15.09.2025, 15:39 ✶
Jonathan wyszedł, a przez ciało przeszedł prąd nieprzyjemnego uczucia dojmującej straty, podobny do tego, który czuł tamtego wieczoru w Prowansji. Od tamtego czasu Jonathan wielokrotnie, niemalże na każdym kroku podkreślał, że szare oczy nie są tylko od tęsknego i bezużytecznego patrzenia się w dal, zagrożenie rozstania się zawodowego zaklejane było - jak przed momentem - komplementami i mniej lub bardziej jaskrawymi dowodami na to, że są zgranym duetem.
Anthony w pracy miał jednak odmienne wrażenie. Pozbawiony celu w postaci wyprawy Kambodżańskiej, wypchnięty już dawno z biurokratycznej rutyny, nominalnie znający personalia (a czasem nie) swoich podwładnych… Miał wrażenie, że to on teraz wychodził częściej po kawę dla Jonathana, który miał kontrolę nad tym co się działo. Że to on wykonuje polecenia zastępcy, podąża za jego porządkiem, jego rutyną. Oczywiście, nie była to do końca prawda, ale umysł zatopiony w kryzysie, w gęstym bagnie skruszonej pewności siebie dostrojony był do wychwytywania tylko tych momentów, które potwierdzały tezę, że był słabym ogniwem w łańcuchu.
I tak, o zawodostwie trzeba było mówić, bo prywatnie ich ścieżki rozjeżdżały się jeszcze bardziej. Shafiq znów nie dostrzegał faktu, że ich spotkań nie było mniej niż wcześniej. Kalendarze zaplanowane dużo, dużo wcześniej obfitowały w regularne towarzyskie wizyty. W percepcji Anthony’ego jednak nie widzieli się wcale. W percepcji Anthony’ego zaraz po wyjściu z biura uciekał do przeludnionego apartamentu, albo opustoszałego Little Hangleton, w książki, do badań nad splotem, który zajmował mu głowę do późnych, późnych godzin nocnych.
Wszystko żeby nie myśleć.
Wszystko, żeby jedną obsesją przykryć inną…
Nie widział innego rozwiązania. Wskazanie na to, że czas rozwiąże ten problem sam, zdawało mu się kpiną, choć możliwe że była to prawda nie miał cierpliwości czekać. Każda jednak taka rozmowa, każda gorzka pigułka wykrzywionej kryzysem rzeczywistości utwierdzała go w przekonaniu, że tak zapewne zostanie. A im bardziej dojmująca była ta strata, tym bardziej dociążała go jej bliźniacza siostra…
…tęsknota.
Dlatego, gdy Jonathan wyszedł z łazienki pachnąc jak gdyby nigdy nic swoimi śliwkowymi olejami, leżący na samym, samuśkim skraju i tak wąskiego łóżka Anthony udawał że śpi. Zdążył przewrócić się na plecy, złożyć ręce na brzuchu, jakby był martwy nie tylko wewnątrz, ale i na zewnątrz. Ćwiczenia oddechowe, które dostał w ubiegłym kwartale od swojej kambodżańskiej nauczycielki doskonale zdawały egzamin. I nawet śliwka, nawet powrót jego… kogoś, nie wytrąciły miarowego pulsu.
…Wdech dwa trzy cztery, trzymaj dwa trzy cztery, wydech dwa trzy cztery, spokój dwa trzy cztery, wdech dwa trzy…
Płomień z paleniska był osłonięty, udomowiony, szczęśliwie, nie przypominał swym dzikim tańcem po ścianach o pamiętnej nocy sprzed miesiąca, choć życie Anthony’ego spopieliło się dobę wcześniej, by zgliszcza rozwiał wiatr dobę po tym terminie listem od pani szacownej Ministry.
Pytanie było niespodziewane, ciche, ale wgryzające się w umysł, wytrącające bardziej niż zapach słodkiej śliwki tak skutecznie umożliwiający mu jakikolwiek spokojny sen.
Przez krótki moment milczał, rozważając wszystkie za i przeciw odpowiadania. Może lepiej udawać było dalej? Milczeć, gdy nie było przecież słów, które mogłyby cokolwiek zmienić.
Bo przecież rozmawiali.
I było tylko gorzej.
Wspomnienie rozpłynęło się jednak po zmęczonej, zziębniętej i głodnej przecież wciąż głowie, dociskając mu znów klatkę piersiową, Poruszył nerwowo wskazującym palcem, leżących na brzuchu dłoni, łóżko nie zaskrzypiało puls oddechu nie zmienił się utrzymany resztkami żelaznej woli. Miał wrażenie, że gdyby wsunął sobie dłoń pod żebra, to nie znalazłby tam płuc a sznurki naciągające kości w bolesnej implozji fizycznego cierpienia na które działały eliksiry, ale nie z munga, a z lecznicy dusz.
Miał poczucie, że w jego przypadku nie było już czego leczyć.
– Pamiętam – powiedział w końcu, wyszeptał właściwie głosem pozbawionym wibracji, cichym szelestem wspomnienia, do którego wracał częściej niż chciałby kiedykolwiek przyznać. Podwaliny uczucia, które nadało kierunek jego życiu. Mimo wszystko spróbował wrócić do ćwiczenia oddechowego. Cokolwiek Jonathan chciał mu powiedzieć, musiał zmusić swoje ciało do tego żeby się rozluźniło. Oczywiście ciało znało całkiem niezły sposób na to, który był mimo wszystko niemożliwy do realizacji w zaistniałych okolicznościach. Płacz, choć skuteczny, pociągnąłby za sobą zdecydowanie zbyt wiele konsekwencji, a on i tak czuł się już tak przeraźliwie słaby… Dlatego umilkł i oddychał. Czekał, gdzie to pójdzie dalej. Jeśli pójdzie…
Anthony w pracy miał jednak odmienne wrażenie. Pozbawiony celu w postaci wyprawy Kambodżańskiej, wypchnięty już dawno z biurokratycznej rutyny, nominalnie znający personalia (a czasem nie) swoich podwładnych… Miał wrażenie, że to on teraz wychodził częściej po kawę dla Jonathana, który miał kontrolę nad tym co się działo. Że to on wykonuje polecenia zastępcy, podąża za jego porządkiem, jego rutyną. Oczywiście, nie była to do końca prawda, ale umysł zatopiony w kryzysie, w gęstym bagnie skruszonej pewności siebie dostrojony był do wychwytywania tylko tych momentów, które potwierdzały tezę, że był słabym ogniwem w łańcuchu.
I tak, o zawodostwie trzeba było mówić, bo prywatnie ich ścieżki rozjeżdżały się jeszcze bardziej. Shafiq znów nie dostrzegał faktu, że ich spotkań nie było mniej niż wcześniej. Kalendarze zaplanowane dużo, dużo wcześniej obfitowały w regularne towarzyskie wizyty. W percepcji Anthony’ego jednak nie widzieli się wcale. W percepcji Anthony’ego zaraz po wyjściu z biura uciekał do przeludnionego apartamentu, albo opustoszałego Little Hangleton, w książki, do badań nad splotem, który zajmował mu głowę do późnych, późnych godzin nocnych.
Wszystko żeby nie myśleć.
Wszystko, żeby jedną obsesją przykryć inną…
Nie widział innego rozwiązania. Wskazanie na to, że czas rozwiąże ten problem sam, zdawało mu się kpiną, choć możliwe że była to prawda nie miał cierpliwości czekać. Każda jednak taka rozmowa, każda gorzka pigułka wykrzywionej kryzysem rzeczywistości utwierdzała go w przekonaniu, że tak zapewne zostanie. A im bardziej dojmująca była ta strata, tym bardziej dociążała go jej bliźniacza siostra…
…tęsknota.
Dlatego, gdy Jonathan wyszedł z łazienki pachnąc jak gdyby nigdy nic swoimi śliwkowymi olejami, leżący na samym, samuśkim skraju i tak wąskiego łóżka Anthony udawał że śpi. Zdążył przewrócić się na plecy, złożyć ręce na brzuchu, jakby był martwy nie tylko wewnątrz, ale i na zewnątrz. Ćwiczenia oddechowe, które dostał w ubiegłym kwartale od swojej kambodżańskiej nauczycielki doskonale zdawały egzamin. I nawet śliwka, nawet powrót jego… kogoś, nie wytrąciły miarowego pulsu.
…Wdech dwa trzy cztery, trzymaj dwa trzy cztery, wydech dwa trzy cztery, spokój dwa trzy cztery, wdech dwa trzy…
Płomień z paleniska był osłonięty, udomowiony, szczęśliwie, nie przypominał swym dzikim tańcem po ścianach o pamiętnej nocy sprzed miesiąca, choć życie Anthony’ego spopieliło się dobę wcześniej, by zgliszcza rozwiał wiatr dobę po tym terminie listem od pani szacownej Ministry.
Pytanie było niespodziewane, ciche, ale wgryzające się w umysł, wytrącające bardziej niż zapach słodkiej śliwki tak skutecznie umożliwiający mu jakikolwiek spokojny sen.
Przez krótki moment milczał, rozważając wszystkie za i przeciw odpowiadania. Może lepiej udawać było dalej? Milczeć, gdy nie było przecież słów, które mogłyby cokolwiek zmienić.
Bo przecież rozmawiali.
I było tylko gorzej.
Wspomnienie rozpłynęło się jednak po zmęczonej, zziębniętej i głodnej przecież wciąż głowie, dociskając mu znów klatkę piersiową, Poruszył nerwowo wskazującym palcem, leżących na brzuchu dłoni, łóżko nie zaskrzypiało puls oddechu nie zmienił się utrzymany resztkami żelaznej woli. Miał wrażenie, że gdyby wsunął sobie dłoń pod żebra, to nie znalazłby tam płuc a sznurki naciągające kości w bolesnej implozji fizycznego cierpienia na które działały eliksiry, ale nie z munga, a z lecznicy dusz.
Miał poczucie, że w jego przypadku nie było już czego leczyć.
– Pamiętam – powiedział w końcu, wyszeptał właściwie głosem pozbawionym wibracji, cichym szelestem wspomnienia, do którego wracał częściej niż chciałby kiedykolwiek przyznać. Podwaliny uczucia, które nadało kierunek jego życiu. Mimo wszystko spróbował wrócić do ćwiczenia oddechowego. Cokolwiek Jonathan chciał mu powiedzieć, musiał zmusić swoje ciało do tego żeby się rozluźniło. Oczywiście ciało znało całkiem niezły sposób na to, który był mimo wszystko niemożliwy do realizacji w zaistniałych okolicznościach. Płacz, choć skuteczny, pociągnąłby za sobą zdecydowanie zbyt wiele konsekwencji, a on i tak czuł się już tak przeraźliwie słaby… Dlatego umilkł i oddychał. Czekał, gdzie to pójdzie dalej. Jeśli pójdzie…