne Mabon zapowiadało się jednak wybitnie i to nie ze względu na spopielenie przez grupę szaleńców połowy Anglii. Jego wybitnie troskliwy ojciec, wraz z niebywale zaaferowaną matką, postanowili osobiście odwieźć swoje wnuki, a dzieci Jackie do Anglii i postanowili - najprawdopodobniej gnani sentymentalizmem po śmierci swojego pierworodnego, spędzić dzisiejszą kolację razem z Anthonym i Jacqueline właśnie.
Trzynastoletni Anthony marzył, żeby zasłużyć na siedzenie przy wspólnym stole z wyniosłym ojcem i wymagającą matką.
Czterdziestotrzyletni Anthony był wściekły, że okoliczności zmuszają go do tego, aby to robił.
Dał pracownikom wolne w biurze od godziny dwunastej, aby nie musieć przerywać pasma swoich wzorcowych obecności w Gmachu Ministerstwa, nawet jeśli przez większość tego przymusowego czasu spędzanego w karnej ławce czyli przy biurku zajmował się opracowaniem skryptu do oklumencji lub nadzorowaniem działań w Dolinie. Przyjął zaproszenie na nocne Selwynów rozmowy od Jonathana z kwaśnym uśmiechem, który imitował minioną bezpowrotnie życzliwość i otwartość, jaką niegdyś czuł wobec przyjaciela.
Mógł zlecić odbiór rzeczy Lovegoodowi, ale dał nieszczęśnikowi przestrzeń, ten i tak musiał oswoić się z warunkami nowej pracy i zdecydowanie nienormowanym czasem tejże.
Dlatego przeszedł się sam na kiermasz na Pokątnej, nie przebierając się nawet z oficjalnej czarnej szaty noszącej insygnia Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, w którym służył od samego początku. Błękitny szal komplementował jego chłodne oczy i dość pobladłą skórę, cienie pod oczyma skutecznie były maskowane odpowiednio dobranym specyfikiem od Potterów. Oddychał spokojnie, przemieszczając się od zadania do zadania i rozpaczliwie nie myśląc o tym jaka rodzinna gehenna czeka go po zmroku. Odebrał świecę rytualną, dwa stroiki na ofiarę i na stół, a teraz zatrzymał się przed jednym ze stanowisk z zaciekawieniem przypatrując się wyłożonym płaszczom.
– Przepraszam, czy pani mogłaby mi powiedzieć... to jest szary, czy może jednak przybrudzony róż? Albo któryś z beży? – zagadnął stojącą obok kupującą, a gdy podniósł na nią swoje szare oczy zmarszczył na moment brwi w zastanowieniu. – Zaraz... czy mam przyjemność z córką Fridericka? – wspomniał pasera uczciwego sprzedawcę, z którym prowadził interesy przed... piętnastoma laty? Zdawało mu się, że jego żona Malena? odznaczała się podobnymi rysami co stojąca przed nim wiedźma.
Tegoroczne Mabon zapowiadało się jednak wybitnie i to nie ze względu na spopielenie przez grupę szaleńców połowy Anglii. Jego wybitnie troskliwy ojciec, wraz z niebywale zaaferowaną matką, postanowili osobiście odwieźć swoje wnuki, a dzieci Jackie do Anglii i postanowili - najprawdopodobniej gnani sentymentalizmem po śmierci swojego pierworodnego, spędzić dzisiejszą kolację razem z Anthonym i Jacqueline właśnie.
Trzynastoletni Anthony marzył, żeby zasłużyć na siedzenie przy wspólnym stole z wyniosłym ojcem i wymagającą matką.
Czterdziestotrzyletni Anthony był wściekły, że okoliczności zmuszają go do tego, aby to robił.
Dał pracownikom wolne w biurze od godziny dwunastej, aby nie musieć przerywać pasma swoich wzorcowych obecności w Gmachu Ministerstwa, nawet jeśli przez większość tego przymusowego czasu spędzanego w karnej ławce czyli przy biurku zajmował się opracowaniem skryptu do oklumencji lub nadzorowaniem działań w Dolinie. Przyjął zaproszenie na nocne Selwynów rozmowy od Jonathana z kwaśnym uśmiechem, który imitował minioną bezpowrotnie życzliwość i otwartość, jaką niegdyś czuł wobec przyjaciela.
Mógł zlecić odbiór rzeczy Lovegoodowi, ale dał nieszczęśnikowi przestrzeń, ten i tak musiał oswoić się z warunkami nowej pracy i zdecydowanie nienormowanym czasem tejże.
Dlatego przeszedł się sam na kiermasz na Pokątnej, nie przebierając się nawet z oficjalnej czarnej szaty noszącej insygnia Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, w którym służył od samego początku. Błękitny szal komplementował jego chłodne oczy i dość pobladłą skórę, cienie pod oczyma skutecznie były maskowane odpowiednio dobranym specyfikiem od Potterów. Oddychał spokojnie, przemieszczając się od zadania do zadania i rozpaczliwie nie myśląc o tym jaka rodzinna gehenna czeka go po zmroku. Odebrał świecę rytualną, dwa stroiki na ofiarę i na stół, a teraz zatrzymał się przed jednym ze stanowisk z zaciekawieniem przypatrując się wyłożonym płaszczom.
– Przepraszam, czy pani mogłaby mi powiedzieć... to jest szary, czy może jednak przybrudzony róż? Albo któryś z beży? – zagadnął stojącą obok kupującą, a gdy podniósł na nią swoje szare oczy zmarszczył na moment brwi w zastanowieniu. – Zaraz... czy mam przyjemność z córką Fridericka? – wspomniał pasera uczciwego sprzedawcę, z którym prowadził interesy przed... piętnastoma laty? Zdawało mu się, że jego żona Malena? odznaczała się podobnymi rysami co stojąca przed nim wiedźma.
Zawada: Daltonista