15.09.2025, 22:53 ✶
Wspomnienie było rzeczywiście absurdalne, tym bardziej, że kłócili się długo i żarliwie, bo gdy dla Jonathana liczył się sam koncept, Anthony punktował logiczne nieścisłości.
– Yeti mają rozstaw stóp, który nie podpada pod żadne obuwie, nie ma mowy żeby miały więc buty do stepowania. I mają za słabe pięty Jonathan powinieneś to wiedzieć, mieliśmy to na ostatnich zajęciach… – sparafrazował cicho, skupiając się na wspomnieniu, które choć dawne, wibrowało w nim wciąż, rezonowało momentami, w której zdawał sobie sprawę, że woli być bliżej tego niezbyt mądrego, za to stanowczo zbyt głośnego i nadętego chłopca. On sam zaś był tym przemądrzałym chuchrem, którego ludzie tolerowali ze względu na aurę roztaczaną przez Morpheusa. Z czasem dopiero odkrył, że można się nauczyć jak zrobić, by ludzie cię lubili. Obserwacja, analiza, skrupulatne notatki wsparte darem niezbyt mądrego, zbyt głośnego…
Teraz Anthony nigdy by nie nazwał Jonathana niezbyt mądrym. Dojrzały, świadomy mocnych stron, silny i zdecydowany. Odważny. Szlachetny.
A przecież przeżyli taką podróż ostatnio, gdy poltergeist odmłodził Selwyna i dał Anthony’emu kilka godzin dziwacznej retrospekcji, możliwości widzenia swojej młodzieńczej fascynacji w pełnej, niewinnej krasie.
Oddech mężczyzny zadrżał groźnie, spłycił się innym, świeższym wspomnieniem, gdy czar złośliwego ducha w końcu minął, a Jonathan odmienił się. Gdy nabrał ciała i nabrał lat. I tak było lepiej, tak było właściwie. Tak było…
…gwałtowne obrócenie się na plecy połączone z chóralnym skrzekiem sprężyn niemalże go sparaliżowało i był o cal od spadnięcia z tego łóżka, gdy próbował zachować swoją niezależność i autonomię na swoim skraju. Zdecydowanie kawałek jego połowy został najechany przez Selwyna, ale nie chciał jakkolwiek zwracać mu na to uwagi. Chyba wolał, jak Jonathan był Jonathanem. Zbyt głośnym, niezbyt uważnym w okazywaniu swojej atencji. Zbyt entuzjastycznie nastawionym. To było drażniące, ale miłe. Tylko czemu wszystko co miłe, tak bardzo zaciskało mu serce?
– Przypomniałeś sobie o tym bo… burza śnieżna? – odchrząknął niepewny, wciąż z oczami utkwionymi w suficie, próbując świszczącym oddechem powrócić do pulsu ćwiczenia zadanego mu latem przez orientalną nauczycielkę. – Myślisz, że gdzieś w okolicy… grasuje wściekły Yeti… bo żaden szewc nie uszył mu… butów? – próbował bezskutecznie odkryć, dokąd to w ogóle zmierzało...
– Yeti mają rozstaw stóp, który nie podpada pod żadne obuwie, nie ma mowy żeby miały więc buty do stepowania. I mają za słabe pięty Jonathan powinieneś to wiedzieć, mieliśmy to na ostatnich zajęciach… – sparafrazował cicho, skupiając się na wspomnieniu, które choć dawne, wibrowało w nim wciąż, rezonowało momentami, w której zdawał sobie sprawę, że woli być bliżej tego niezbyt mądrego, za to stanowczo zbyt głośnego i nadętego chłopca. On sam zaś był tym przemądrzałym chuchrem, którego ludzie tolerowali ze względu na aurę roztaczaną przez Morpheusa. Z czasem dopiero odkrył, że można się nauczyć jak zrobić, by ludzie cię lubili. Obserwacja, analiza, skrupulatne notatki wsparte darem niezbyt mądrego, zbyt głośnego…
Teraz Anthony nigdy by nie nazwał Jonathana niezbyt mądrym. Dojrzały, świadomy mocnych stron, silny i zdecydowany. Odważny. Szlachetny.
A przecież przeżyli taką podróż ostatnio, gdy poltergeist odmłodził Selwyna i dał Anthony’emu kilka godzin dziwacznej retrospekcji, możliwości widzenia swojej młodzieńczej fascynacji w pełnej, niewinnej krasie.
Oddech mężczyzny zadrżał groźnie, spłycił się innym, świeższym wspomnieniem, gdy czar złośliwego ducha w końcu minął, a Jonathan odmienił się. Gdy nabrał ciała i nabrał lat. I tak było lepiej, tak było właściwie. Tak było…
…gwałtowne obrócenie się na plecy połączone z chóralnym skrzekiem sprężyn niemalże go sparaliżowało i był o cal od spadnięcia z tego łóżka, gdy próbował zachować swoją niezależność i autonomię na swoim skraju. Zdecydowanie kawałek jego połowy został najechany przez Selwyna, ale nie chciał jakkolwiek zwracać mu na to uwagi. Chyba wolał, jak Jonathan był Jonathanem. Zbyt głośnym, niezbyt uważnym w okazywaniu swojej atencji. Zbyt entuzjastycznie nastawionym. To było drażniące, ale miłe. Tylko czemu wszystko co miłe, tak bardzo zaciskało mu serce?
– Przypomniałeś sobie o tym bo… burza śnieżna? – odchrząknął niepewny, wciąż z oczami utkwionymi w suficie, próbując świszczącym oddechem powrócić do pulsu ćwiczenia zadanego mu latem przez orientalną nauczycielkę. – Myślisz, że gdzieś w okolicy… grasuje wściekły Yeti… bo żaden szewc nie uszył mu… butów? – próbował bezskutecznie odkryć, dokąd to w ogóle zmierzało...