15.09.2025, 21:19 ✶
Słysząc odległy głos Flory, a następnie dosyć charakterystyczne kroki odbijające się od ścian korytarza, oderwał się od pracy, urywając ostatni suchy liść geranium, po czym prostując plecy i wychodząc naprzeciw przybyszom.
- Dziękuję, możesz odejść - kiwnął głową w kierunku, skrzatki, po czym wyciągnął rękę w kierunku Fenwicka, chcąc utrzymać pozory, nawet jeśli nie wątpił w lojalność ich pomocy domowej. - Dzień dobry - rzucił, utrzymując neutralny wyraz twarzy, aby nie pokazać, jak bardzo go to bawi.
W końcu widzieli się nie dalej niż kilka godzin wcześniej, teraz uciekając się do oficjalnej mistyfikacji na potrzeby kogoś, kogo tu nawet nie było. Jego ojciec znajdował się zagranicą, będąc u boku żony. Roselyn zapewne załatwiała własne sprawy albo nie zdążyła jeszcze podnieść się z łóżka w posiadłości narzeczonego, u którego chwilowo pomieszkiwała. Tak czy siak, nie było jej tutaj, był tego całkiem pewny, a jednak wciąż zachował ten oficjalny ton.
Byli w końcu w Dolinie Godryka. Zbyt jaskrawe okazywanie łączącej ich przyjaźni byłoby niebezpieczne dla nich wszystkich. Zdecydowanie musieli nawiązywać relację w znacznie wolniejszy, bardziej teatralnie realistyczny sposób. Na przełomie tygodni, jeśli nie miesięcy, nie zaś dni, jakie upłynęły, odkąd Benjy na nowo pojawił się w Wielkiej Brytanii.
Ktokolwiek choć trochę znał bowiem każdego z nich (co już zdążyli ustalić) momentalnie zakwestionowałby jakiekolwiek przejawy zbyt mocnej serdeczności pomiędzy mężczyznami. Co prawda, pojawili się we wspólnym towarzystwie u Nory, której Ambroise polecił usługi kolegi, jednak bez wątpienia były to wyjątkowe okoliczności. Eleonora nigdy nie palnęłaby niezamierzonej, niebezpiecznej głupoty. Byli również u Bagshotów w sprawie myślodsiewni, lecz tam nie zachowywali się w zbyt spoufalony sposób, nie ujawniając podstaw łączących ich relacji.
A kolorowe drinki z Erikiem? No cóż, te nie trwały na tyle długo, aby Longbottom mógł domyślać się tego, że nie byli wyłącznie luźnymi znajomymi z pracy któregoś z nich, bądź też kimś podobnym. Być może było w tym sporo z nieco nadmiernej ostrożności, ale strzeżonego Merlin strzeże, czyż nie? I tego się trzymali.
- Możemy? - Spytał z tym samym wyrazem twarzy, wskazując ręką w kierunku przejścia do części sypialnych. - Tak jak mówiłem, największy problem zaczyna się w nocy - zakomunikował, starając się udawać, że ani trochę go to nie bawi.
- Dziękuję, możesz odejść - kiwnął głową w kierunku, skrzatki, po czym wyciągnął rękę w kierunku Fenwicka, chcąc utrzymać pozory, nawet jeśli nie wątpił w lojalność ich pomocy domowej. - Dzień dobry - rzucił, utrzymując neutralny wyraz twarzy, aby nie pokazać, jak bardzo go to bawi.
W końcu widzieli się nie dalej niż kilka godzin wcześniej, teraz uciekając się do oficjalnej mistyfikacji na potrzeby kogoś, kogo tu nawet nie było. Jego ojciec znajdował się zagranicą, będąc u boku żony. Roselyn zapewne załatwiała własne sprawy albo nie zdążyła jeszcze podnieść się z łóżka w posiadłości narzeczonego, u którego chwilowo pomieszkiwała. Tak czy siak, nie było jej tutaj, był tego całkiem pewny, a jednak wciąż zachował ten oficjalny ton.
Byli w końcu w Dolinie Godryka. Zbyt jaskrawe okazywanie łączącej ich przyjaźni byłoby niebezpieczne dla nich wszystkich. Zdecydowanie musieli nawiązywać relację w znacznie wolniejszy, bardziej teatralnie realistyczny sposób. Na przełomie tygodni, jeśli nie miesięcy, nie zaś dni, jakie upłynęły, odkąd Benjy na nowo pojawił się w Wielkiej Brytanii.
Ktokolwiek choć trochę znał bowiem każdego z nich (co już zdążyli ustalić) momentalnie zakwestionowałby jakiekolwiek przejawy zbyt mocnej serdeczności pomiędzy mężczyznami. Co prawda, pojawili się we wspólnym towarzystwie u Nory, której Ambroise polecił usługi kolegi, jednak bez wątpienia były to wyjątkowe okoliczności. Eleonora nigdy nie palnęłaby niezamierzonej, niebezpiecznej głupoty. Byli również u Bagshotów w sprawie myślodsiewni, lecz tam nie zachowywali się w zbyt spoufalony sposób, nie ujawniając podstaw łączących ich relacji.
A kolorowe drinki z Erikiem? No cóż, te nie trwały na tyle długo, aby Longbottom mógł domyślać się tego, że nie byli wyłącznie luźnymi znajomymi z pracy któregoś z nich, bądź też kimś podobnym. Być może było w tym sporo z nieco nadmiernej ostrożności, ale strzeżonego Merlin strzeże, czyż nie? I tego się trzymali.
- Możemy? - Spytał z tym samym wyrazem twarzy, wskazując ręką w kierunku przejścia do części sypialnych. - Tak jak mówiłem, największy problem zaczyna się w nocy - zakomunikował, starając się udawać, że ani trochę go to nie bawi.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down