16.09.2025, 16:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.09.2025, 16:40 przez Lazarus Lovegood.)
Lazarus patrzył udręczonym wzrokiem w zimową noc.
Przytknął czoło do szyby. Gorące - zimne.
Noc odpowiedziała płomykiem zapałki w fioletowym mroku. Błękitnym spojrzeniem spod rozwichrzonych, jasnych włosów. I słowami na szybie.
Czy był? C z y m był?
Sam fakt tego, że jesteś, w czasie teraźniejszym, a nie przeszłym, jest obrazą dla świata… Lazarusie.
Był pacjentem. Był niedoszłym samobójcą. Był ludzkim organizmem nafaszerowanym eliksirami tak, że ledwo chodził. Że nie był w stanie przypomnieć sobie twarzy, tamtych, które winien był pamiętać do swojego marnego, zasłużonego, udaremnionego właśnie końca.
Czy, jako pacjent Lecznicy Dusz, był szaleńcem?
Niemożliwe - przecież podjął decyzję o samounicestwieniu na podstawie logicznych argumentów. Nie w jakimś napadzie emocji, nie w afekcie, nie pod wpływem alkoholu czy narkotyków, tylko w wyniku procesu myślowego.
Zawiodłeś pokładane w tobie zaufanie.
Popełniłeś błąd.
Zginęli ludzie.
Przez ciebie zginęli ludzie.
Jeden z nich zginął, by cię uratować.
Nie zmyjesz z siebie winy.
Nie uwolnisz się od tego.
Będziesz śnił jego ciało do końca swoich dni, o ile w ogóle zdołasz zasnąć.
Jedna droga. Jedna pokuta. Jedno rozwiązanie.
Jeden. Logiczny. Wniosek.
Kiedyś, jeszcze w zeszłym roku, w poprzednim życiu, był archeologiem. Był kimś, na kogo liczyli inni. Był potrzebny.
Wtedy był szczęśliwy i był człowiekiem.
Teraz?
Teraz był w i n n y .
Ale noc, cicha, spokojna i mroźna, skrobała mu w szybę i patrzyła mu w oczy.
Czy to już? Czy wystarczająco długo wpatrywał się w otchłań?
A potem… pomachała mu.
Powinieneś odpowiedzieć.
Nie miał różdżki.
Podniósł swoje okutane opatrunkami przedramiona do oczu - do okna. I tak nie dałby rady czarować.
Przeszło mu przez myśl, że mógłby spróbować odwinąć bandaże i odpisać… ale nie miał na tyle sprawnych dłoni.
Krew na szybie. Rano rozpętałoby się pewnie pandemonium.
Spojrzał na sylwetkę stojącą pod jego oknem i stanowczo, wyraźnie pokiwał głową. Jego ruda czupryna musiała być doskonale widoczna nawet na tle pogrążonego w półmroku wnętrza izolatki. Dla pewności, ułożył dwie białe, bezużyteczne kukły rąk w literę T.
Mimo wszystko, mimo swoich starań, mimo tego, że nie zasługiwał, że był wadliwym egzemplarzem, z biologicznego punktu widzenia… był człowiekiem.
Jeszcze.
Wciąż.
Niestety.
Przynajmniej z biologicznego punktu widzenia.
Nie zastanawiał się, kim - lub czym - była ta ciemna postać na dole. Jak dla niego, mogła być kobietą, urojeniem, Matką we własnej osobie, albo nawet samą kostuchą, która przybyła, by zabrać go do Limbo. Albo z powrotem do ziemi, do nieskończonego cyklu, w którym materia krąży, a energia przepływa. Tam, w każdym razie, gdzie jego miejsce.
Wziąłby ją za zimną, kościstą rękę i poszedłby bez oporu.
Przytknął czoło do szyby. Gorące - zimne.
Noc odpowiedziała płomykiem zapałki w fioletowym mroku. Błękitnym spojrzeniem spod rozwichrzonych, jasnych włosów. I słowami na szybie.
JESTEŚ
CZŁOWIEKIEM?
CZŁOWIEKIEM?
Czy był? C z y m był?
Sam fakt tego, że jesteś, w czasie teraźniejszym, a nie przeszłym, jest obrazą dla świata… Lazarusie.
Był pacjentem. Był niedoszłym samobójcą. Był ludzkim organizmem nafaszerowanym eliksirami tak, że ledwo chodził. Że nie był w stanie przypomnieć sobie twarzy, tamtych, które winien był pamiętać do swojego marnego, zasłużonego, udaremnionego właśnie końca.
Czy, jako pacjent Lecznicy Dusz, był szaleńcem?
Niemożliwe - przecież podjął decyzję o samounicestwieniu na podstawie logicznych argumentów. Nie w jakimś napadzie emocji, nie w afekcie, nie pod wpływem alkoholu czy narkotyków, tylko w wyniku procesu myślowego.
Zawiodłeś pokładane w tobie zaufanie.
Popełniłeś błąd.
Zginęli ludzie.
Przez ciebie zginęli ludzie.
Jeden z nich zginął, by cię uratować.
Nie zmyjesz z siebie winy.
Nie uwolnisz się od tego.
Będziesz śnił jego ciało do końca swoich dni, o ile w ogóle zdołasz zasnąć.
Jedna droga. Jedna pokuta. Jedno rozwiązanie.
Jeden. Logiczny. Wniosek.
Kiedyś, jeszcze w zeszłym roku, w poprzednim życiu, był archeologiem. Był kimś, na kogo liczyli inni. Był potrzebny.
Wtedy był szczęśliwy i był człowiekiem.
Teraz?
Teraz był w i n n y .
Ale noc, cicha, spokojna i mroźna, skrobała mu w szybę i patrzyła mu w oczy.
Czy to już? Czy wystarczająco długo wpatrywał się w otchłań?
A potem… pomachała mu.
Powinieneś odpowiedzieć.
Nie miał różdżki.
Podniósł swoje okutane opatrunkami przedramiona do oczu - do okna. I tak nie dałby rady czarować.
Przeszło mu przez myśl, że mógłby spróbować odwinąć bandaże i odpisać… ale nie miał na tyle sprawnych dłoni.
Krew na szybie. Rano rozpętałoby się pewnie pandemonium.
Spojrzał na sylwetkę stojącą pod jego oknem i stanowczo, wyraźnie pokiwał głową. Jego ruda czupryna musiała być doskonale widoczna nawet na tle pogrążonego w półmroku wnętrza izolatki. Dla pewności, ułożył dwie białe, bezużyteczne kukły rąk w literę T.
Mimo wszystko, mimo swoich starań, mimo tego, że nie zasługiwał, że był wadliwym egzemplarzem, z biologicznego punktu widzenia… był człowiekiem.
Jeszcze.
Wciąż.
Niestety.
Żywym.
Przynajmniej z biologicznego punktu widzenia.
Nie zastanawiał się, kim - lub czym - była ta ciemna postać na dole. Jak dla niego, mogła być kobietą, urojeniem, Matką we własnej osobie, albo nawet samą kostuchą, która przybyła, by zabrać go do Limbo. Albo z powrotem do ziemi, do nieskończonego cyklu, w którym materia krąży, a energia przepływa. Tam, w każdym razie, gdzie jego miejsce.
Wziąłby ją za zimną, kościstą rękę i poszedłby bez oporu.