15.09.2025, 16:08 ✶
Na ogół nie miał w sobie zbyt wiele cierpliwości, nawet jeśli niemal maniakalnie starał się być ponad to wszystko, co doprowadzało go na skraj szaleństwa. Naprawdę usiłował zachowywać się dokładnie tak jak przystało na osobę jego pokroju. W końcu nie odpowiadał wyłącznie za swoje własne dobre imię, to nie była tylko jego twarz. Nie, reprezentował również całą rodzinę i to właśnie z tego powodu starał się trzymać nerwy na wodzy.
Prawda była jednak taka, że mimo wszystkich wyuczonych zachowań, wciąż miał bardzo krótki lont. A jeśli szczególnie czegoś nie tolerował to właśnie takiego zachowania, jakiego stał się świadkiem. Nie, nie miał w sobie nic z rycerza. Najpewniej nie stanąłby w obronie przypadkowej osoby, która doświadczałaby czyjegoś chamstwa. Zbyt dobrze wiedział, że to byłaby czysta głupota.
Ale nie chodziło o przypadkowego przechodnia. Nie był to akt nienawiści skierowany ku komukolwiek. Ku byle nieznajomej bądź ledwo kojarzonej z widzenia twarzy. Ku kolejnemu z nieszczęśników, jakich tej nocy było tak wielu, że gdyby chciał wesprzeć każdego, sam nigdy nie dotarłby tam, gdzie zamierzał zakończyć drogę przez piekło. W Mungu miał być zdecydowanie bardziej przydatny niż jako uliczny obrońca uciśnionych.
Jednakże chodziło o jego siostrę. Jego. Siostrę. Jedną z najważniejszych dla niego osób. Kogoś, kogo poszukiwał, nie mogąc wyzbyć się coraz głębszego niepokoju. Kogoś, kogo odnalazł i na kogo widok powinno mu ulżyć. Tyle tylko, że nie w tych okolicznościach. Nie w takiej sytuacji i nie z człowiekiem, który nie potrafił zrozumieć prostego przekazu.
Zupełnie tak, jak gdyby jego odpierdol się nie było dostatecznie wymowne. Jakby sam ton Ambroisa głosu nie mówił jasno, co kryło się pod dwoma teoretycznie bardzo prostymi słowami. Nie był cierpliwy. Nie był opanowany, nie był spokojny. Przeszedł przez dostatecznie dużo gówna od początku tej nocy, więc zdecydowanie byłoby lepiej, gdyby nieznajomy mężczyzna postanowił posłuchać jego sugestii i oddalił się w podskokach.
Tak, mógłby nawet poszukać sobie zastępczej ofiary. Tak jak zwykły to robić równie żałosne jednostki. Greengrassa naprawdę nie obchodził dalszy los oprawcy ani to, co ten mógłby zrobić, gdyby tylko faktycznie postanowił odejść i nie zabierać im resztek tlenu.
Ale nie. Roise powinien dostatecznie dobrze wiedzieć, że cokolwiek kierowało podobnymi bezmózgami, nie był to zdrowy rozsądek. I gdy raz usrali się na swojej wizji wymierzania sprawiedliwości, nie mieli nagle poddać się autorefleksji. To byłoby zbyt proste. Zamiast tego, natręt postanowił dolać oliwy do ognia. To nie było już coś, po czym ten typ mógłby tak po prostu pójść po rozum do głowy i wypierdalać.
Jedno odpierdol się było dostatecznym ostrzeżeniem. Nie zamierzał powtarzać go ponownie. Nie był także w nastroju, by mówić, jak wielkim błędem było plucie w ich stronę. A już szczególnie nie w momencie, w którym Roselyn znalazła się tak blisko kogoś, kto nie myślał o tym, co robi, będąc zbyt zaślepionym nienawiścią.
Zaciśnięta pięść niemalże sama z siebie skierowała się w stronę agresora, celując w sam środek nosa rozszczekanego kundla. Nie mógł ryzykować, że tamten postanowi wykorzystać złość i bliskość jego siostry, atakując ją w odwecie za jej reakcję. Jeśli już, zamierzał wziąć to na siebie. Być może był zamroczony< zmęczony i ani trochę nie swój, ale...
AF (◉◉◉○○) - celuję w nos przeciwnika, chcę mu go przestawić/złamać, żeby skupił się na sobie i byśmy mogli odejść z satysfakcją
W dalszym ciągu gram pod zawadę Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) (obniżona koncentracja, chaotyczne myśli, rozedrganie emocjonalne, etc.) po wydarzeniach z początku pożaru.
Prawda była jednak taka, że mimo wszystkich wyuczonych zachowań, wciąż miał bardzo krótki lont. A jeśli szczególnie czegoś nie tolerował to właśnie takiego zachowania, jakiego stał się świadkiem. Nie, nie miał w sobie nic z rycerza. Najpewniej nie stanąłby w obronie przypadkowej osoby, która doświadczałaby czyjegoś chamstwa. Zbyt dobrze wiedział, że to byłaby czysta głupota.
Ale nie chodziło o przypadkowego przechodnia. Nie był to akt nienawiści skierowany ku komukolwiek. Ku byle nieznajomej bądź ledwo kojarzonej z widzenia twarzy. Ku kolejnemu z nieszczęśników, jakich tej nocy było tak wielu, że gdyby chciał wesprzeć każdego, sam nigdy nie dotarłby tam, gdzie zamierzał zakończyć drogę przez piekło. W Mungu miał być zdecydowanie bardziej przydatny niż jako uliczny obrońca uciśnionych.
Jednakże chodziło o jego siostrę. Jego. Siostrę. Jedną z najważniejszych dla niego osób. Kogoś, kogo poszukiwał, nie mogąc wyzbyć się coraz głębszego niepokoju. Kogoś, kogo odnalazł i na kogo widok powinno mu ulżyć. Tyle tylko, że nie w tych okolicznościach. Nie w takiej sytuacji i nie z człowiekiem, który nie potrafił zrozumieć prostego przekazu.
Zupełnie tak, jak gdyby jego odpierdol się nie było dostatecznie wymowne. Jakby sam ton Ambroisa głosu nie mówił jasno, co kryło się pod dwoma teoretycznie bardzo prostymi słowami. Nie był cierpliwy. Nie był opanowany, nie był spokojny. Przeszedł przez dostatecznie dużo gówna od początku tej nocy, więc zdecydowanie byłoby lepiej, gdyby nieznajomy mężczyzna postanowił posłuchać jego sugestii i oddalił się w podskokach.
Tak, mógłby nawet poszukać sobie zastępczej ofiary. Tak jak zwykły to robić równie żałosne jednostki. Greengrassa naprawdę nie obchodził dalszy los oprawcy ani to, co ten mógłby zrobić, gdyby tylko faktycznie postanowił odejść i nie zabierać im resztek tlenu.
Ale nie. Roise powinien dostatecznie dobrze wiedzieć, że cokolwiek kierowało podobnymi bezmózgami, nie był to zdrowy rozsądek. I gdy raz usrali się na swojej wizji wymierzania sprawiedliwości, nie mieli nagle poddać się autorefleksji. To byłoby zbyt proste. Zamiast tego, natręt postanowił dolać oliwy do ognia. To nie było już coś, po czym ten typ mógłby tak po prostu pójść po rozum do głowy i wypierdalać.
Jedno odpierdol się było dostatecznym ostrzeżeniem. Nie zamierzał powtarzać go ponownie. Nie był także w nastroju, by mówić, jak wielkim błędem było plucie w ich stronę. A już szczególnie nie w momencie, w którym Roselyn znalazła się tak blisko kogoś, kto nie myślał o tym, co robi, będąc zbyt zaślepionym nienawiścią.
Zaciśnięta pięść niemalże sama z siebie skierowała się w stronę agresora, celując w sam środek nosa rozszczekanego kundla. Nie mógł ryzykować, że tamten postanowi wykorzystać złość i bliskość jego siostry, atakując ją w odwecie za jej reakcję. Jeśli już, zamierzał wziąć to na siebie. Być może był zamroczony< zmęczony i ani trochę nie swój, ale...
AF (◉◉◉○○) - celuję w nos przeciwnika, chcę mu go przestawić/złamać, żeby skupił się na sobie i byśmy mogli odejść z satysfakcją
Rzut Z 1d100 - 71
Sukces!
Sukces!
W dalszym ciągu gram pod zawadę Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) (obniżona koncentracja, chaotyczne myśli, rozedrganie emocjonalne, etc.) po wydarzeniach z początku pożaru.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down