15.09.2025, 13:51 ✶
Słuchał uważnie, ale nie dawał po sobie poznać, że słowa Shafiqa robią na nim szczególne wrażenie, jedynie lekko zmrużył oczy, kiedy tamten wspomniał o raju i koegzystencji. Nie sposób było nie docenić tego, że Anthony trafnie nazwał Dolinę Arkadią, rajskim ogrodem, którego obraz tak mocno różnił się od obecnej rzeczywistości. Ambroise niemal bezwiednie uniósł kącik ust, gorzko, bo dla niego samego to, co miało być rajem, coraz częściej przypominało grób. A jednak...
...jakże trafne było to porównanie. Wydawało się, że Shafiq potrafił zobaczyć istotę problemu nie tracąc przy tym całej tej poetyki, na którą w dalszym ciągu zasługiwało to miejsce.
Greengrass wysłuchał całej wypowiedzi z tym charakterystycznym dla siebie spokojem, który łatwo było pomylić z chłodem. W rzeczywistości nie było w nim obojętności, raczej wyważenie i ostrożność, szczególnie w spotkaniach podobnych do tego. Zaiste, niezbadane były ścieżki losu prowadzące do nieoczekiwanych spotkań mogących zaowocować...
...czymś. No, właśnie. Czym? Tego jeszcze nie wiedział. Po prawdzie mówiąc, nie wiedział nawet, czy chciał się tego dowiedzieć. Naturalnie nie ufał ludziom z Ministerstwa, szczególnie tym, którzy tak doskonale radzili sobie w rządowych strukturach. Oczywiście, nie licząc kilku zaufanych osób, które znał jeszcze przed tym, gdy postanowiły stać się częścią ministerialnej machiny, jednak jego obecny rozmówca nie należał do tego grona.
- To miejsce - odezwał się w końcu cicho, tonem pozbawionym emfazy, jakby stwierdzał rzecz oczywistą - ma długą historię. Zbyt długą, by jedna wojna mogła ją całkowicie unicestwić. Ale nie przeczę, że to, co Pan mówi o Arkadii, wydaje się dziś tylko wspomnieniem - kolejny raz uniósł wzrok ku okolicznym wzgórzom, gdzie słońce rysowało złote plamy na soczystej zieleni. - Rajskie ogrody mają to do siebie, że zwykle istnieją tylko w pamięci - nie zamierzał rozwodzić się nad tym, co kierowało jego słowami, jednak ostatnie dni nie były dla niego łatwe.
W uprzejmym milczeniu wysłuchał dalszej części słów rozmówcy, a choć jego twarz zachowała pozory spokoju, w spojrzeniu Roisa pojawił się cień, którego ten nie potrafił skryć. Był to cień typowy dla kogoś, kto zbyt dobrze wiedział, że za słowami kryją się intencje. Nawet te wypowiedziane w pozornie dobrej wierze, nawet te ubrane w miękką, przyjazną formę.
Daleko było mu do optymistycznego spoglądania w przyszłość, nawet jeśli nigdy nie uważał się za czarnowidza. Podtrzymał spojrzenie, ale nie od razu kontynuował wypowiedź. Miał wrażenie, że każde kolejne słowo ze strony Shafiqa było jak warstwa wapna do bielenia pni drzew. Nakładana cierpliwie i metodycznie, teoretycznie na właściwe podłoże, jednak w praktyce miał wrażenie, że z każdą kolejną warstwą będzie zmuszony odsłaniać coś z własnego wnętrza, dawać coś od siebie, jeśli w ogóle zdecyduje się wejść w tę grę. Jeżeli nie teraz to za jakiś czas. Nie przepadał za tym uczuciem.
- Ci, którzy siedzą w swoich gabinetach, od lat wolą gasić pożary, niż szukać źródła iskier - stwierdził powoli.
Oczywiście, że rozumiał aluzję do ptaka kalającego własne gniazdo. Sam miał na języku setki słów, które mógłby wypowiedzieć, ale wiedział, że zabrzmiałyby jak stek pretensji. A on... ...nawet teraz, nawet po wszystkim... ...nie zamierzał obnażać się aż tak przed człowiekiem, którego znał powierzchownie.
Nie odpowiedział od razu. Jego usta poruszyły się lekko, jakby zamierzał coś wtrącić, ale w końcu zamknął je z powrotem, biorąc oddech przez nos. To, co powiedział Shafiq, brzmiało jak oferta pomocy, a jednocześnie jak starannie spleciona sieć, w którą łatwo byłoby dać się złapać. Ambroise od dawna nie ufał już podobnym konstrukcjom. Wiedział jak szybko mogły zamienić się w pęta, w końcu sam również zwykł stosować różne techniki, by osiągnąć oczekiwane efekty. To, że nie znał potencjalnych pobudek rozmówcy nie oznaczało, że ich nie było. Ludzie rzadko kiedy robili coś z czystej dobroci serca, czyż nie? Przynajmniej w ich świecie.
Prócz tego przez lata nauczył się, że nikt nie odciąży go w najcięższych sprawach, a im mniej zobowiązań wobec innych, tym lepiej dla wszystkich. Od lat wiedział, że Ministerstwo i ludzie obracający się w elitarnych kręgach mieli własne sposoby przedstawiania rzeczywistości. Eleganckie, ubrane w ładne słowa, ale w gruncie rzeczy często puste.
- Doceniam pańską ofertę - powiedział powoli, jakby ważył każde słowo. - Choć nie będę ukrywał, że nie mam zwyczaju powierzać spraw mojej rodziny obcym. Niemniej, doceniam pańską propozycję - skinął głową, tym razem nieco niżej niż w przypadku powitania, gestem przypominającym niemal aprobatę. - Gdyby kiedykolwiek sytuacja miała wymagać interwencji kogoś zarazem z zewnątrz i wewnątrz... ...będę pamiętał o tym, co pan dzisiaj powiedział. To z pewnością więcej niż otrzymujemy zazwyczaj - to była forma akceptacji, nie przyjęcie pomocy, ale też nie jej odrzucenie.
Zamiast ponownie wymuszać na rządzie działania w kwestii Kniei, wpierw jednak chciał poruszyć nowe kwestie z resztą rodziny, czekając na powrót ojca po tym, co wydarzyło się pamiętnej nocy. Świeże aspekty sprawy wymagały szczególnej ostrożności, zwłaszcza w przypadku współdziałania z Ministerstwem Magii, a on? Cóż. Nie był obecnie w formie, nawet jeśli nie zamierzał się do tego przyznawać.
...jakże trafne było to porównanie. Wydawało się, że Shafiq potrafił zobaczyć istotę problemu nie tracąc przy tym całej tej poetyki, na którą w dalszym ciągu zasługiwało to miejsce.
Greengrass wysłuchał całej wypowiedzi z tym charakterystycznym dla siebie spokojem, który łatwo było pomylić z chłodem. W rzeczywistości nie było w nim obojętności, raczej wyważenie i ostrożność, szczególnie w spotkaniach podobnych do tego. Zaiste, niezbadane były ścieżki losu prowadzące do nieoczekiwanych spotkań mogących zaowocować...
...czymś. No, właśnie. Czym? Tego jeszcze nie wiedział. Po prawdzie mówiąc, nie wiedział nawet, czy chciał się tego dowiedzieć. Naturalnie nie ufał ludziom z Ministerstwa, szczególnie tym, którzy tak doskonale radzili sobie w rządowych strukturach. Oczywiście, nie licząc kilku zaufanych osób, które znał jeszcze przed tym, gdy postanowiły stać się częścią ministerialnej machiny, jednak jego obecny rozmówca nie należał do tego grona.
- To miejsce - odezwał się w końcu cicho, tonem pozbawionym emfazy, jakby stwierdzał rzecz oczywistą - ma długą historię. Zbyt długą, by jedna wojna mogła ją całkowicie unicestwić. Ale nie przeczę, że to, co Pan mówi o Arkadii, wydaje się dziś tylko wspomnieniem - kolejny raz uniósł wzrok ku okolicznym wzgórzom, gdzie słońce rysowało złote plamy na soczystej zieleni. - Rajskie ogrody mają to do siebie, że zwykle istnieją tylko w pamięci - nie zamierzał rozwodzić się nad tym, co kierowało jego słowami, jednak ostatnie dni nie były dla niego łatwe.
W uprzejmym milczeniu wysłuchał dalszej części słów rozmówcy, a choć jego twarz zachowała pozory spokoju, w spojrzeniu Roisa pojawił się cień, którego ten nie potrafił skryć. Był to cień typowy dla kogoś, kto zbyt dobrze wiedział, że za słowami kryją się intencje. Nawet te wypowiedziane w pozornie dobrej wierze, nawet te ubrane w miękką, przyjazną formę.
Daleko było mu do optymistycznego spoglądania w przyszłość, nawet jeśli nigdy nie uważał się za czarnowidza. Podtrzymał spojrzenie, ale nie od razu kontynuował wypowiedź. Miał wrażenie, że każde kolejne słowo ze strony Shafiqa było jak warstwa wapna do bielenia pni drzew. Nakładana cierpliwie i metodycznie, teoretycznie na właściwe podłoże, jednak w praktyce miał wrażenie, że z każdą kolejną warstwą będzie zmuszony odsłaniać coś z własnego wnętrza, dawać coś od siebie, jeśli w ogóle zdecyduje się wejść w tę grę. Jeżeli nie teraz to za jakiś czas. Nie przepadał za tym uczuciem.
- Ci, którzy siedzą w swoich gabinetach, od lat wolą gasić pożary, niż szukać źródła iskier - stwierdził powoli.
Oczywiście, że rozumiał aluzję do ptaka kalającego własne gniazdo. Sam miał na języku setki słów, które mógłby wypowiedzieć, ale wiedział, że zabrzmiałyby jak stek pretensji. A on... ...nawet teraz, nawet po wszystkim... ...nie zamierzał obnażać się aż tak przed człowiekiem, którego znał powierzchownie.
Nie odpowiedział od razu. Jego usta poruszyły się lekko, jakby zamierzał coś wtrącić, ale w końcu zamknął je z powrotem, biorąc oddech przez nos. To, co powiedział Shafiq, brzmiało jak oferta pomocy, a jednocześnie jak starannie spleciona sieć, w którą łatwo byłoby dać się złapać. Ambroise od dawna nie ufał już podobnym konstrukcjom. Wiedział jak szybko mogły zamienić się w pęta, w końcu sam również zwykł stosować różne techniki, by osiągnąć oczekiwane efekty. To, że nie znał potencjalnych pobudek rozmówcy nie oznaczało, że ich nie było. Ludzie rzadko kiedy robili coś z czystej dobroci serca, czyż nie? Przynajmniej w ich świecie.
Prócz tego przez lata nauczył się, że nikt nie odciąży go w najcięższych sprawach, a im mniej zobowiązań wobec innych, tym lepiej dla wszystkich. Od lat wiedział, że Ministerstwo i ludzie obracający się w elitarnych kręgach mieli własne sposoby przedstawiania rzeczywistości. Eleganckie, ubrane w ładne słowa, ale w gruncie rzeczy często puste.
- Doceniam pańską ofertę - powiedział powoli, jakby ważył każde słowo. - Choć nie będę ukrywał, że nie mam zwyczaju powierzać spraw mojej rodziny obcym. Niemniej, doceniam pańską propozycję - skinął głową, tym razem nieco niżej niż w przypadku powitania, gestem przypominającym niemal aprobatę. - Gdyby kiedykolwiek sytuacja miała wymagać interwencji kogoś zarazem z zewnątrz i wewnątrz... ...będę pamiętał o tym, co pan dzisiaj powiedział. To z pewnością więcej niż otrzymujemy zazwyczaj - to była forma akceptacji, nie przyjęcie pomocy, ale też nie jej odrzucenie.
Zamiast ponownie wymuszać na rządzie działania w kwestii Kniei, wpierw jednak chciał poruszyć nowe kwestie z resztą rodziny, czekając na powrót ojca po tym, co wydarzyło się pamiętnej nocy. Świeże aspekty sprawy wymagały szczególnej ostrożności, zwłaszcza w przypadku współdziałania z Ministerstwem Magii, a on? Cóż. Nie był obecnie w formie, nawet jeśli nie zamierzał się do tego przyznawać.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down