15.09.2025, 19:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.09.2025, 19:21 przez Anthony Shafiq.)
Rozlana herbata.
Pyrrusowe zwycięstwo, ale nadal zwycięstwo.
Nawet nie podniósł w stronę wrzątku stalowych oczu, raczej przymknął je, napawając się chwilą pomimo świszczącymi w powietrzu wampirami. Wilkołakami. Zębami. Nie chodziło o to, że nie lubił gryzienia. Chodziło o to, że wolał rozmawiać o miłości i sensie dożywotniego bycia razem aniżeli wykopywać z grobu truchła, które mimo najlepszych chęci miały czelność ruszać się i nagabywać jego przyjaciół (a dodajmy, że Anthony nie miał pojęcia jak adekwatna jest w tym momencie liczba mnoga w jego skardze na los).
– Jestem miłośnikiem dobrego wina. I muzyki, która nie kaleczy uszu. Oraz... rzeźby. Lubię rzeźby – odpowiedział Hannibalowi bardzo powoli i precyzyjnie, nie dając się sprowokować próbą nieudolnego wspięcia się na jego kolana. Zamiast wesprzeć w tym działaniu swojego dzisiejszego podczaszego, dźwignął się z fotela i ruszył w stronę kuchni, w pełnym przekonaniu, że przemieszcza się prosto, choć ostatecznie przystanek przy framudze dobrze mu zrobił.
– Musimy przede wszystkim dla tych wszystkich znaczeń, subtekstów i podróży z okowów... W... W okowy nieświadomości, musimy mieć w filiżance najpierw fusy, a potem wrzątek. Nasz napar wszystkie farfocle miał już w koszyczku. – Dłonią trzymającą wciąż złocisty trunek zatoczył kilka kółek gdzieś tam, gdzie wsiąkało w dywan jego małe zwycięstwo.
– Wergiliuszu! Mamy mały... mały wypadek. Przyniósłbyś... – zmiarkował się w trakcie krzyczenia, a potem zaśmiał sam w siebie. – Na bogów, przecież nie jesteśmy u mnie! Będziemy musieli absolutnie to powtórzyć za miesiąc, ale w moim apartamencie. Powiemy sobie wtedy czy wróżby się sprawdziły i czy każdy... czy każdy mógłby szukać pracy gdzie indziej. Jako wróżbita jasnowidz. Sprawdźmy! – Zaproszenie padło szybciej niż pomyślał, podobnie jak jego wzrok wraz z ciężkim westchnięciem przez moment, przez krótki momencik padł na Jonathanie, ale może to dwie, może trzy sekundy za długo to trwało, w końcu zapomniał zupełnie, że chciał uratować wieczór i zamówić im herbatę do wróżenia, opadł więc obok Roberta na kanapie. – Na co chcesz wróżyć Robercie? Na miłość? Na pracę? Gdzie chciałbyś podejrzeć Los, który łypie na Ciebie znad potężnej księgi w której i tak wszystko już zostało zapisane? – czemu tak ciężko mu się oddychało, czemu nie mógł przestać myśleć o bardzo dumnym Jonathanie, który oznajmił mu że pogodził się ze swoim wampirem, ale nie zdążył mu powiedzieć jak się z nim godził. – Ja będę wróżył na miłość – powiedział nagle, bardzo zdecydowanie i zbyt głośno odkładając szklankę na stole, oblewając się przy tym przypadkiem. Skrzywił się strasznie, czując chłodną lepkość na kciuku, a próżno mu było szukać chusteczki w tym całym bałaganie.
Pyrrusowe zwycięstwo, ale nadal zwycięstwo.
Nawet nie podniósł w stronę wrzątku stalowych oczu, raczej przymknął je, napawając się chwilą pomimo świszczącymi w powietrzu wampirami. Wilkołakami. Zębami. Nie chodziło o to, że nie lubił gryzienia. Chodziło o to, że wolał rozmawiać o miłości i sensie dożywotniego bycia razem aniżeli wykopywać z grobu truchła, które mimo najlepszych chęci miały czelność ruszać się i nagabywać jego przyjaciół (a dodajmy, że Anthony nie miał pojęcia jak adekwatna jest w tym momencie liczba mnoga w jego skardze na los).
– Jestem miłośnikiem dobrego wina. I muzyki, która nie kaleczy uszu. Oraz... rzeźby. Lubię rzeźby – odpowiedział Hannibalowi bardzo powoli i precyzyjnie, nie dając się sprowokować próbą nieudolnego wspięcia się na jego kolana. Zamiast wesprzeć w tym działaniu swojego dzisiejszego podczaszego, dźwignął się z fotela i ruszył w stronę kuchni, w pełnym przekonaniu, że przemieszcza się prosto, choć ostatecznie przystanek przy framudze dobrze mu zrobił.
– Musimy przede wszystkim dla tych wszystkich znaczeń, subtekstów i podróży z okowów... W... W okowy nieświadomości, musimy mieć w filiżance najpierw fusy, a potem wrzątek. Nasz napar wszystkie farfocle miał już w koszyczku. – Dłonią trzymającą wciąż złocisty trunek zatoczył kilka kółek gdzieś tam, gdzie wsiąkało w dywan jego małe zwycięstwo.
– Wergiliuszu! Mamy mały... mały wypadek. Przyniósłbyś... – zmiarkował się w trakcie krzyczenia, a potem zaśmiał sam w siebie. – Na bogów, przecież nie jesteśmy u mnie! Będziemy musieli absolutnie to powtórzyć za miesiąc, ale w moim apartamencie. Powiemy sobie wtedy czy wróżby się sprawdziły i czy każdy... czy każdy mógłby szukać pracy gdzie indziej. Jako wróżbita jasnowidz. Sprawdźmy! – Zaproszenie padło szybciej niż pomyślał, podobnie jak jego wzrok wraz z ciężkim westchnięciem przez moment, przez krótki momencik padł na Jonathanie, ale może to dwie, może trzy sekundy za długo to trwało, w końcu zapomniał zupełnie, że chciał uratować wieczór i zamówić im herbatę do wróżenia, opadł więc obok Roberta na kanapie. – Na co chcesz wróżyć Robercie? Na miłość? Na pracę? Gdzie chciałbyś podejrzeć Los, który łypie na Ciebie znad potężnej księgi w której i tak wszystko już zostało zapisane? – czemu tak ciężko mu się oddychało, czemu nie mógł przestać myśleć o bardzo dumnym Jonathanie, który oznajmił mu że pogodził się ze swoim wampirem, ale nie zdążył mu powiedzieć jak się z nim godził. – Ja będę wróżył na miłość – powiedział nagle, bardzo zdecydowanie i zbyt głośno odkładając szklankę na stole, oblewając się przy tym przypadkiem. Skrzywił się strasznie, czując chłodną lepkość na kciuku, a próżno mu było szukać chusteczki w tym całym bałaganie.