16.09.2025, 12:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.09.2025, 12:28 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Tak jak Roise mógł się tego spodziewać, odpowiedzi przyszły dokładnie w momencie, w którym najwidoczniej powinny paść. Zdążyli spędzić w tym budynku około dwóch godzin, z czego godzinę w części rzeczywiście ogarniętej działaniem klątwy, godzinę zaś na obchodzie pozostałych fragmentów jego rodowych włości. Tyle najwyraźniej miało im w zupełności wystarczyć, aby stwierdzić, czego dotyczył problem.
Roselyn miała rację. Chodziło wyłącznie o budynki mieszkalne. Klątwa nie położyła się na szklarniach ani na ogrodach, nawet jeśli nie stanowiło to zbyt dużej pociechy. Wedle wszystkich prób, jakie bowiem zrobili, wybudowanie nowego tymczasowego domu (abstrahując od kosztów i możliwości najęcia rzemieślników) nie wchodziło w grę. Nic by nie zmieniło. Dokładnie tak jak rozstawienie tu magicznego namiotu.
Chodziło o bardzo precyzyjny zestaw ograniczeń. O wyjątkowo określone aspekty działania klątwy. O szereg ograniczeń i jeszcze bardziej wąskie możliwości, jakie mieli, jeśli chcieli pozbyć się klątwy. Słysząc wnioski wyciągnięte przez Benjy'ego, nawet nie próbował dyskutować z tym, do czego doszedł Fenwick. W tych sprawach bez dwóch zdań zasięgnął opinii specjalisty, nie zamierzał kwestionować słuszności słów kolegi. Powstrzymał też głębokie westchnienie, ograniczając się do pokręcenia głową.
- Wolałbym nie czekać dłużej niż to konieczne, ale cóż. A więc sabat - stwierdził, całkowicie świadomy tego, że życie tak nie wygląda.
Zarówno Mabon, jak i Samhain były dokładnie tak samo prawdopodobne. Oni zaś nie mogli zbyt wiele zaradzić na to, kiedy uda im się finalnie uznać problem za rozwiązany.
- Zechciałbyś powtórzyć wizytę, gdy wróci Roselyn? Dajmy na to, pojutrze? Lepiej, by usłyszała to od specjalisty - uśmiechnął się nieznacznie, mimo wszystko czując coś na kształt rozbawienia na myśl o podejściu siostry.
Tej samej, której tym razem nie zastali w domu. Tej, którą Benjy na szczęście miał okazję widzieć wyłącznie przelotnie, nawet jeśli szanse, aby został rozpoznany przez kogoś z przeszłości były bliskie minusowi. Mimo wszystko, nie zadałby jednak tego pytania, gdyby miał ku temu jakiejkolwiek wątpliwości. I nie spytałby przyjaciela o ten rodzaj przysługi, jeśli nie byłby niemalże całkowicie pewien, że Roo miała mieć zdecydowanie więcej pytań niż on. Zapewne mając być usatysfakcjonowaną dopiero wtedy, gdy rzeczywiście usłyszy to z ust kogokolwiek, kto nie był nim. Tak, nawet nie czuł zgryzoty z tego powodu. Siostra po prostu lubiła działać mu na nerwy i kwestionować jego decyzje. On zresztą nie pozostawał jej dłużny. Nieważne, co by się stało, to po prostu była specyfika ich relacji.
Ot co.
Wbił zatem pytające spojrzenie w towarzysza. Wiedział, że Fenwick ma obecnie od groma pracy, nie zamierzał zatem narzekać na odmowę. Podświadomie liczył jednak na te dodatkowe chody. Czemuż by nie, prawda?
Roselyn miała rację. Chodziło wyłącznie o budynki mieszkalne. Klątwa nie położyła się na szklarniach ani na ogrodach, nawet jeśli nie stanowiło to zbyt dużej pociechy. Wedle wszystkich prób, jakie bowiem zrobili, wybudowanie nowego tymczasowego domu (abstrahując od kosztów i możliwości najęcia rzemieślników) nie wchodziło w grę. Nic by nie zmieniło. Dokładnie tak jak rozstawienie tu magicznego namiotu.
Chodziło o bardzo precyzyjny zestaw ograniczeń. O wyjątkowo określone aspekty działania klątwy. O szereg ograniczeń i jeszcze bardziej wąskie możliwości, jakie mieli, jeśli chcieli pozbyć się klątwy. Słysząc wnioski wyciągnięte przez Benjy'ego, nawet nie próbował dyskutować z tym, do czego doszedł Fenwick. W tych sprawach bez dwóch zdań zasięgnął opinii specjalisty, nie zamierzał kwestionować słuszności słów kolegi. Powstrzymał też głębokie westchnienie, ograniczając się do pokręcenia głową.
- Wolałbym nie czekać dłużej niż to konieczne, ale cóż. A więc sabat - stwierdził, całkowicie świadomy tego, że życie tak nie wygląda.
Zarówno Mabon, jak i Samhain były dokładnie tak samo prawdopodobne. Oni zaś nie mogli zbyt wiele zaradzić na to, kiedy uda im się finalnie uznać problem za rozwiązany.
- Zechciałbyś powtórzyć wizytę, gdy wróci Roselyn? Dajmy na to, pojutrze? Lepiej, by usłyszała to od specjalisty - uśmiechnął się nieznacznie, mimo wszystko czując coś na kształt rozbawienia na myśl o podejściu siostry.
Tej samej, której tym razem nie zastali w domu. Tej, którą Benjy na szczęście miał okazję widzieć wyłącznie przelotnie, nawet jeśli szanse, aby został rozpoznany przez kogoś z przeszłości były bliskie minusowi. Mimo wszystko, nie zadałby jednak tego pytania, gdyby miał ku temu jakiejkolwiek wątpliwości. I nie spytałby przyjaciela o ten rodzaj przysługi, jeśli nie byłby niemalże całkowicie pewien, że Roo miała mieć zdecydowanie więcej pytań niż on. Zapewne mając być usatysfakcjonowaną dopiero wtedy, gdy rzeczywiście usłyszy to z ust kogokolwiek, kto nie był nim. Tak, nawet nie czuł zgryzoty z tego powodu. Siostra po prostu lubiła działać mu na nerwy i kwestionować jego decyzje. On zresztą nie pozostawał jej dłużny. Nieważne, co by się stało, to po prostu była specyfika ich relacji.
Ot co.
Wbił zatem pytające spojrzenie w towarzysza. Wiedział, że Fenwick ma obecnie od groma pracy, nie zamierzał zatem narzekać na odmowę. Podświadomie liczył jednak na te dodatkowe chody. Czemuż by nie, prawda?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down