16.09.2025, 09:57 ✶
Kiwnął głową, zachowując poważny wyraz twarzy.
- Doskonale. Proszę tędy - tak, jak najbardziej zamierzał utrzymywać pozory, w razie gdyby nagle mieli natrafić na Roselyn. - W tym momencie jesteśmy tu sami, nie licząc Flory - dodał jeszcze w odpowiedzi na pytanie, jakie zadał Benjy, pozwalając sobie na wymianę drgnienie brwi.
Ruszyli w kierunku pierwszej z sypialni należących do domowników, później zaś do kolejnej i kolejnej. W pewnym momencie wycofał się w tył, dając klątwołamaczowi wolną rękę w eksploracji terenów posiadłości. Dokładnie tak jak to ustalili kilka dni wcześniej.
Być może podążanie za kimś krok w krok nie należało do typowych dla niego zachowań, ale w tych okolicznościach nic nie było tak jak zazwyczaj. Nie. Wystarczyło zaledwie kilkanaście godzin, aby cały znany im świat po raz kolejny całkowicie się zmienił. Na gorsze. Oczywiście, że na gorsze.
Zaledwie przed kilkoma dniami mieli okazję zetknąć się z zupełnie nowym dla nich obliczem magicznej wojny. Czymś całkowicie nieprzewidywalnym, jeszcze bardziej makabrycznym i pozbawionym jakiegokolwiek sensu. Pożar, jaki nagle zaczął trawić stolicę okazał się mieć znacznie więcej konsekwencji niż mogliby przewidywać. Był także dużo bardziej rozległy. Ogień dotyknął zarówno czarodziejów, jak i mugoli.
Co gorsza, wyrwa, jaką jednocześnie zaobserwowano na niebie była widoczna nad znaczną częścią Wielkiej Brytanii. A pył, który pojawił się wraz z pierwszymi płomieniami ogarnął całe pasmo terenów. Od Doliny do Little Hangleton. Przyniósł także rozliczne mniejsze pożary. I klątwy. Tak, klątwy. Teraz nie pozostawały praktycznie żadne wątpliwości. To musiało być dokładnie to samo, co w przypadku lokalu Nory.
Wystarczyło zaledwie jedno głębsze spojrzenie, jakie Roise posłał przyjacielowi. Być może nigdy nie czytał z Benjy'ego jak z otwartej książki, ale w tym wypadku jego kumpel nawet nie próbował ukrywać linii, jakie pojawiły się nad jego zmarszczonymi brwiami. Wystarczył zaledwie kilkunastominutowy obchód po głównym budynku i oto mieli swoją odpowiedź.
Jasne, nie padła ona na głos. Przynajmniej jeszcze nie. Fenwick chwilowo zauważalnie coś analizował, będąc chyba swoją najbardziej milczącą wersją, a przynajmniej zachowując się znacznie ciszej niż człowiek, do którego towarzystwa był przyzwyczajony Ambroise.
Roise nie należał jednak do osób, które zadawałyby zbyt wiele pytań dotyczących tego, co tak właściwie starali się teraz zrobić, osiągnąć albo zbadać. Być może starał się nie być zupełnym ignorantem z dziedzin, z którymi nie miał do czynienia na co dzień, jednakże aż nazbyt dobrze wiedział, jak irytujące może być dopytywanie o każdą pierdolę. W końcu był wykładowcą akademickim, niemalże na co dzień napotykał coraz to ciekawsze pytania ze strony stażystów.
Po prostu w milczeniu przemieszczał się tam, gdzie życzył sobie tego Benjy, szczególnie że zdążyli ustalić wcześniej jakieś ogólne reguły postępowania. Chwilowo ewidentnie był kumplowi do czegoś potrzebny. W innym wypadku nie miał cienia wątpliwości, że Fenwick po prostu poprosiłby go o danie mu wolnej ręki. W końcu znali się nie od wczoraj. Przyjaciel doskonale znał rozkład tego domu, nawet jeśli bywał w nim jako zupełnie inny człowiek.
- Doskonale. Proszę tędy - tak, jak najbardziej zamierzał utrzymywać pozory, w razie gdyby nagle mieli natrafić na Roselyn. - W tym momencie jesteśmy tu sami, nie licząc Flory - dodał jeszcze w odpowiedzi na pytanie, jakie zadał Benjy, pozwalając sobie na wymianę drgnienie brwi.
Ruszyli w kierunku pierwszej z sypialni należących do domowników, później zaś do kolejnej i kolejnej. W pewnym momencie wycofał się w tył, dając klątwołamaczowi wolną rękę w eksploracji terenów posiadłości. Dokładnie tak jak to ustalili kilka dni wcześniej.
Być może podążanie za kimś krok w krok nie należało do typowych dla niego zachowań, ale w tych okolicznościach nic nie było tak jak zazwyczaj. Nie. Wystarczyło zaledwie kilkanaście godzin, aby cały znany im świat po raz kolejny całkowicie się zmienił. Na gorsze. Oczywiście, że na gorsze.
Zaledwie przed kilkoma dniami mieli okazję zetknąć się z zupełnie nowym dla nich obliczem magicznej wojny. Czymś całkowicie nieprzewidywalnym, jeszcze bardziej makabrycznym i pozbawionym jakiegokolwiek sensu. Pożar, jaki nagle zaczął trawić stolicę okazał się mieć znacznie więcej konsekwencji niż mogliby przewidywać. Był także dużo bardziej rozległy. Ogień dotyknął zarówno czarodziejów, jak i mugoli.
Co gorsza, wyrwa, jaką jednocześnie zaobserwowano na niebie była widoczna nad znaczną częścią Wielkiej Brytanii. A pył, który pojawił się wraz z pierwszymi płomieniami ogarnął całe pasmo terenów. Od Doliny do Little Hangleton. Przyniósł także rozliczne mniejsze pożary. I klątwy. Tak, klątwy. Teraz nie pozostawały praktycznie żadne wątpliwości. To musiało być dokładnie to samo, co w przypadku lokalu Nory.
Wystarczyło zaledwie jedno głębsze spojrzenie, jakie Roise posłał przyjacielowi. Być może nigdy nie czytał z Benjy'ego jak z otwartej książki, ale w tym wypadku jego kumpel nawet nie próbował ukrywać linii, jakie pojawiły się nad jego zmarszczonymi brwiami. Wystarczył zaledwie kilkunastominutowy obchód po głównym budynku i oto mieli swoją odpowiedź.
Jasne, nie padła ona na głos. Przynajmniej jeszcze nie. Fenwick chwilowo zauważalnie coś analizował, będąc chyba swoją najbardziej milczącą wersją, a przynajmniej zachowując się znacznie ciszej niż człowiek, do którego towarzystwa był przyzwyczajony Ambroise.
Roise nie należał jednak do osób, które zadawałyby zbyt wiele pytań dotyczących tego, co tak właściwie starali się teraz zrobić, osiągnąć albo zbadać. Być może starał się nie być zupełnym ignorantem z dziedzin, z którymi nie miał do czynienia na co dzień, jednakże aż nazbyt dobrze wiedział, jak irytujące może być dopytywanie o każdą pierdolę. W końcu był wykładowcą akademickim, niemalże na co dzień napotykał coraz to ciekawsze pytania ze strony stażystów.
Po prostu w milczeniu przemieszczał się tam, gdzie życzył sobie tego Benjy, szczególnie że zdążyli ustalić wcześniej jakieś ogólne reguły postępowania. Chwilowo ewidentnie był kumplowi do czegoś potrzebny. W innym wypadku nie miał cienia wątpliwości, że Fenwick po prostu poprosiłby go o danie mu wolnej ręki. W końcu znali się nie od wczoraj. Przyjaciel doskonale znał rozkład tego domu, nawet jeśli bywał w nim jako zupełnie inny człowiek.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down